Nad Sołą i Koszarawą - nr 15 (70) - rok IV - 1 sierpień  2001

poprzedni  artykuł   |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|


 

Szkolnictwo w gminie Milówka w pierwszych latach po II wojnie światowej.

Znajdowało się ono w niezwykle trudnych warunkach. Po pierwsze - brakowało nauczycieli, którzy podczas wojny zginęli na frontach II wojny światowej bądź w obozach zagłady, lub rozproszyli się po wysiedleniu ich do Generalnej Guberni. Ponieważ p.Kasinski - przedwojenny kierownik szkoły w Milówce nie zjawił się u nas po wojnie, więc do zorganizowania szkoły na polecenie Inspektoratu w Żywcu zgłosił się jej były nauczyciel p.Józef Szczotka z Milówki, który wrócił z wysiedlenia. Zaraz też przystąpił do organizowania szkoły. Znajdowała się ona w opłakanym stanie - zniszczona i zdewastowana przez okupantów i rozkradziona przez miejscowych złodziei. Większość szyb okiennych w obu budynkach szkolnych została rozbita przez podmuch powietrza podczas wysadzania elektrowni i mostów. Przez trzy tygodnie 20 ludzi codziennie pracowało nad przyprowadzeniem szkoły do stanu używalności. I wreszcie 20 maja 1945 r. odbyła się uroczystość otwarcia pierwszego powojennego roku szkolnego. Wzięli w niej udział: kierownik szkoły p.Józef Szczotka 4-ro nauczycieli oraz zaproszeni goście: wójt gminy p.Feliks Koczur, ks.proboszcz Jerzy Czartoryski oraz rodzice i dzieci. Natomiast w gorszej sytuacji były szkoły w poszczególnych gromadach gminy Milówka, np. w Kamesznicy Złatnej było tylko 2-je nauczycieli tj. kierownik Zięba i jego żona, a dzieci było bardzo dużo, zwłaszcza przestarzałych wojennych roczników. Wobec takiego stanu rzeczy Inspektorat Oświaty w Żywcu szukał absolwentów gimnazjum i proponował im pracę w szkołach podstawowych, zapewniając możliwość kontynuowania zaocznej nauki w Liceum Pedagogicznym w Białej Krakowskiej. Z tej szansy i ja skorzystałam i podjęłam się pracy w Szkole Podstawowej w Kamesznicy Złatnej w 1947 r. Ponieważ były tylko 2 sale szkolne, więc klasy były przepełnione i najczęściej łączone. Ja, jako 19-letnia dziewczyna niewiele różniłam się wiekiem od 7-klasistów, ale mniałam ogromny zapał do tej pracy. Pozwolił mi on pokonać wszystkie trudności jak min. codzienny marsz z domu do szkoły i z powrotem kilka kilometrów bez względu na pogodę, brak książek i pomocy naukowych. Po 2-óch latach zostałam przeniesiona do szkoły w Szarem, bo tu była jeszcze gorsza sytuacja tak kadrowa jak i lokalowa. Pracowała tu tylko jedna nauczycielka, również jak ja niekwalifikowana - Stefania Stańko, będąca zarazem kierowniczką tej szkoły. Odtąd więc dzieliła pracę ze mną a po 2-ch latach Inspektorat Oświaty przysłał trzeciego nauczyciela - Józefa Mirtę. Tu sytuacja lokalowa była gorsza niż w Kamesznicy, bo stara szkoła istniejąca tu przed wojną w latach 1868-1939 była zamieszkana przez rodziny i musiała poszukać sobie innego lokum. Znalazła je częściowo w pożydowskim budynku, który był karczmą i sklepem. Tu urządzono jedną salę lekcyjną, a druga w pobliskiej chałupie u pp. Walkarzy. Klasę szkolną od ich izby mieszkalnej oddzielała sień, w której umieszczone były różne narzędzia gospodarskie i beczka z kiszoną kapustą. Wraz z upływem czasu, klas przybywało i kierowniczka zmuszona była poszukać trzeciej sali. Znalazła ją w parterowym domu pp. Wiertów, znacznie oddalonym od dwóch pozostałych. Przerwy więc wykorzystywaliśmy na przechodzenie z jednego budynku do drugiego i trzeciego. Wszystkie trzy budynki były zlokalizowane tuż przy wiejskiej drodze. Nie było też żadnego podwórka do lekcji wychowania fizycznego, tylko mała polanka przy drugim budynku. I ten stan rzeczy trwał do 1956 r. dopóki nie wybudowanego nowego pięknego budynku szkolnego w środku wsi. W podobnym choć może nieco lepszym stanie znajdowały się pozostałe szkoły w gminie Milówka, a to w Nieledwi, Prusowie i Lalikach. Praca w nich, w tamtych powojennych latach trwała niemal cały dzień, bo nauczanie odbywało się na dwie, a nawet i na trzy zmiany, ponieważ wieczorem prowadziliśmy jeszcze kursy dla analfabetów. Do tego wszystkiego dochodziła własna nauka po nocach w zaocznym Liceum Pedagogicznym w Białej Krakowskiej. To wszystko było udziałem większości młodych nauczycieli, roczników powojennych, którzy intensywnie pracując w szkolnictwie dla nadrobienia okupacyjnych braków i zaległości w nauce naszej młodzieży, musieli znaleźć czas samokształcenia i zdawania egzaminów, najpierw w liceum, a później w Studium Nauczycielskim i w Wyższej Szkole Pedagogicznej. Trzeba też było samemu sporządzać pomoce naukowe, aby udoskonalić proces nauczania. Dobre wyniki wychowawcze i dydaktyczne oraz promocja uczniów do szkół średnich była dla nas nagrodą oraz źródłem dumy i radości. Tak więc po raz któryś w naszej dramatycznej historii realizował się romantyczny mit "Siłaczek" Żeromskiego.

Stanisława Białożyt

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.