URSZULA WILCZAK – TANCERKA TEATRU WIELKIEGO W STUDIU TAŃCA „TUTU” Żywiec, Zywiec, zywiecczyzna, gory, beskidy, Nad Sołą i Koszarawą - dwutygodnik społeczno kulturalny
 
Nad Sołą i Koszarawą

34-300 Żywiec
ul. Świętokrzyska 50 A
nr 2/321 - 15 styczeń 2012

URSZULA WILCZAK – TANCERKA TEATRU WIELKIEGO W STUDIU TAŃCA „TUTU”





    W
okresie bożonarodzeniowym w Miejskim Centrum Kultury w Żywcu (17 grudnia 2011) odbyła się premiera przedstawienia baletowego do fragmentów muzyki Piotra Czajkowskiego „Dziadek do orzechów”.
Jest to baśń fantastyczna według słynnej „Historii o dziadku do orzechów” Ernsta Theodora Amadeusza Hoffmanna (niemieckiego pisarza, kompozytora i rysownika). Prapremiera miała miejsce w Petersburgu 18 XII 1892 r. w Teatrze Maryjskim, wiele lat później w Polsce, w Bydgoszczy – 10 IV 1958 r. w Studiu Operowym. Baśniowy klimat w świątecznej scenerii, a w nim świat dziecięcej wyobraźni przedstawiają na deskach filharmonii i teatrów niemal wszystkie baletowe szkoły na całym świecie.
Sztukę „Dziadek do orzechów” wyreżyserowała prowadząca od trzech lat prywatne Studio „TUTU” – Urszula Wilczak. Moje wrażenia i znakomite recenzje po pokazie sztuki tańca w pięknych kostiumach spowodowały spotkanie z byłą tancerką, aby porozmawiać o Jej balecie, o działalności Studia Tańca w Żywcu.
B.D. Wystawienie „Dziadka do orzechów” to odważne i ambitne przedsięwzięcie. Balet jest niezwykle trudną formą przekazu treści ruchem, mimiką – nie tylko dla odbiorców, ale też dla samych małych artystów. Kiedy zrodził się pomysł i dlaczego balet?
U.W. Dlaczego balet? Dlatego, że ja jestem wykształcona w tym kierunku. Nie jestem żywczanką, pochodzę spod Warszawy, ale w zasadzie moje dzieciństwo upłynęło w Warszawie, bo w wieku 10 lat zmieniłam szkołę na szkołę baletową i udało mi się ją ukończyć. Była to Państwowa Szkoła Baletowa. Po otrzymaniu dyplomu dostałam angaż w Teatrze Wielkim w Warszawie. Tańczyłam tam prawie siedem lat i urodziłam dwoje dzieci. Właściwie w tym momencie moja artystyczna kariera się zakończyła. Od momentu urodzenia dzieci nie tańczę zawodowo. W międzyczasie ukończyłam studia na Akademii Muzycznej im. F. Chopina w Warszawie, na kierunku – Pedagogika Baletu. To były studia dla zawodowych tancerzy. Posiadam tytuł magistra sztuki. Od dziecka tańczę, ruszam się i jest ciągle ten balet. Nie potrafię zmienić swojego zawodowego ukierunkowania. Prowadziłam zajęcia w zespole „Gawęda”, pracowałam w szkole prywatnej, ale cały czas jako nauczyciel tańca.
W 2008 r. tak się ułożyło moje życie, że przeniosłam się z rodziną do Żywca i wisiał nade mną wielki znak zapytania, co ja tu będę robić? Zorientowawszy się, że Żywiec jest miejscowością kulturalnie bardzo rozwiniętą, bo wiele się tu dzieje, stwierdziłam, że brak jest baletu. Najbliższa placówka jest w Bielsku-Białej. Udało mi się wypełnić tę lukę. Chociaż... zakładając tę działalność miałam wielkie obawy.
Dlaczego wybraliście akurat Żywiec?
To są sprawy rodzinne, bardziej związane z pracą męża. Mamy tutaj też znajomych. Zakładając działalność, musiałam się gdzieś ulokować. Wynajmowałam pomieszczenie w budynku b. Papierni. Było tam pięknie: różowo, baletowo ze zdjęciami artystów, ale finansowo nie wytrzymałam. Po roku przeniosłam się z dziećmi do Fitnes Klubu do b. Futrzarni i całe szczęście, że pan Regel pojawił się na zorganizowanym dla rodziców pokazie i udostępnił mi miejsce w MCK. To jest miejsce, gdzie zajęcia tego typu powinny się znajdować – jest miejsce dla publiczności, scena dla dzieci. Dla mnie jest ważne, aby uczyły się prezentować na scenie, a nie tylko w tych czterech ścianach. Jestem szczęśliwa.
