100 - lecie urodzin Jana Kiepury (1902-1966)
16 maja 2002 r. polski świat muzyczny obchodził 100-lecie urodzin najsławniejszego tenora i śpiewaka operowego - owianego legendą - Jan Kiepury- który nie miał równego sobie w całym ówczesnym świecie. Ludzie starszego pokolenia do dziś go wspominają z dreszczykiem emocji.
Zwany był popularnie chłopcem z Sosnowca, gdyż zwykł tak sam siebie nazywać. Do dziś brzmią nam w uszach piosenki, które śpiewał, choćby przypomnieć jedną z nich:
"brunetki, blondynki, ja wszystkie was dziewczynki
całować chcę", albo - daj mi tę noc. Śpiewane dźwięcznym, pełnym ekspresji uczuciowej głosem.
Miał on niezwykle barwny życiorys, który z okazji 100-letniej rocznicy urodzin warto przypomnieć. Pisało o nim wielu znawców jego zawrotnej kariery artystycznej m.in. Jerzy
Waldorff, podkreślając zasługi Kiepury dla kultury polskiej, jego talent, patriotyczne cechy charakteru, a przede wszystkim błyskawiczną drogę do sławy, którą nie tylko tym cechom zawdzięczał ale i temu, że był zabójczo przystojny. Ale zacznijmy od początku.
Otóż Jan Kiepura urodził się 16 maja 1902 r. w Sosnowcu - mieście Zagłębia Śląskiego w rodzinie Franciszka i Marii Kiepurów. Młodszy brat Władysław - również śpiewak tak wspomina uzdolnienia i zamiłowania muzyczne swoich przodków:
"O naszej rodzinie w Sosnowcu można powiedzieć - że była rozśpiewana od pokoleń, i że śpiewali w niej wszyscy. Tamtejszy proboszcz - jak wspominano - z nieszporami czekał tak długo, póki nie przyszła moja babka - Katarzyna
Kiepurowa, gdyż ona musiała pierwsza intonować nabożne pieśni - nie było jeszcze wtedy organów. Kiedy bywało - ludzie spóźniali się do kościoła, poganiali się wzajemnie: prędzej, prędzej, słyszycie, że Kiepurowa już nieszpory zaczęła?
Matka nasza posiadała z natury sopran koloraturowy i chętnie posługiwała się nim, ale tylko, aby sobie zaśpiewać przy zajęciach w domu, najwyżej w czasie świąt i imienin, kiedy się zeszli goście. Ojciec byłby niezłym tenorem dramatycznym, gdyby nie został piekarzem. Jego porą solennych popisów stawały się kolejne Boże Narodzenia, kiedy na czele rodziny obok choinki huczącym głosem prowadził kolędę za kolędą. My z Jankiem śpiewaliśmy od dzieciństwa. Po mutacji zaś, było to z końcem I wojny światowej i pogłębiała się bieda, umilaliśmy ludziom czekanie w ogonku po chleb naszym śpiewaniem."
Rodzice śpiewaków - Janka i Władka byli ludźmi prostymi i chcieli wychować synów na ludzi poczciwych, którzyby pracą rąk umieli zarabiać na kawałek chleba dla siebie i bliskich. Dlatego też posłali obu synów do Polskiej Szkoły Handlowej, nie chcąc ich mieć w rosyjskim rządowym gimnazjum.
I tak ich życie toczyło się aż do plebiscytu i powstań śląskich w latach 1919-1921, gdy ojciec z obu synami wdziali mundury i poszli w bój o polskość Śląska. Janek chociaż ogarnięty pasją śpiewu wiódł już wtedy prym w chórze szkolnym, zasłynął jednak w "sosnowieckiej budzie" z siły fizycznej i wielkiej odwagi. To on w pamiętnym dniu 11 listopad 1918 r. na czele swojej szkolnej paczki rozbroił wartę w jednej z fabryk. Walcząc wraz z kolegami w powstańczej Kompanii Strzelców Bytomskich, przy całej swej brawurze wyszedł niemal bez szwanku, podczas gdy wielu odniosło nawet ciężkie rany. Gdy w czasie upalnego lata koledzy dla ochłody runęli do głębokiej rzeki, on bez wahania pierwszy skoczył tonącym na ratunek i wyciągnął ich na brzeg, chociaż o mało sam przy tym nie zginął.
Zarówno te wydarzenia, jak i dalsze losy życiowe Janka świadczą o jego odwadze, gotowości do ofiar i poświęceń, jak również to, że urodził się pod szczęśliwą gwiazdą. Kochali go za to koledzy i dziewczyny, zachwycone jego pięknym śpiewem, proroczo nazywając go Carusem.
Po roku wojaczki, syt chwały, Janek zdaje maturę i jedzie do Warszawy, gdzie na życzenie rodziców wstępuje na wydział prawny uniwersytetu. Ale po roku z impetem rzuca się w karierę śpiewaczą. Taka kombinacja rzeczowej ostrożności i pasji charakteryzować będzie całe jego życie. Na kredyt zaczął pobierać prywatne lekcje śpiewu u znakomitego prof. W. Brzezińskiego, który zachwycił się jego talentem i wkrótce zarekomendował Janka do chóru Teatru Wielkiego w Warszawie, który od roku założenia - 1833 do zniszczenia 1939 r. gościł najwybitniejszych artystów świata.
Jednak wkrótce doszło do rodzinnej scysji, kiedy Janek nie przywiózł z Warszawy dyplomu magistra prawa, bowiem ojciec w ogóle nie chciał słyszeć o jego nauce śpiewu.
