Na skraju Sahary Żywiec, Zywiec, zywiecczyzna, gory, beskidy, Nad Sołą i Koszarawą - dwutygodnik społeczno kulturalny
 
Nad Sołą i Koszarawą

34-300 Żywiec
ul. Świętokrzyska 50 A
nr 9/256 - 1 Maja 2009

Na skraju Sahary

Tunezja jest krajem bardzo trakcyjnym, chętnie odwiedzanym przez Polaków. Ceny za wczasy tutaj są niższe od tych, jakie oferują nam polskie kurorty nad Bałtykiem. Krajobraz Tunezji jest bardzo ciekawy. Góry Atlas na północy, ładne wybrzeże z krystalicznie czystą wodą i piaszczystymi plażami, ciekawa roślinność śródziemnomorska oraz bezkresna pustynia na południu z kępami oaz, z palmą daktylową, to miejsca, które warto odwiedzić. Ponadto jest to kraj bardzo liberalny, a mieszkańcy chętnie widzą u siebie Europejczyków. Większość z nich mówi po francusku, bo przez długie lata kraj ten był podległy Francji. Widać to dzisiaj po kuchni, potrawach serwowanych jak we Francji oraz sposobie życia Tunezyjczyków.

Zaplanowaliśmy też wyprawę na Saharę. Zawsze marzyłem, żeby chociaż dotknąć skraju tej największej pustyni świata, liczącej przeszło 9 milionów kilometrów kwadratowych. Udało się zrealizować to marzenie. Skorzystaliśmy z fakultatywnych wycieczek, organizowanych przez miejscowe biuro podróży. Opłaciliśmy po 100 dolarów za dwudniowy wyjazd na Saharę i 12 września wyjechaliśmy w podróż bardzo wygodnym, klimatyzowanym autobusem. Prowadził nas pilot o nazwisku Sofijan, doskonale władający językiem polskim. Zaopatrzeni w odpowiedni strój i niezbędny zapas napojów wyruszyliśmy w drogę.

Jakiś czas kluczyliśmy po mieście dobierając z kolejnych hoteli pasażerów. Kiedy autobus się zapełnił, skierowaliśmy się na południe. Ominęliśmy miasto Sousse i doskonałą autostradą jechaliśmy przez równinę z licznymi osadami. Widać było, że od pokoleń gospodaruje tu człowiek ciągle borykając się z niedoborem wody. Pas lądu rozciągający się od Hammamet aż do Małej Syrty, obejmujący miasta Susę na północy i Safakis na południu, jest najlepiej rozwijająca się częścią Tunezji. Region znany jako Sahel, obfituje w bogactwa naturalne dostarczane przez ziemię i morze - głównie oliwę z oliwek i ropę naftową. W miarę równinny teren wykorzystany jest do uprawy oliwek. Miliony drzew rosną na starannie uprawionym terenie. Zbronowane międzyrzędy mają głębokie bruzdy, żeby woda w czasie opadu nie spływała, zatrzymywała się w tych bruzdach i stopniowo wsiąkała w ziemię. Jeżeli gaj oliwny położony jest na stoku, oprócz normalnej kultywacji, sypane są w poprzek stoku co kilkadziesiąt metrów poprzeczne wały wysokości około metra. Przewodnik Sofijan tłumaczył, ze wały te nazywane przez niego miedze, zatrzymują wodę w czasie gwałtownych ulew i przez to nie występuje erozja, a nagromadzona woda powoli wsiąka w grunt, nawadniając gaje oliwne.

