Nad Sołą i Koszarawą - nr 20 (75) - rok IV - 15 październik  2001

poprzedni artykuł   |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|


 

Litewska Ekskursja Żywieckiego Oddziału PTT cz.II.

Niestety, emocje miały nas jeszcze czekać... O drugiej w nocy zerwaliśmy się na równe nogi, gdyż usłyszeliśmy zajeżdżające pod nasze namioty samochody. Ciszę przerwał też puszczony na cały regulator samochodowy magnetofon. A potem już tylko głośne rozmowy, momentami przekleństwa (po polsku!) i trwające do rana pertraktacje zakrapiane alkoholem, gdyż tylko w ten sposób udało się uśmierzyć emocje młodych. Policzyliśmy - było ich dziewiętnastu. Wydelegowani negocjatorzy położyli się spać o szóstej nad ranem - nic dziwnego, że spali do południa.
Przy okazji kilka słów o sytuacji ludzi mieszkających w tym regionie. Teren zdominowany przez Polaków mieszka ich tu około 80%, Litwinów mała garstka, około 12% to Rosjanie, Białorusini. Tak jest na Wileńszczyźnie, w samym Wilnie Polacy stanowią 50% druga połowa to Litwini. Trudno więc się dziwić, że spotykaliśmy się właściwie tylko z polskim językiem, katolickimi kościołami. Sklepy są na ogół zaopatrzone jak należy, w Wilnie fantastycznie, choć szokuje brak straganów czy kiosków z owocami i warzywami. Przepyszny ciemny chleb, doskonały kefir, smaczne masło, śmietana, sucha kiełbasa w wielu gatunkach. Ceny porównywane z naszymi. W restauracjach królują gołąbki, kołduny, chłodnik litewski, a przede wszystkim cepeliny, czyli dość duże, podłużne kluski z surowych, tartych ziemniaków, w które zawinięte jest mielone mięso. Takie kluski wrzuca się na kilka minut do gorącej wody a następnie podaje ze śmietaną i stopioną słoniną. Dobre, ale bardzo kaloryczne. Piliśmy też smaczny kwas chlebowy i "czasami" niezłe, słodkawe piwo. Wszędzie zadbane domki, ogródki. W Wilnie na darmo będziemy szukać kosza na śmieci, bo wstyd wyrzucać jakieś papierki na czystą, zamiecioną ulicę czy plac. Przyroda prawie dziewicza, pachną nieskoszone łąki, zachęca czysta, wręcz przezroczysta woda w rzekach i jeziorach. Nasza Zeimena szeroka, leniwa, o piaszczystym podłożu, płynie między wysokimi brzegami, na których królują sosny i brzozy. Gdy wije się wśród łąk, krajobraz przypomina czasami fragmenty filmu "Nad Niemnem". Niestety, nasze upajanie się naturą, prawie codziennie przerywa głuchy pomruk zwiastujący burzę. W poniedziałek część z nas boi się wypłynąć, gdyż już od 4 rano błyskawice rozrywają niebo. Tak będzie, bardziej lub mniej groźnie, do wieczora. Trudno się dziwić, że tylko niektórzy decydują się na wiosłowanie a reszta załatwia w pobliskiej leśniczówce przewóz kajaków na miejsce następnego biwakowania. "Strzeżonego Pan Bóg strzeże" z tym stwierdzeniem wchodzimy do wypożyczonego "łaza" i w towarzystwie rosyjskiego kierowcy, Saszy, który w czasie dwugodzinnej jazdy beztrosko popija sobie "Trojankę litewską", czyli 24% wódkę, pędzimy przez tereny dawnego poligonu, dziś straszącego ruiną. Wzdychając do Pana Boga, dojeżdżamy szczęśliwie do miejsca, gdzie czekać będziemy na odważniejszą grupę kolegów. Jesteśmy w Podbrodziu, tu Maciek będzie szukał rodzinnego domu Swego ojca, który pracował na tych terenach przed wojną. Domu wprawdzie nie znalazł, ale przyprowadził sympatyczną polską rodzinę, która umiliła nam wieczór (oczywiście ogniskowy!). Słuchaliśmy rosyjskich dumek, które pięknie nam zagrała i zaśpiewała Aleksandra, podziwiać też będziemy talent muzyczny Maćka, ujawniający się dopiero tego wieczora. Jak się dowiedzieliśmy, śpimy tej nocy na historycznym miejscu, gdzie przed wojną ćwiczono ułanów. Rzeczywiście, tereny jakby stworzone w tym celu, rozległe łąki, szeroki horyzont. Długo zostanie w pamięci różowy zachód słońca i delikatna, szarosrebrna mgła spokojnie kładąca się na miękkie trawy i krzewy. Następne dwa dni to intensywna praca wiosłami. Mieliśmy dopłynąć do Wilna, pozostało 70 km. Pogoda nadal piękna, ale rzeka nagle zmienia swój charakter- łączy się z Neris(Wilią), która doprowadzi nas do stolicy Litwy. Gwałtowne miejscami obniżenia terenu przyśpieszają rytm rzeki, a w szybkim nurcie naprawdę trudno dostrzec ledwie zalane głazy. Poszedł kajak Janusza, potem Belgów. Tak rozhukana Żejmena wita się z Wilią. Zrobiliśmy jakie takie łaty i z duszą na ramieniu dopłynęliśmy do naszego ostatniego kampingu koło Bezdan. Tu