Woda - żywioł niepokorny.
Mogłoby się wydawać, że człowiek końca XX wieku zapanował już nad światem i przyrodą. Przemierza głębiny oceanów, pokonał wszystkie najwyższe szczyty gór, zdobył srebrny glob, a kosmiczna sonda dotarła już na czerwoną planetę, gdzie poszukuje śladów życia. Wszystko to sprawia, że człowiek coraz częściej zapomina o zwyczajnym życiu i jego prawach. Dlatego szczególnie mocno kruchość żywota swojego doświadcza podczas klęsk elementarnych. Kiedy to cała jego wiedza, majątek i dorobek życia w przeciągu kilku chwil ulega zniszczeniu czy wręcz unicestwieniu. Jednym z takich żywiołów jest woda, która pomimo regulacji rzek, budowy zbiorników retencyjnych i wałów ochronnych raz po raz przypomina, iż jest żywiołem niepokornym.
Przed dwustu laty Beskidy powódź nawiedzała często. Prawie co roku (w wieku XVII) odnajdujemy w kronikach poszczególnych parafii wzmianki o tym, iż woda zalała jakieś gospodarstwo czy pola. Szczególnie wiosną, kiedy to potoki górskie niosły w swym korycie stopniały śnieg, wtedy strumyki stawały się rwącymi rzekami, a rzeki przypominały swym wzburzeniem wulkaniczną lawę. Komoniecki - wójt Żywca - zapisał w swej kronice ponad trzydzieści większych powodzi, które dotknęły Podbeskidzie. Prócz tych lokalnych zalań zdarzały się i klęski, których zasięg roznosił się daleko na teren całej Europy. I tak "3 lipca (1593 roku) w sobotę powódź z deszczów wielkich a gwałtownych bardzo wielka była, że stodoły, domy całkiem niosła i wiele szkód narobiła". Nie ograniczyła się tylko do terenów Polski "ale w Węgrach, w Morawie i w Śląsku tak się stało".
W trakcie panowania żywiołu, pośród ogólnego zniszczenia rozgrywały się osobiste dramaty poszczególnych ludzi, którzy tracili cały materialny dorobek, a czasem i to co najcenniejsze - życie. Kiedy w 1664 r. rzeki południowej Polski kolejny raz wezbrały sprawy dla trzech przyjaciół powracających z Krakowa nie przedstawiały się pomyślnie. Jako, że woda wylała obficie postanowili wrócić w rodzinne strony łódką. "Na rzece Skawie (...) woda ich porwała i czółnem do okoła obracał, że sobie radzić nie mogli". Wtedy Piotr Brzuchański z Żywca ratując się wyskoczył z czółna koło brzegu, co spowodowało wywrócenie się łódki. Adam Mikołajczyk z Ciśca zrzucił z siebie wszystko co miało jakiś ciężar i uchwycił się przewróconego czółna. Drugi zaś mieszkaniec Żywca "Wojciech Pawlus utonął, gdyż na sobie w torbie miał pieniądze szelągami, które go na dół ważyły". Mikołajczyk ofiarowawszy podczas opresji swoje życie św. Annie jako wotum ocalenia wystawił w kościele w Milówce ołtarz ku jej czci... A Piotr Brzuchański czując się odpowiedzialnym za utonięcie przyjaciela, wdowę po nim "w małżeństwo pojoł i córkę jego Katarzynę, której tylko było niedziel ośmnaście gdy ojciec utonął, należycie wychował".
Powódź i ulewne deszcze, choć mają swoją niszczącą siłę to jednak wcześniej czy później ustępują. Na terenach przez które wielkie wody przeszły wkraczały epidemie i wszech obecny głód. "Tegoż roku (1688) wody wielkie panowały i chleb była mały i drogość wielka, że ludzie w górach jemiołe jedli i wiele ubogich od głodu pomarło".
Innym jeszcze razem było jeszcze gorzej: "ludzie makuchy (nasiona lnu wyciśnięte używane jako pasza dla bydła - J.K.) i rząsę (najprawdopodobniej rzęse wodną lub płatki liści leszczyny) z leszczyny susząc, a ze zbożem mełli, aby się posilić". Byli i tacy, którzy na tej biedzie bliźnich dorabiali się fortuny. Jednak dziwnym trafem (czy jak woli autor wolą Bożą) nigdy one dorobkiewiczom szczęścia nie przyniosły. To też nie warto ich poczynań upamiętniać.
Kiedy wały obronne i pomysłowość ludzka nie radziła sobie z żywiołem pozostawało już tylko szukać wspomożenia u sił wyższych. Tym bardziej, iż te doświadczenia jako karę od Boga odczytywano. Szczególnie w niełaskę lud Żywiecczyzny popadł w 1695 r. kiedy to żniwa kończono dopiero na św. Michała (29 września). "Dlatego ludzie w górach powiadali, że ich Pan Bóg siedmią plag skarał tego roku: 1. Wiosna nierychła, 2. Mrozy na wiosnę, 3. Niepogodne lato, 4. Powódź wielka, 5. Zbieranie z pola mokre, 6. Śniegi i mrozy, że owsy na polach przypadły śniegiem, 7. Mysz wielkość". Aby przebłagać niebiosa lub przynajmniej uzyskać jakąś ulgę uciekano się w modlitwach do różnych patronów. Najpopularniejszymi byli św. Jan, Florian i Krzysztof. Zawsze pamiętano o NMP, jak również lokalnie zwracano się do innych. Państwo Żywieckie w 1715 r. uznało "za osobliwego patrona" św. Piotra męczennika z zakonu dominikańskiego. I zobowiązało się do tego, aby w każdy poniedziałek - od 29 kwietnia do 29 września - adorować Krzyż Święty. Innym razem, gdy wielka woda zalała Podbeskidzie ks. Antoni Dzierżyński rodem z Bytomia zarządził uroczyste modlitwy na święto Przemienienia Pańskiego. "Obiecując miłosierdzie Boskie i tak wiele powodzi przestanie. Jakoż tak Pan Bóg dał i przemienił, że zaraz tej nocy deszcz ustał i na drugi dzień na święto Przemienienia Pańskiego pogoda piękna nastąpiła i nabożeństwo się pięknie skończyło. Z czego lud wszystek uweselony był, przyznając to łasce Przemienienia Pańskiego i za wielki cud to sobie Boski i dobrodziejstwo Pana Jezusa poczytali i to święto z wielką uczciwością przyjeli i wszystko miasto Żywiec święciło i święcić obiecało".
Jacek Kachel