Tunezja zajmuje szóste miejsce w świecie w produkcji oliwy. Zbiory wynoszą tu około 500 000 ton rocznie (3% produkcji światowej). Mijamy kolejne gaje, ciągnące się aż po horyzont i dojeżdżamy do miejscowości El Dżem. Tutaj znajduje się dobrze zachowane koloseum, trzecie co do wielkości po koloseum w Rzymie i Pulii. Ta starożytna budowla została wzniesiona 1770 lat temu w czasach rzymskich, kiedy Tunezja stanowiła prowincję Imperium, była dobrze zagospodarowana i dostarczała głównie olej i pszenicę na potrzeby Rzymu. Kwitło tu życie, tereny były dobrze nawodnione, a woda płynęła akweduktami z północy, z gór Atlasu Telskiego. Zwiedzaliśmy tę budowlę z podziwem dla ogromu tego amfiteatru. Przed wejściem na placu rozłożyły się stoiska z pamiątkami i hałaśliwymi i nawet natrętnymi sprzedawcami, którzy pełnym głosem reklamują swoje towary.

Po zwiedzeniu koloseum jedziemy dalej na południe w kierunku miasta Sfax. Dzięki pomocy państwa oraz prywatyzacji rolnictwa, rozciągający się tu dawniej step zamienił się w urodzajny ogród warzywny: uprawia się tu przede wszystkim oliwki, figi, pistacje i migdały. Pola ograniczają wysokie opuncje, które w XVI w. sprowadzone zostały z Meksyku i doskonale się tu zaaklimatyzowały. Ich owoce, wielkości kiwi, są jadalne i stanowią głównie paszę dla bydła. Dobrze tez spełniają funkcję płotów. Wysokie na około
2 metry, rozłożyste, z łopatowatymi liśćmi i z licznymi kolcami są trudne do przebycia. Jadąc dalej w kierunku Gabes, a potem stopniowo na zachód spotykamy tereny coraz bardziej suche. Rosną tu rzadkie krzaki tamaryszku i innych suchorośli.

Zatrzymujemy się w miejscowości Matmata. Tutaj zwiedzimy domy wykopane w stokach gór, w ziemi. Stosunkowo miękka skała daje się drążyć w odpowiedniej wielkości pomieszczenia. Zwiedzane gospodarstwo posiadało centralny plac wydrążony jak studnia, a od niego rozchodziły się pokoje, każdy z oddzielnym wejściem. Mieszkania takie, znane tu już od starożytności, dawały ochłodę w czasie upalnego dnia na pustyni i ciepło w czasie chłodnych nocy. Prymitywne sprzęty domowe i narzędzia, żarna do mielenia zboża i stroje współczesnych Berberów, przenoszą nas do średniowiecza. Życzliwi mieszkańcy częstują nas tradycyjną słodką, miętową herbatą, demonstrując działanie żarna i innych narzędzi, i z uśmiechem czekają na bakszysz. Turyści w znacznym stopniu przyczyniają się do poprawy bytu mieszkańców tych podziemnych rezydencji. Dochód z turystyki to dostateczna zachęta, aby nie opuszczać tych mieszkań. Kiedy jechaliśmy dalej, mijaliśmy miasto prawie wymarłe - Tamezret.

Przewodnik Sofijan tłumaczył, że domy zostały tu rozmyte w czasie katastrofalnej ulewy. Zbudowane z suchej gliny, w klimacie o małej ilości opadów, dobrze spełniają funkcję mieszkań. Tak budowano tu zawsze. Katastrofalny opad oraz powódź zniszczyła miasto doszczętnie. Takie katastrofalne opady i powodzie zdarzają się tu niezmiernie rzadko i skutki ich widać na przykładzie miasta Tamezret.
W tym dniu czekała nas jeszcze jedna niespodzianka. Zatrzymaliśmy się pod stokiem wzniesienia na szczerej pustyni i przewodnik zaprowadził nas do restauracji wykutej w stoku góry. Były tu przestronne pomieszczenia z jadalnią, kuchnią, toaletami, a wszystko pod ziemią. W okolicy widzieliśmy dużo takich mieszkań. Przed niektórymi stały samochody i motorowery, co nadawało jeszcze większego kontrastu między prymitywizmem i współczesnością.