spotkanie z Józefem, sauna, ostatnia biwakowa kolacja. Jutro środa i spotkanie z Wilnem. Udało się. Krążymy wokół miasta, zwiedzając dzięki rzece te zakątki, których nie zwiedziliśmy pieszo. Przy trzecim moście czeka Józef. Jeszcze tylko złożyć kajaki, załadować je do przygotowanego busa a potem chłodne piwo z zakąską w postaci pysznego grochu z boczkiem i cebulą. Zakupy i dojazd na miejsce, gdzie będziemy do soboty. Stamtąd też będzie nas codziennie zabierał, załatwiony przez Józefa, bus na zwiedzanie Wilna i okolic. Zajeżdżamy przed nowoczesny, otoczony ceglanym murem, pensjonat. Jest ładnie, przestronnie, czysto. Na dole bar, gdzie będziemy jeść śniadania i późne obiady. O 9.00 wsiadamy do samochodu. Kierowca, Wiktor, jest Rosjaninem, wiec porozumienie z nim nie sprawia problemów. Dojeżdżamy do Miednik, tu Zygmunt August spotykał się z Barbarą Radziwiłłówną. Oglądamy ruiny po potężnym niegdyś zamku, częściowo odrestaurowane. Stąd piękny, rozległy krajobraz. Widać dokładnie oddalone o kilka kilometrów przejście graniczne na Białoruś. Niestety, nie spotykamy nikogo, kto mógłby nas oprowadzić - jedziemy więc do Wilna. Zwiedzanie zaczynamy od gotyckiego kościoła św. Anny. Jest to przepiękny, autentyczny zabytek tzw. płomienny gotyk, chrakteryzujący się rzeźbą w cegle, najpiękniejszy przykład tego stylu w Rzeczypospolitej. Trudno się dziwić, że Napoleon chciał go na dłoni przenieść do Francji. Obok, niedaleko pomnika Adama Mickiewicza, klasztor Bazylianów. Uroczymi, wąskimi, brukowanymi uliczkami wędrujemy po starym mieście. Wszędzie odnowione kamienice, świeże wnętrza kościołów. Zabudowa skupiona, właściwie brak ogromnych (poza katedralnym) placów, które spotkać można we Lwowie. Miasto jakby wkomponowane w naturę. Józef Piłsudski nazwał je jednym z najpiękniejszych miast na świecie. "Rzędami biegną mury, pagórki otoczone zielenią. Miłe miasto. Gdy na który z pagórków się wejdzie, ku niebu, przez mgłę oparów błyszczy do góry wieżyca, wieżyczki, na których, gdy dzwony zadzwonią nie wiadomo, czy się skarżą, czy o łaskę proszą... Miasto wsłuchane w modlitwę swych wież kościelnych" (Jerzy Ramer, "Wilno"). Za drobną opłatą wchodzimy na dziedziniec Uniwersytetu im. Stefana Batorego, dawnej Akademii Jezuickiej. Zatrzymujemy się przed kościołem św. Jana, który konsekrowany był już w 1427r. To tu Piotr Skarga wygłaszał swe płomienne kazania i był pierwszym rektorem uczelni. Stąd tylko krok do zaułku, gdzie stał dom, w którym mieszkał Mickiewicz, a potem przez rokokową bramę do zabudowań byłego klasztoru bazylianów, kiedyś zamienionego przez Moskali na więzienie. To tu w latach 1823-24 więziony był Adam Mickiewicz, pod oknem Konrada fotografujemy się. Jeszcze chwila zadumy przed Matką Boską Ostrobramską (Ostra Brama to fragment murów obronnych, tędy prowadziła droga do Miednik, a dalej do Boryszowa, Mińska, Moskwy), modlitwa w pięknym barokowym kościele Piotra i Pawła na Antokolu, ufundowanym przez hetmana litewskiego Michała Paca, który cudownie ocalał w tym miejscu podczas najazdu Moskali i krótka lekcja patriotyzmu na cmentarzu na Rossie, gdzie znajduje się m. in. grobowiec chroniący serce Józefa Piłsudskiego oraz prochy jego matki. Nazwa cmentarza pochodzi od nazwiska właściciela terenu lub od nazwy pogańskiego święta Rossy, obchodzonego w wigilię św. Jana. Jemy pyszny obiad w stylizowanej na wiejską, ale potężną chatę, restauracji. Żegnamy Belgów. Rankiem wyjazd do Trok, położonych 17 km od stolicy. W malowniczo położonym nad jeziorem miasteczku oglądamy świetnie zachowany średniowieczny zamek księcia Witolda, a potem, w dużym pośpiechu, bo nadciąga burza, penetrujemy wspaniałą rezydencję rodziny Tyszkiewiczów, z pięknie odnowionym pałacem zbudowanym nad samym jeziorem. Jedliśmy zachwalane przez Józefa karaimskie pierogi (mielone mięso w kruchodrożdżowym cieście). Nazwa wiąże się z grupą mieszkańców Trok-Karaimami, którzy przybyli w te strony prawdopodobnie z Gruzji. Obecnie jest ich około siedemdziesięciu, wyróżniają się swą orientalną urodą, a w przeszłości obyczajami. Ostatnia kąpiel w czystym jeziorze, ostatnia kolacja w towarzystwie Józefa i jego rodziny. W sobotę rano z Wilna jedziemy do Żywca. W domu będziemy w niedzielę o 7.00.

Skarbnik spływowy (i nie tylko) Anna Winiarska

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.