Wróciwszy do Sosnowca bez zdanych egzaminów uniwersyteckich i chcąc udobruchać ojca od samego progu piekarni machał wizytówką adepta Opery Warszawskiej. Oto, jak wspomina o tym brat Władek:
"Ojciec wpadł w taką furię, że sprał Janka i wyrzucił z domu krzycząc żeby się mu więcej nie pokazywał na oczy bez indeksu potwierdzającego zdanie egzaminów i że od tej chwili nie dostanie złamanego grosza. Wówczas na scenę wkroczyła matka, zazwyczaj spokojna i wyrozumiała, ale teraz miała już tego dosyć.
Ojciec, jak później i Janek temperament miał nie od parady. Matka, która na wybryki męża patrzyła dotąd przez palce, obecnie tę niewierność postanowiła wyzyskać w walce o pokrzywdzonego syna. Pragnęła jego szczęścia, a skoro on tak usilnie chciał śpiewać?
"Doszło wtedy między rodzicami do burzliwej sceny i w rezultacie tego się rozeszli Matka wzięła Janka i przeniosła się na drugą stronę domu przy ulicy Miłej, gdyż ten dom należał do nich po połowie. Ojciec zapiekł się w gniewie, a że piekarnia i dochód z niej należały do niego, Janek z matką zaczęli wieść długi okres życia chudego".
Za niedługo nastąpiła druga katastrofa. Dyrektor Teatru Wielkiego Emil Młynarski wyrzucił niesfornego i hardego Janka za niesubordynację. Pozbawiony domu i ojcowskiej pomocy, w dodatku wylany na bruk z opery, do której udało mu się wejść tak niedawno z tyloma nadziejami, wrócił do Sosnowca, myśląc o samobójstwie. Szczęśliwym trafem, kiedy znalazł się na samym dnie rozpaczy, przyszedł mu z pomocą przyjaciel - Mietek Szafruga i zabrał go do siebie na utrzymanie. Janek nie zapomniał tego przyjacielowi i gdy zdobył już światową sławę, sprowadził do Nowego Jorku, gdzie Mietek - inżynier zrobił karierę jako konstruktor statków w stoczniach Rockeffelera.
Świadom skali swego talentu, Janek mimo wszystko nie rezygnował z kariery śpiewaka i nadal uparcie ćwiczył się w śpiewie. Ale teraz już pod kierunkiem opatrznościowego pedagoga - tenora - Ignacego
Warmutha, który udzielał mu lekcji, pożyczył 200 zł i dał list polecający do dyrektora opery we Lwowie. I tu Janek 15 stycznia 1925 r. debiutował w "Fauście", odnosząc duży sukces, który utwierdził jeszcze występem na scenie opery poznańskiej.
I dopiero wtedy zjawił się ponownie przed Młynarskim, który teraz z radością przyjął młodego narwańca. I wkrótce 11 lutego doszło do warszawskiego debiutu Jana Kiepury w Fauście
Gounoda, który utorował mu drogę występów we wszystkich operach świata. Oto, jak wspomina ten jego występ Jerzy
Waldorff:
"Pamiętam ten rosnący zachwyt niemal od pierwszych tonów, podanych przez młodego śpiewaka. Zachwyt, który z aktu na akt potężniał, żeby się przemienić na koniec we frenetyczną owację".
Na zdobycie Teatru Wielkiego mądry i pracowity Kiepura przygotowywał się starannie.
Poza Faustem i Rigolettem Verdiego pokazał się w Warszawie w Rycerskości Wieśniaczej oraz w Halce i Strasznym Dworze Stanisława Moniuszki. Popularność młodego tenora szybko rosła, a że wcześnie nauczył się cenić swój talent również w gotówce, więc od razu jął stawiać wymagania honoraryjne nie byle jakie. Za koncerty w Sosnowcu zażądał po 250 zł tj. 50 dolarów. Suma ta była olbrzymia jak na debiutanta, ale ją dostał.
Sławę w tak krótkim czasie zdobył nie tylko przez piękny śpiew, ale głównie poprzez umiejętność organizowania sobie reklamy, w czym okazał się mistrzem nad mistrzami.
Dbał, aby na łamach prasy ukazywały się żarty o nim, jak małe węgielki dorzucane na palenisko, które podtrzymywały temperaturę uczuć narodu dla artysty. Śpiewał nie tylko w salach operowych, ale wszędzie, na balkonach hotelowych, na podwórzach - stojąc na beczkach lub dachach samochodów, aby być lepiej widzianym przez otaczające go tłumy. Arie operowe przeplatał humorystycznymi piosenkami np.:
Umarł Maciek umarł, gdy domagano się bisów, co publiczność przyjmowała wybuchami śmiechu i brawami.
Zarzucano mu, że w ten sposób poniża się, śpiewając dla motłochu. Ale on nie zważał na to, bo na wzór współczesnych idoli, których był prekursorem pragnął nie tylko uszczęśliwiać wytworne towarzystwo teatrów operowych, ale i prostych - ubogich ludzi. Gdy tylko gdzieś przyjechał, od razu wynoszono go na rękach, stawiano na podwyższeniu i krzyczano: Jasiu śpiewaj! Jasiu śpiewaj!
W ten sposób zdobył popularność, jakiej wówczas nikt nie miał. Śpiewając w operze warszawaskiej zażądał od jej dyrektora bardzo wysokiej gaży, której ten ze względów etycznych nie mógł mu dać, więc zrezygnował z dalszych w niej występów, bo już miał listy rekomendujące od impresarzów do teatrów zagranicznych. Wyruszył więc na podbój Wielkiego Świata. I zdobył go tak jak nikt przedtem, ani potem, przynosząc chlubę Polsce.
Stanisława Białożyt