Po obiedzie jedziemy przez pustynię na zachód w kierunku miasta i oazy Douz. Krajobraz jest księżycowy, na przemian równiny i pagórki. Brak jest roślinności i osad ludzkich. Autobus zatrzymuje się co jakiś czas w przydrożnych zajazdach zaopatrzonych w napoje i przekąski. Podróżujący Arabowie zatrzymują się tu też. Zdziwiło nas w jednym miejscu, że obok toalety była sala modlitwy. Podróżujący tubylcy, po rytualnym umyciu wchodzili boso na niezbyt czysty dywan i odwracając się w kierunku Mekki bili pokłony Allachowi, wymawiając przykazane modlitwy. Takie modlitwy odmawiają 5 razy dziennie, za każdym razem obmywając nogi i ręce. Na szczerej pustyni, gdzie jest absolutny brak wody, dopuszczalne jest dokonywanie oblucji przed modlitwą, piaskiem. Już później na pustyni, przed hotelem Douz widzieliśmy modlących się Tunezyjczyków, na dywanach modlitewnych położonych na piasku. Do obmycia służył ogólnodostępny kran. Dojechaliśmy do Douz, leżącego na skraju pustyni. Stąd na zachód jest Wielki Szot a na południe 350 kilometrów piaszczystej pustyni aż do granicy z Libią.

Oaza Duz (Douz) składa się z plątaniny uliczek i domów o piaskowej barwie. W okolicy jest niewiele utwardzonych dróg, większość z nich to piaszczyste dukty. W tym labiryncie uliczek łatwo się zgubić. Gaj palmowy w Duz, z nieruchomymi parasolami palm daktylowych wypełniony jest trelami ptaków, które tu zlatują się, aby napić się i zażyć kąpieli w kanałach nawadniających. Nie zatrzymujemy się na zwiedzanie miasta, ale jedziemy dalej. Skończyły się domy i otwarła się przed nami pustynia. Wysiedliśmy przed hotelem i po jego minięciu weszliśmy do piasku. Jest to piasek pylasty, składający się z bardzo malutkich drobin, które wiatr może unosić jak pył. Z boku widać ogromną wydmę, która na samym szczycie dymi przesypywanym wiatrem piaskiem. Upał wielki. Słońce prawie parzy twarz i odsłonięte części ciała.

Tutaj za 15 dolarów można pojechać na mini safari, oczywiście na wielbłądach. Na wyjazd zdecydowała się tylko Basia, my woleliśmy cień pod palmami. Kilkaset wielbłądów z przewodnikami czekało na chętnych. Kiedy zebrała się grupa powsiadali na wielbłądy i wyruszyli na zachód. Wielbłądy powiązane po trzy i każdą trójkę prowadził boso przewodnik. Turystów ubrano w suknie arabskie tak, że dla patrzących z boku niczym nie różnili się od normalnej karawany Arabów. Czekaliśmy trzy godziny na ich powrót. Jakoś szczęśliwie powrócili. Basia była zachwycona, tylko narzekała na nogi. Nieruchoma pozycja w drewnianym siodle na chybotliwym grzbiecie wielbłąda, dla kogoś nieprzyzwyczajonego po pewnym czasie staje się męcząca. Ale czego to nie robi się dla takich przeżyć.
Potem pojechaliśmy na nocleg. Hotel był luksusowy z basenem wewnątrz dziedzińca. Oczywiście poszliśmy się kapać. Trochę byliśmy rozczarowani, bo woda była chłodna, ale za to przywróciła nam równowagę po całodziennej spiekocie. Kolacja to szwedzki stół. Były ryby, było mięso, różne zapiekanki na zimno i na gorąco, przeróżne sałatki. Można było jeść do woli, bo każdy serwował sobie sam. Potem już był tylko nocleg.

