Zmarł Jan Talik Żywiec, Zywiec, zywiecczyzna, gory, beskidy, Nad Sołą i Koszarawą - dwutygodnik społeczno kulturalny
 
Nad Sołą i Koszarawą

34-300 Żywiec
ul. Świętokrzyska 50 A
nr 21/316 1 listopada 2011

Zmarł Jan Talik

 

W wieku 85 lat zmarł Jan Talik z Ciśca Małego, folklorysta, regionalista, budowniczy, właściciel i kustosz Muzeum „Ocalenie”. Pojechałem na jego pogrzeb do Milówki, gdyż poczułem wewnętrzną potrzebę uczestniczenia w jego ostatniej drodze, tu, na ziemskim padole. Poznałem go kilkanaście lat temu w Ciścu Małym, w jego czynnym już wówczas prywatnym muzeum etnograficznym, które nazwał „Ocalenie”. Tam, po zwiedzeniu zbiorów, usiedliśmy na ławie, a on ubrany jak zawsze w żywiecki góralski strój, z właściwą sobie swadą zaczął opowiadać o swojej życiowej drodze, potem wziął swoją heligonkę, stanął przede mną i zaczął grać i śpiewać tak, jakby miał przed sobą wielotysięczną widownię, po chwili zawołał swoją małżonkę Zosię, by wspierała go wakatem. Mimo, że kiedyś już dawno temu pisałem o nim, sądzę, że nie od rzeczy będzie teraz w tych szczególnych okolicznościach powtórzyć to i owo z tego, co wówczas usłyszałem i zobaczyłem.
Jeszcze przed wejściem do tego osobliwego muzeum, przy drodze stała oryginalna tablica, a na niej taki napis: „Na pocies haw! Pod grape! Na góralskie Gawendy, spiywaniji grani. No i Małe Muzeum ji rzeźby hawok tes Mom”.
„Było nas dwanaścioro - opowiadał. Ojciec zmarł wtedy, gdy ja się narodziłem tzn. w 1926 roku. Prowadzenie 12-morgowego gospodarstwa na groniach przypadło matce, która wychowała nas w duchu miłości i szacunku do ludzi, chleba i pracy. W 1939 roku ukończyłem 6 klas szkoły powszechnej. Uczyłem się dobrze. Potem, już jako samouk, nauczyłem się jeszcze wielu rzeczy. Umiem grać na heligonce, na trąbce, na bębnie, na kontrabasie i harmonijce ustnej, a jak potrzeba to zaśpiewam piosenki, takie jakie śpiewało się w mojej młodości. Okupację spędziłem u bauera w Sopotni Małej. Życie nas nie rozpieszczało. Należę do tego pokolenia, które wie co to był przednówek, jak transportuje się obornik w koszyku na plecach, jakie korzonki wyorane na wiosnę nadają się do jedzenia. W 12. roku życia powoziłem już parą koni”.
W 1947 roku ożenił się z Zofią Bednarzówną, która urodziła dwoje dzieci, syna i córkę. W 1973 roku wybudowali dom i zabudowania go-spodarcze. Był, jak większość ówczesnych górali żywieckich, dwuzawodo-wcem. Prowadził gospodarstwo i pracował w żywieckim GS-ie. Aktywnie włączał się w życie swojej rodzinnej wsi. Był prezesem kółka rolniczego, współpracował z miejscowym bankiem spółdzielczym i kołem gospodyń. Grał i śpiewał na weselach, organizował różne uroczystości wiejskie, pisał teksty i scenariusze. Rzeźbił i odziewał różne postacie, które zdobiły jego muzeum. W czasie jednej z moich wizyt zastałem go przy wykonywaniu masek obrzędowych dla miejscowych kolędników. Był jak większość górali utalentowanym rolnikiem, murarzem, cieślą, stolarzem - jednym słowem „złota rączka”, „chłop do tańca i do różańca”.
A skąd myśl o budowie muzeum i dlaczego „Ocalenie”?
