Opowieści (nie) z tej ziemi... Latający wilk.
Stary, doświadczony myśliwy, już któryś raz z rzędu ciągnął wieczorem na wysiadkę, przyrzekając sobie, że tym razem na pewno musi się "udać", bo to było do niczego nie podobne, aby lis "przechera", który spędzał mu sen z powiek, nie dawał się skusić na żadną przynętę, na najwspanialsze wabienie na jakie mógł się zdobyć, udając kniaziejącego zająca. Śnieg skrzypiał przyjemnie pod nogami, ale mróz szpilił swoimi igiełkami po nosie i po uszach, sygnalizując, że siedzenie na wysiadce, tym razem do przyjemności należeć nie będzie. Mróz nie mróz, ale tego lisa dzisiaj strzelić muszę, przyrzekał sobie po raz kolejny myśliwy, wdrapując się na wysiadkę. Wiercąc się niespokojnie na wysiadce, myśliwy czekał na spełnienie swoich snów. Nagle zauważył cień zbliżającego się lisa. Biegł w kierunku starego, rozłożystego buka. Myśliwy złożył się błyskawicznie. Strzał przetoczył się nad doliną Roztoki, a wydobywający się z lufy ogień przesłonił miejsce strzału, ale myśliwy pewien był trafienia. Zszedł z wysiadki i ruszył po swoje trofeum. Przyszedł na miejsce zestrzału , gdzie zamiast lisa znalazł trochę farby. Ruszył za tropem, który nagle się urwał. Ki djabli- pomyślał, czyżby znowu pudło?
Czyżby lis okazał się "kuloodporny" i znowu mnie przechytrzył? Chodził w kółko jak ogłupiały kręcąc z niedowierzaniem głową. Przecież lis nie ptak, nie mógł odfrunąć, przyszło mu nagle do głowy i olśniony tą myślą podniósł wzrok w górę, na drzewo, przed którym ślad się urywał. Patrzył nie wierząc własnym oczom. Na wysokości około jednego metra zobaczył szczelinę, a w niej...
Lis zwinięty w kłębek wbił się niczym klin w rozpadlinę starego buka, ale już nie żył.
W ostatnim, desperackim skoku pokonał odległość i wysokość, ale kuli nie uszedł.
Mietek Chobrzyński opowiadając to zdarzenie śmieje się serdecznie i dodaje:
- to był mój pierwszy latający lis.
Stary Nemrod