Litewska Ekskursja Żywieckiego Oddziału PTT cz. I
17 lipca-dworzec PKP w Żywcu. Kilka minut po 17.00. Ostatnie pożegnanie, ostatnie wskazówki żon niedostrzegalne błyski w oczach pozostawionych na 10 dni sympatii. Wyjeżdżamy w dobrej, sprawdzonej już kilka razy ekipie, na spływ kajakowy rzeką Żejmeną, na Litwę. W tym roku nie płyną z nami: Stasia, Jacek i Wiola, za to wzmocniliśmy naszą grupę o Magdę, Martę, jej tatę i Rafała. Mnóstwo poupychanych byle gdzie bagaży. Na szczęście upał opadł z sił i jedziemy w miarę ludzkich warunkach. W Katowicach dwie godziny czekamy, potem o 22.20 podróż w zarezerwowanych wcześniej przedziałach do Suwałk a potem w nieznane... Budzimy się gdy wstaje słońce, podziwiamy lekką mgłę unoszącą się nad trawami, migają gałęzie sosen, brzóz, gdzieniegdzie widać skrawek jeziora. Suwałki.
Poranna toaleta w pociągu. Przejście graniczne w Trakiszkach mijamy jakby mimochodem, tak też mniej więcej wygląda kontrola paszportów. Stąd już tylko godzina do Szostakowa, pierwszego litewskiego miasta, w którym czekać na nas będzie zaprzyjaźniony Polak-szef polskiego samorządu w Wilnie, Józef Szuszkiewicz. I Szostaki. Tutaj, nieoceniony Józef a wraz z nim Wiktor-Rosjanin, kierowca 16-sto osobowego busa, którym odtąd (z przerwami) będziemy zwiedzać "suchą,, część Litwy. Ładujemy siebie, swe ogromne bagaże do niewielkiego pojazdu z błękitnymi firankami. Aż strach pomyśleć że musimy tu jeszcze zmieścić 8 złożonych kajaków i wiosła. Spoza pleców i głów kolegów oglądamy krajobraz-rozległe pola, w większości nieuprawione, drewniane, parterowe domki w przeważającym żółtym lub niebieskim kolorze. Zatrzymujemy się przed niezwykłym pagórkiem, z dziwnym, płaskim szczytem. To "kapelusz Napoleona"- tak miejscowi nazwali to wzniesienie, na pamiątkę przemarszu wojsk Bonapartego w 1812r. Śpieszymy się, bo w Wilnie, koło dworca, mamy spotkanie z Nicole i Dannym-to nasi przyjaciele z Belgii, którzy już od 10 lat pływają z nami, zachwyceni urokiem polskich jezior i rzek. Około 13.00 zajeżdżamy przed wileński dworzec. Są Belgowie powitania, krótka informacja co robimy, wymiana dolarów na lity (l lit = l złoty), a potem, w trzydziestostopniowym upale, jedziemy z Józefem by odebrać kajaki, spotkać się z władzami polskiego samorządu. Jest też dziennikarz, a więc wywiad dla lokalnej gazety, wspólne zdjęcie- a potem, upchani jak śledzie, jedziemy do Palusa k/Ignalina, małej osady w narodowym parku, odległej od Wilna o około 150 km. Dojeżdżamy na pięknie położony nad jeziorkiem kamping. Kompletnie wykończeni upałem i chaosem ostatnich godzin, próbujemy rozbić namioty, zrobić coś do jedzenia. Na szczęście Danny pozbywa się zbędnego balastu, czyli częstuje nas pysznym, czerwonym "Cabernet" z pięciolitrowego pojemnika. Jesteśmy uratowani. Zmęczenie zażegnane, humory coraz lepsze, mimo że następne dni nie przedstawiają się najciekawiej-nie mamy przewodników, zupełnie nie znamy terenu, brakuje nam solidnych map, nie wiemy, czy mogą się z nami porozumieć - a do tego wizja składanych kajaków które są dla nas zupełną nowością i które rano musimy sobie sami złożyć, mając tylko rosyjską instrukcję. Ale, jak zwykle, strach ma wielkie oczy. Przy pomocy siekiery, kamieni, zardzewiałych gwoździ oraz Józefa o 11.30 zwijamy obóz, robimy pamiątkowe zdjęcie, doczepiamy biało-czerwone chorągiewki i wypływamy. Józef zostaje, ale obiecuje do nas dojechać. Jest czwartek-spotkamy się z nim dopiero we wtorek. Pogoda piękna, jezioro spokojne, bezpieczne, krajobraz-sielski. Maryna-komandor spływu, jako jedyna ma mapę, bardzo ogólną niestety, która jednak okaże się niezbędna. Po trzech godzinach zatrzymujemy się w pięknym, biwakowym miejscu w sosnowym lesie. Już z daleka widać solidne zadaszenia nad stołami i ławami, sterty ułożonych, przygotowanych, pociętych pni zachęcających do rozpalenia ogniska, co też wieczorem robimy. Mnóstwo borówek, poziomek-ogromna cisza, przejrzyste powietrze, czyściutka woda. Jednym słowem bajka. Drewniany pomost prowadzi do jeziora. Tu spędzimy bardzo miłe popołudnie i wieczór, próbując litewskich specjałów kupionych po drodze. Oprócz nas jest grupa chyba(?) Litwinów, w większości dzieci. Nikt nie żąda od nas opłaty za nocleg. Na drugi dzień, o 11.00, wyruszamy. Kajaki fantastyczne sprawują się na jeziorach są lekkie, reagują nawet na nasze myśli. Są pakowne i wygodne. Za chwilę pierwsze spotkanie z Polakami, którzy, jak się okazuje, są na tych terenach przeważającą większością. Dopływamy do jakiegoś pomostu, by zapytać o grzyby. Rozmawiamy z kobietą, która bardzo chętnie odpowiada na wszystkie nasze pytania tak jak wszyscy, mówi z rosyjskim (lub kresowym!) akcentem. Nasz następny kamping w Kołtunianach to łąka położona między opuszczonymi, oczywiście drewnianymi, domami. Jest upalnie. Nic dziwnego, że następnego dnia, w Święcianach, będziemy musieli przerwać podróż chroniąc się przed burzą. Burzę przeżyliśmy, mimo że deszcz i wiatr omal nie zmiotły naszych namiotów. Spacer do sklepu, rozmowy z serdecznymi i chętnymi do pogawędki, w każdej chwili, Polakami, msza św., a w końcu uczta z kupionych wcześniej kurek dopełniły ten, pełen wrażeń, dzień.
C/D/N/ Hanna Winiarska