O godzinie 5.30 wyruszamy na wschód słońca i na taką okazję nie można się przecież spóźnić. Jedziemy przez równinny teren prawie niezamieszkały, szary od pyłu piaskowego. Tylko gdzieniegdzie daleko na horyzoncie widać pióropusze palm zdradzających niewielkie oazy. Jesteśmy na Wielkim Szocie nazywanym Er Rijad. Przed tysiącami lat było tu Morze Śródziemne. Kiedy wody cofnęły się do Zatoki Gabes pozostały duże powierzchnie wody morskiej uwięzione na lądzie. To właśnie Wielki Szot. Jest to ogromne jezioro w okresie opadów stanowiące podmokły teren, miejscami przykryty wodą, a w porze suchej woda wysycha i Szot stanowi płaską powierzchnię przykrytą taflą soli. Jest ona szara, gdyż zawiewa ją piasek z pustyni. Tymi równinami prowadziły karawany. Zdarzało się, że czasem ginęły tu całe stada wraz z ludźmi pod pękającą warstwą soli. Żeby temu zapobiec, już Niemcy w czasie drugiej wojny światowej zaczęli budować groblę w poprzek Szotu. Pracę dokończyli po wojnie Francuzi, i tak powstała szosa P-16, gdzie można już było przeprawić się na drugą stronę Szotu. Jest to odległość około 50 km.
Tutaj właśnie, na tej szosie, zatrzymaliśmy się, aby obserwować wschód słońca. Grup było dużo, bo przyjechało tu kilka autokarów. Jak okiem sięgnąć, wszędzie dookoła płaski teren. Kiedy zeszliśmy z drogi i oczyściliśmy podłoże, pokazała się tafla krystalicznej soli. Obok wykopano i pokruszono część tafli i usypano dwa kopczyki soli. W pewnej odległości działała wytwórnia soli pozyskiwanej z jeziora. Kiedy spacerowaliśmy po jeziorze, Basia spotkała znajomą z Rycerki, która przyjechała tu z inną grupą. I kto by powiedział, że świat jest taki mały. Ponieważ było duże zamglenie wschodu słońca nie było widać. Zabraliśmy soli na pamiątkę i pojechaliśmy dalej.

Mijaliśmy oazy znaczone palmą daktylową. Zjechaliśmy do jednej z takich oaz. Czekały na nas bryczki, którymi jechaliśmy w głąb oazy. Spacerowaliśmy ścieżkami wśród palm, w przyjemnym cieniu. W podłożu pod palmami rosło wiele innych roślin uprawnych. Wszędzie widać było kanały nawadniające. Jedno drzewo palmy daktylowej potrzebuje w ciągu doby około 100 litrów wody. Woda ta pochodzi
z naturalnego podsiąku, albo z nawadniania ze źródeł. Wierci się głębokie studnie, z których wydobywa się wodę o temperaturze dochodzącej do 900. Schładzają temperaturę wody za pomocą systemu podobnego do schodkowych piramid, po których woda musi przepłynąć, zanim znajdzie się
w centrum zaopatrzenia. W Tozeur znajduje się 266 tysięcy palm, z czego na 25 sztuk palm żeńskich przypada tylko jedna palma z kwiatostanem męskim. Mężczyźni zamieszkujący Tozeur, w czasie pylenia muszą wejść na każdą palmę żeńską i zapylić ją ręcznie, przywiązując w jej koronie kwiatostan męski. Każda palma rodzi około 12 kiści daktyli, z czego jedna (odpowiednio owinięta folią w celu szybszego dojrzewania i ochrony przed ewentualnym deszczem) waży do 25 kg. Wędrowaliśmy po oazie, prezentowano nam wspinaczkę na palmę. Mężczyzna, z kocią zręcznością wspinał się na drzewo i z uśmiechem wykonywał tam na górze popisy sprawności.

Daktyle są głównym źródłem dochodu w oazie, są też głównym pożywieniem. Śniadanie mieszkańca oazy składa się bardzo często z garści daktyli i kubka mleka. Pnie palmowe po ich wydrążeniu wykorzystuje się na rury, a liście na dachy i ogrodzenia. Z kiści po owocach wykonuje się miotły. Dni pracy w oazie reguluje natura, a najważniejsze czynności to pylenie, nawadnianie i zbiór owoców. Cała oaza Tozeur żyje tylko z eksportu daktyli do Europy. Koniec spaceru po oazie, zakupujemy małe tacki daktyli po jednym dinarze i wsiadamy do bryczek, które odwożą nas do postoju autobusu. Okazuje się, że autobus odjechał, a jego miejsce zajęły ładne klimatyzowane dżipy.

