Nad Sołą i Koszarawą - nr 17 (72) - rok IV - 1 wrzesień  2001

  |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|


 

Góralszczyzna cz. II

Poprzedni odcinek na temat góralszczyzny zakończyłem na sukcesach Żywiecczyzny na polu kultywowania tradycji góralskich w okresie międzywojennym. Wojna i okupacja 1939 - 1945 sparaliżowała wszelką działalność regionalną, gospodarczą, kulturalną i turystyczną. Ziemia żywiecka włączona została do Rzeszy, a ludność z połowy wsi żywieckich została wysiedlona do Generalnej Guberni, a wszyscy zdolni do pracy ze wsi pozostałych, zostali wywiezieni na przymusowe roboty w głąb Rzeszy. 
Na Podhalu, miał jednak miejsce incydent, o którym warto przypomnieć przy omawianiu spraw góralskich Podhala. Z inicjatywy volksdeutschów: dra Henryka Szatkowskiego, wysokiego urzędnika w Ministerstwie Komunikacji, orędownika budowy kolejki na Kasprowy Wierch, zakopiańskiego działacza sportowego i turystycznego, Witalisa Wiedera (reichsdeutsch), kapitana rezerwy WP, Wacława Krzeptowskiego, przedwojennego prezesa Stronnictwa Ludowego w Nowym Targu i Józefa Cukra, prezesa Związku Górali, powstała myśl powołania na Podhalu państwa góralskiego, współpracującego z Niemcami - Goralenvolk. Akcja ta spotkała się z poparciem i zachętą Niemców dążących do rozbicia jedności narodowej Polaków, m. in. przez wyodrębnienie narodowości góralskiej, której pochodzenie - jak dowodził Krzeptowski - miało być germańskie, a zatem bliższe Niemcom niż Polakom. W listopadzie 1939 r. Wacław Krzeptowski i Józef Cukier udali się na Wawel gdzie złożyli wizytę gubernatorowi GG Hansowi Frankowi. Kilka dni później Hans Frank rewizytował "przywódców góralskich" w Zakopanem. Po wizycie Hansa Franka w Zakopanem aktywiści Goralenvolku reaktywowali zawieszoną działalność Związku Górali. Spis ludności powiatu nowotarskiego z 1940 roku wykazał, że tylko 18% ludności objętego akcją terenu, zadeklarowało się jako "górale". Tylko w Zakopanem, Kościelisku, Nowym Targu i Szczawnicy, odsetek ten był większy. W 1942 roku powstał Komitet Góralski, na czele z Wacławem Krzeptowskim, który to Komitet miał być namiastką przyszłego rządu "państwa góralskiego".
Akcja góralska załamała się z końcem 1943 roku. Pod wpływem tamtejszego ruchu oporu, Krzeptowski porzucił Komitet i ofiarowaną mu przez Niemców trafikę i uciekł w góry. Wieder i Szatkowski uciekli z Niemcami w 1945 roku.
W grudniu 1944 roku przybył na Podhale oddział partyzancki AK dowodzony przez ppor. Studzińskiego "Kurzawy" w celu wykonania wyroku na przywódcy "Goralenvolku" - Wacławie Krzeptowskim. Zakopiańska placówka AK zlokalizowała dom na Krzeptówkach, w którym ukrywał się były Goralenfürer, po opuszczeniu szałasu na Stołach.
20 stycznia 1945 roku chłopcy "Kurzawy" wyciągnęli go z kryjówki i powiesili, przy drodze, na konarze drzewa stojącego na jego parceli. 
Osobny i mało znany rozdział w dziejach góralszczyzny stanowią losy górali czadeckich. Kto był bardziej dociekliwym i uważnym uczestnikiem tegorocznego Festiwalu Górali Polskich, ten zauważył, że w amfiteatrze pod Grojcem występował zespół "Dolina Nowego Sołońca" ze Złotnika koło Żar na Dolnym Śląsku, a po estradzie paradował kierownik tego zespołu Wiktor Bryjak, którego fotografię zamieściłem w części pierwszej artykułu "Góralszczyzna". Skąd górale na Dolnym Śląsku? Opowiem w wielkim skrócie. Bardziej dociekliwych odsyłam do artykułu Romana Chowańca w XIX numerze "Karty Groni". W XVI wieku z powodu prześladowań ekonomicznych i religijnych, ludność Śląska Cieszyńskiego nie poddająca się reformacji oraz chłopi pańszczyźniani z Żywieckiego udawali się na rubieże państwa polskiego - dawnego Śląska Cieszyńskiego, które graniczyło z Węgrami. 400 lat temu na teren dzisiejszego powiatu Czadca, w dolinie Kisucy w Słowacji, napływali górale - osadnicy z Cieszyńskiego i Żywieckiego. Około roku 1800, w 13 gminach okręgu czadeckiego zamieszkiwało około 40 000 górali polskich. 