W pewnym okresie mojego życia zaczęła mnie nękać choroba stawów, miałem trudności w chodzeniu, a przy tym nachodziły mnie różne myśli i refleksje nad sensem życia, czy aby już wszystko mam poza sobą, czy nie powinienem czegoś trwałego po sobie zostawić. Choroba cudem ustąpiła, a ja w podzięce Bogu postanowiłem jeszcze coś zrobić. I tak powstała myśl wybudowania domku na skarpie, potem drugiego, a w nich zgromadzenia sprzętów gospodarskich i przedmiotów codziennego użytku, które dziś znalazły się na strychach i śmietnikach, by ocalić je od zapomnienia.
Obok domu - opowiadał dalej mój rozmówca - jest grapka podarowana nam przez sąsiadów. W czasie jej porządkowania czyli jak to się mówi "przyprowadzania do kultury", w kupie kamieni, na którą spadały gałęzie z obcinanego jesiona, leżały dwa pociski artyleryjskie. Cudem ocaleliśmy wraz z synem. Mogliśmy przecież zginąć - stąd „Ocalenie”.
W roku 1984 na przydomowym stoku stały już dwa drewniane domki na kamiennej podmurówce. Część eksponatów pochodzi z domu rodzinnego autora, część od ludzi ze wsi, a resztę sam podorabiał takim samym sposobem, jak czynili to jego dziadowie i pradziadowie.
Sąsiedzi się przyglądali i z zaciekawieniem pytali co to będzie. Ja żartobliwie odpowiadałem, że dom spokojnej starości. Pojawił się też wójt, bo budowa realizowana była bez zezwolenia, ale skoro pomysł zaakceptował, kamień spadł mi z serca.
Potem zjawiła się telewizja z Katowic i z Warszawy, a w ślad za nimi zaczęły przychodzić wycieczki. Najpierw dzieci szkolne, z najbliższej okolicy, potem z Polski i z zagranicy.
Jasiek - kustosz zademonstruje też jak to dawniej robiło się kaszę jęczmienną, jak mełło się zboże na chleb, albo przędło na kołowrotku, bo większość eksponatów w jego muzeum jest na przysłowiowym „chodzie”. W księdze pamiątkowej muzeum znalazłem taki oto wpis: „Dzięki wspaniałemu Panu Janowi i jego współmałżonce mieliśmy okazję podglądnąć obyczaje i zwyczaje, wysłuchać przyśpiewek górali beskidzkich prawie już nie funkcjonujących współcześnie. Zachwyciła nas przede wszystkim prostota, bezpośredniość i gościnność, a nade wszystko humor gospodarza. Z całą pewnością będziemy zachęcać innych do odwiedzenia tej prawdziwej „perły” folkloru beskidzkiego”.
„Serdecznie dziękujemy za góralskie opowiadanie i śpiewanie Pana Jana i małżonki oraz za grę na oryginalnych instrumentach góralskich. Jest Pan drogocenną perłą w kulturze polskiej. Życzymy wielu lat w zdrowiu i szczęściu”.
Nie chwaląc się - w celach reklamowych zaproponowałem mu i zaprojektowałem dwie serie pocztówek. Byłem zaskoczony jego pracowitością i pomysłowością, gdy zobaczyłem je odręcznie na odwrocie opisane. Na jednej z nich była taka oto dedykacja:
Ja tu w tej grapce doznałem ogromnego szczęścia, że ocalałem.
Wyrazem tego jest wybudowanie przeze mnie i przez moją Zośkę tego Muzeum „Ocalenie”.
Ludziom dobrej woli zwiedzającym to Muzeum, życzę tego ogromnego szczęścia w zdrowiu i miłości i we wszystkich pragnieniach, które mogą przynieść szczęście i radość na całe życie dla siebie, swoich bliskich i innym też. Tego życzy z całego serca ocalony Dziadek - Jasiek.
Jan Talik jest autorem wspomnień spisanych w dwóch stukartkowych zeszytach formatu A4. Miałem okazję je przeczytać. Są cennym przyczynkiem do dziejów naszego regionu. Oby gdzieś się nie zapodziały.
Z pełną satysfakcją przyjąłem udział Wójta Gminy Węgierska Górka Piotra Tyrlika w uroczystościach pogrzebowych oraz jego deklarację, że planuje rozmowy z rodziną zmarłego na temat dalszych losów muzeum „Ocalenie”.


Hieronim Woźniak

Copyright © Nad Sołą i Koszarawą.
Wszystkie prawa zastrzeżone.