Zajmujemy miejsca w samochodach i całą kawalkadą wyruszamy w kierunku północno-wschodnim ku granicy z Algerią. Czeka nas 3,5 godzinna podróż przez jałowe tereny pustynnego szotu - Chott El Gharsa. Jego skrajem wschodnim docieramy do terenów wyżynnych południowego Atlasu. Wiatr zawiewa piasek na drogę, jak u nas śnieg podczas zamieci. Na drodze tworzą się maleńkie wałki nawianego piasku, owiewa on również samochód. Szczelność dżipów i klimatyzacja pozwalają nam jednak spokojnie obserwować zjawiska ruchu piasków i uciążliwości z tym związane dla mieszkańców żyjących na pustyni. Teren staje się coraz bardziej górzysty z krajobrazem księżycowym. Komplety brak roślinności, brak też osad ludzkich.

Naszym celem jest rejon Tamerzy, gdzie pojawiają się już stałe cieki wodne. Strumienie płyną w głębokich wąwozach, a woda wykorzystywana jest do nawadniania oaz. Znowu pojawiają się osiedla i palmy daktylowe. Zatrzymujemy się w jednej z takich oaz. W głębokim kanionie płynie woda koloru mętnej bieli, pojawiają się też małe kaskady. Schodzimy do rzeki i wędrujemy kawałek jej korytem. Odczuwamy radość, patrząc na szemrzącą rzekę w tym niegościnnym krajobrazie i uświadamiamy sobie, jakim bogactwem jest tu woda. Ona daje życie ludziom i palmom, ona warunkuje tu możliwość egzystencji.

Po jakimś czasie wyruszamy dalej w drogę powrotną. Jedziemy na zachód przez górzystą krainę, dobrze utrzymaną szosą. W dole pojawiają się czasem oazy. Strumienie spływające z gór zanikają w piaskach, a w tych miejscach widać kępy palmy daktylowej. Jest to widok fantastyczny: tu kępka zieleni,
a dookoła wypalony, suchy, niegościnny piasek. Zmierzamy w kierunku miasta Gafsa, gdzie czeka nas obiad. Mijamy kopalnie fosforytów, wszędzie widać taśmociągi, hałdy i duże samochody. Nigdzie śladu zieleni i wody.

Po smacznym obiedzie i orzeźwiającej kawie wyruszamy w drogę powrotną do Hammamet. Będzie jeszcze jeden postój w Kairuan. Kairuan założony przez Arabów w dosłownym znaczeniu znaczy "karawana". Zbudowany został na rozległym płaskowyżu, na skrzyżowaniu dróg karawanowych. Ośrodek ten jest uważany za jedno ze świętych miast Tunezji i islamu - po Mekce, Medynie i Jerozolimie - i ze swoimi imponującymi meczetami i marabutami stanowi ważny cel pielgrzymek. Szczególnie obchodzi się w Kairuanie Muled, czyli urodziny Proroka. Oglądaliśmy meczet z zewnątrz, bo o tej porze był już zamknięty, za to czynne było centrum handlowe, gdzie oferowano kolorowe rękodzieła miejscowych rzemieślników. Uczestnicy wycieczki kupowali fantazyjne makatki, różne inne tkaniny i fajki wodne.

Kiedy wsiedliśmy do autobusu było jeszcze widno. Zmierzaliśmy na północ, przez dobrze zagospodarowane ziemie Sahelu. Znowu pojawiły się gaje oliwne, opuncje i inne drzewa owocowe. Zieleń łąk i innych roślin uprawnych świadczą, że jest tu dostateczna ilość wody do nawodnienia gruntu.
Kiedy wróciliśmy do hotelu był już późny wieczór. Tak skończyła się wycieczka na Saharę, w której uczestniczyli: Zbyszek Kukuczka z żoną Teresą, brat Edek z córką Basią i ja.

Tekst i foto: Stanisław Porwisz

Copyright © Nad Sołą i Koszarawą.
Wszystkie prawa zastrzeżone.