W XIX wieku na skutek głodu, biedy, waśni etnicznych i innych klęsk górale czadeccy zaczęli emigrować na wschód Karpat do Bukowiny Rumuńskiej (stolica Czerniowce), intensywnie kolonizowanej przez cesarzy austriackich, przez element nie tylko polski. Wszyscy otrzymywali wolność - co było magnesem przyciągającym coraz to nowych osadników. Z historii wiemy, że znalazł tu także schronienie przywódca rebelii chłopskiej z roku 1846 Jakub Szela. Polscy górale czadeccy zajmowali tam zwarte obszary i zakładali całe wsie polskie. Między innymi powstała wieś Nowe Sołońce, Plesza, Pojana i inne. Przez cały prawie wiek XIX z okręgu czadeckiego na Bukowinę napływali nowi osadnicy. W okresie międzywojennym Polonia Rumuńska liczyła 80 000 osób. Pod względem narodowościowym i kulturowym izolowali się od Słowaków, Węgrów, Niemców, Rumunów i innych. 
Aż do II wojny światowej zachowali oni język, gwarę, folklor, zwyczaje i obyczaje również rodem z żywieckiego. Po II wojnie światowej część Bukowiny znalazła się w ZSRR, część w Rumunii. Prawa narodowościowe nie były tam respektowane. Los dla emigracji polskiej nie był tu łaskawy. Dlatego gdy nadarzyła się okazja wyjazdu, w latach 1945 - 46, część byłych emigrantów polskich z Bukowiny postanowiła wrócić do stron ojczystych. Ale los spłatał im kolejnego figla, zamiast w czadeckie, cieszyńskie czy żywieckie znaleźli się na Ziemiach Odzyskanych w rejonie Żar, Żagania, Nowej Soli, Dzierżoniowa i innych, gdzie nie mając innego wyboru, osiedlili się w zwartych grupach. Kontynuują oni tradycje regionalne i folklor swoich ojców, dziadów i pradziadów. Od kilkunastu już lat zespoły folklorystyczne górali czadeckich zapraszane są do udziału w Festiwalu Górali Polskich, Tygodnia Kultury Beskidzkiej. Osiągają sukcesy i kwalifikują się do Festiwalu Ziem Górskich w Zakopanem. 
W górach Beskidu Niskiego, od zachodnich krańców Bieszczad po rzekę Poprad w sądeckim mieszkali Łemkowie. Górale łemkowscy korzeniami tkwią w osadnictwie wołoskim wieku XIV. Na słabe na tym obszarze osadnictwo polskie, rozwijające się głównie w dolinach rzecznych oraz grupy pasterskie wołoskie w XV i XVI wieku napłynęła fala osadnictwa ruskiego, wyznania grecko-katolickiego i prawosławnego posługująca się językiem ukraińskim z licznymi cechami własnymi. 
W roku 1918, gdy ogłoszono powstanie Samodzielnej Republiki Ukraińskiej, w jej skład weszła także Łemkowszczyzna. W okresie międzywojennym, gdy cerkiew grecko- katolicka zaczęła propagować idee ukraińskie rząd polski i władze kościoła rzymsko-katolickiego starały się złagodzić panujące nastroje proukraińskie m. in. poprzez wprowadzenie do szkół języka łemkowskiego, książek i prasy łemkowskiej. 
W czasie II wojny światowej Ukraińcy poszli na współpracę z Niemcami, licząc na ich zwycięstwo i powstanie własnego państwa ukraińskiego. Niemcy uważali ich jako sprzymierzeńców. Tak też traktowali Łemków. Dla podkreślenia odrębności tych ostatnich od Polaków powołali do życia "Lemkover Genossenschatswerband" - Związek Łemków. Gdy zadeklarowali się jako Ukraińcy, zwalniano ich z kontyngentów, nie wywożono na roboty przymusowe i zwalniano z obozów jenieckich. Część Łemków walczyła też w polskim i radzieckim ruchu oporu. 