Dopisało Pani szczęście.
Nie zapeszając, powiem, że tak.
Szkoła tańca w MCK jest od 1 marca 2011 r. Dlaczego „TUTU”?
Od francuskiego słowa oznaczającego tę baletową sterczącą spódniczkę. Tutu – po francusku, po polsku – paczka klasyczna stercząca, w wersji romantycznej – długa tiulowa spódnica.
Nie jest łatwo zgromadzić wokół siebie tak liczną grupę. Przedstawiało aż 38 osób, w tym dzieci, młodzież, z dużą rozpiętością wiekową. Co przysporzyło największe trudności w przygotowaniu przedstawienia baletowego?
Większa część dzieci chodzi na moje zajęcia od trzech lat. Cieszą mnie efekty pracy, które widać na każdym następnym występie. Jest kilka grup wiekowych, zasób ruchowy, koordynacja ruchowa w balecie jest różna u dzieci 4, 6 czy 9-letnich. Moim ograniczeniem są umiejętności dzieci, bo ja tańczyłam zawodowo, profesjonalnie. Szkoła baletowa, w której byłam jest szkołą trudną. Dzieci zdolne nie wytrzymały psychicznie. Był ogromny odsiew. Z 50 w szkole baletowej (kl. IV) ukończyło maturalną klasę tylko 11.
Dlaczego wybrała Pani tę fantastyczną baśń E.T.A. Hoffmana?
(śmiech) Sama tańczyłam w „Dziadku do orzechów”. Chciałam, aby dzieci oddały ruchem pewną historię. Chciałam z nimi ułożyć przedstawienie, bo wcześniej to były wyłącznie pokazy dla dzieci, takie dwuminutowe. Z maluszkami wychodziłam i za mną powtarzały układy, natomiast starsze dziewczyny tańczyły układy do muzyki klasycznej, Vivaldiego, Chopina.
Teraz chciałam zrobić to tak, jak jest w teatrze. Te plany pojawiły się w kwietniu, a przed wakacjami rozpisałam role, ruchy dla każdego. Wcześniej przerabiam sobie nogami i zastanawiam się, czy one będą w stanie to zrobić. Dwie dziewczynki potrafią już na paluszkach tańczyć.
Zauważyłam pewne zmiany w doborze postaci z baśni m.in. główna postać w oryginale (Marysia ma brata Frycka), w Pani przedstawieniu jest Klara i ma dwie koleżanki.
Musiałam zrobić zmiany, bo nie mam w grupie chłopców. Jedynym mężczyzną był Szymon Ostrowski (tańczy w Pilsku), który grał w podwójnej roli jako: Drosselmeyer i Dziadek do orzechów. Zastąpił koleżankę, która obecnie studiuje w Łodzi – przyprowadziła go w zastępstwie za siebie. Z początku miałam obawy, myślałam, że chce się powygłupiać, ale Szymon tak poważnie podszedł do tego, to fajny facet. Jest odpowiedzialny, bez niego ta sztuka byłaby zupełnie inna.
Widowni podobała się (sala wypełniona po brzegi) królowa myszy – Aleksandra Kosierb, pełna ekspresji, niezwykle wyrazista, oddziaływująca na wyobraźnię dzieci. Była wyeksponowana na tle gromadki tych uroczych, z wielką fantazją i polotem ubranych małych myszek. Kto uszył te stroje? Jest to ogrom pracy.
Może się chwalę, ale po balecie moją drugą pasją jest krawiectwo i teraz mi się to bardzo przydaje. Wszystkie kostiumy uszyłam sama. Rodzice pomagali mi przy ozdabianiu, naszywaniu cekinów, bo to wymaga czasu i precyzji.
Dziękowała Pani współpracującym rodzicom i artystom baletu. Spełnili oczekiwania? Był to ich pierwszy poważny występ.
Byłam szczerze wzruszona. Mnie zależało, żeby poczuły, że coś tworzą, że muszą współpracować między sobą, że muszą ruchem odtworzyć pewną rolę i nadać jej charakter. Mnie praca z dziećmi sprawia ogromną przyjemność, może odziedziczyłam to po mamie, jest nauczycielką.
Nie zdradzę planów Studia „TUTU”, ale zapewniam, że będzie to ambitna klasyka.
Pani Urszulo, dziękuję za rozmowę i życzę stworzenia profesjonalnej szkoły baletowej w Żywcu.
(śmiech) Jest to wyższa szkoła jazdy.
Czy nie można mieć takich życzeń i marzeń w Nowym Roku 2012?


rozmawiała B. Fryś-Dzikowska


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą.
Wszystkie prawa zastrzeżone.