Pod koniec wojny Łemkowszczyzna znalazła się w polu działania Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). Zbrojny ruch ukraiński popierali nacjonalistycznie nastawieni księża grecko-katoliccy. W obliczu przeciągających się walk i działalności terrorystycznej, po zamordowaniu gen. Karola Świerczewskiego w marcu 1947 roku, strona polska podjęła akcję pod kryptonimem "Wisła", której celem było całkowite zlikwidowanie UPA. Ówczesne władze polskie potraktowały Łemków w całości jako banderowców, bandytów, wrogów ustroju i władzy ludowej. Zmusiły ich do wyjazdu i rozproszenia się po Ziemiach Odzyskanych. Takie działania wpłynęły na to, że spora część Łemków poczuła silniejsze związki z narodem ukraińskim. Była to trzecia z kolei akcja przesiedleńcza na tym terenie: pierwsza miała miejsce w 1940 roku i wynikała z porozumienia Niemiec i Związku Radzieckiego, druga w latach 1944 - 46 na podstawie umowy Polski z Ukraińską SRR o wzajemnej wymianie ludności. 
Na terenach opuszczonych przez Łemków próbowano osiedlać repatriantów ze Związku Radzieckiego. Nowe osadnictwo rozwijało się jednak bardzo opornie. Po roku 1956 Łemkowie uzyskali możliwość powrotu na ziemie ojczyste i obejmowania gospodarstw dotąd nie zajętych przez osadników polskich. Wielu Łemków skorzystało wówczas z możliwości powrotu, wielu pozostaje nadal w województwach zachodnich. 
Dzieje polityczne, kulturę materialną i duchową Łemków, z punktu widzenia etnograficznego, badał i opisał zmarły niedawno Roman Reinfuss. Z badań tych wynika, że była to grupa etniczna uboga, zajmująca się rolnictwem, pasterstwem, pracą w lesie, produkująca wyroby z drewna, lnu i wełny. Strój Łemków jest znacznie uboższy od stroju górali podhalańskich i cieszyńskich. Nie wytworzyli oni też tak bogatej jak inni górale kultury w postaci pieśni i tańca. Na uwagę zasługują budzące podziw piękne drewniane cerkwie, często zabite deskami z powodu braku wiernych lub przerobione na świątynie katolickie. 
W ostatniej dekadzie ubiegłego stulecia, Łemkowie zamieszkujący swoje strony rodzinne, jak również ci rozrzuceni po całej Polsce i poza jej granicami, zaczynają się organizować i sięgać do korzeni. Wyrazem tego był m.in. zorganizowany w sierpniu br. w Mokrem koło Sanoka festiwal folkloru łemkowskiego, gdzie prezentowały swój dorobek liczne zespoły łemkowskie. 
Na wschód od Łemków, już poza granicami naszego państwa mieszkali Bojkowie i Hucułowie. O tych ostatnich wiemy sporo choćby z popularnej pieśni biesiadnej "Czerwony pas". Bo Hucuł nosił szeroki czerwony pas i topór co błyszczał z dala, a zamieszkiwali tereny nad szumiącym Prutem i Czeremoszem. Stolicą Huculszczyzny była Kołomyja. W okresie międzywojennym były to ulubione tereny dla organizowania obozów letnich przez żywieckich harcerzy. Komendant takiego obozu z roku 1937 w miejscowości Jaremcze, Zdzisław Kabała tak opisuje tamte strony: Jaremcze położone w cudnej dolinie Prutu o dobrych warunkach klimatycznych. Letniska wybitnie żydowskie. Jeżeli chodzi o turystykę to pasmo Czarnohory dostarcza niezapomnianych emocji. W Jaremczu znajduje się słynny wiadukt kolejowy na Prucie. Trafiliśmy na wystawę łowiecką i wyrobów huculskich. Oglądamy Kamień Dobosza rozbójnika na miarę tatrzańskiego Janosika. Kamień olbrzymi miał sam przynieść. Obok wybito tunel kolejowy. Prut posiada dwa małe wodospady. Huculi barwnie ubrani w swych nieodstępnych kożuszkach w szerokich pasach sprzedają wyroby z drewna, wyszywanki i wyroby artystyczne ale drogie. Trzeba się targować. Ludność przychylnie nastawiona do harcerzy. Ogniska mają powodzenie u letników.
[...] Szliśmy cały czas cudnym przełomem rzeki, co za bogactwo widoków, malowniczość dzikich ustroni pierwoboru niezgłębionego. Wokół dzikość pierwotna bierze za włóczęgowskie serce, ryje głęboki niezatarty ślad. Wesołe strumyki płyną gwarliwie wśród skał i lasów. Patrzyłem na bujną florę, na kwiaty, pachnące zioła, na wiekowe drzewa powalone wichrami z Czarnohory i Hawerli. Czasem zawieruszył się w powietrzu olbrzymi jastrząb, pan tych połaci. Czasem przeleciał czarny kruk szybując ostro w kierunku "Martwej Góry" - Jawornika, nad kwiatem zaważył się czarny motyl, a wszystko zamykała błękitna kopuła niebios". 

Tekst i foto: Hieronim Woźniak

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.