KOSZARAWA WCZORAJ I DZIŚ - WSPOMNIENIA
Pochodzę z Rudzy, a jak chyba wszystkim wiadomo Rudza była kolebką sportu, a przede wszystkim piłkarstwa. Była to dzielnica sympatyków "Koszarawy". Stamtąd się wywodziło wszystko. Cała młodzież, która grała w "Koszarawie", wywodziła się właśnie z Rudzy. Tak było przed wojną i zaraz po wojnie. Ci chłopcy najpierw kopali piłkę gdzieś na ulicach (często rozbijając szyby w okolicznych domach), bo przecież nie było wtedy takich stadionów jak teraz. Następnie, już nieco starsi szli zapisać się do "Koszarawy". Z tej dzielnicy wywodziło się wielu dobrych piłkarzy: Caputowie, Miodońscy, Fabrowiczowie i inni. Przychodzili oni do "Koszarawy" już bardzo dobrze wyszkoleni - tacy wyćwiczeni tym bieganiem za piłką po ulicach miasta. Każdy, który grał wcześniej na placykach miejskich, był czołowym piłkarzem Koszarawy.
Bardzo ciekawa historia łączy się z okresem okupacji. W tym czasie sportu nie wolno było uprawiać, stadion był zamknięty, Niemcy odbierali wszelki sprzęt sportowy, jaki się miało. I wtedy właśnie na terenie Żywca utworzyły się drużyny uliczne, które z biegiem czasu zaczęły rozgrywać między sobą mecze (oczywiście nielegalnie i w wielkiej tajemnicy). Tych drużyn było sześć i związane były one z poszczególnymi dzielnicami miasta. Były to: Rudza, Podgórze, Hauptstadt (czyli Kościuszka), Zabłocie, Szpitalna i Isep. Nad Sołą zorganizowane zostało boisko i tam rozgrywano mecze. Początkowo nie wyglądało to zbyt groźnie - takie gonitwy za piłką. Ale później zaczęło dochodzić do poważniejszych meczy. Mieszkańcy miasta byli bardzo spragnieni sportu i zaczęli przychodzić na te mecze i gorąco kibicować drużynie ze swej ulicy czy też dzielnicy. Gdy doszło do finałów, zebrało się tam naprawdę mnóstwo osób. Ja też tam byłem, ale jeszcze nie grałem, bo byłem za mały. Spędzałem tam jednak cały swój czas. W czasie meczu ktoś doniósł Niemcom, że nad Sołą zgromadziło się bardzo wielu ludzi, a przecież to było zakazane. Wyłapali wszystkich, zwłaszcza zawodników, ale także kibiców, sympatyków gry w piłkę. Jednak wkrótce doszli do wniosku, iż było to jedynie spotkanie sportowe, a nie jakieś zgromadzenie antyniemieckie. W ten sposób skończyły się rozgrywki między drużynami naszego regionu. To były pierwsze zorganizowane drużyny w naszym regionie - oczywiście podczas okupacji. Zaraz po wojnie w 1945 roku starzy działacze, którzy byli w klubach jeszcze przed wojną, "wyłapywali" tych chłopców, którzy podczas okupacji grywali w piłkę w jednej z tych drużyn dzielnicowych. Najwięcej z tych zawodników trafiło do "Soły". Ja też grałem najpierw tam, choć mój brat już wcześniej kopał piłkę w "Koszarawie". Mój pierwszy mecz rozegrałem nie mając jeszcze osiemnastu lat. Pojechaliśmy do Bielska i tam zdobyłem moją pierwszą bramkę. Tak rozpoczęła się moja kariera piłkarska. Grałem do roku 1962, a potem byłem trenerem różnych żywieckich drużyn.
W 1947 roku "Soła" weszła do trzeciej ligi śląskiej, a w 1948 połączyła się z "Koszarawą". Ta fuzja nie była zbyt dobrym posunięciem, ponieważ niemożliwością było pogodzenie dwóch rywalizujących ze sobą drużyn, a i kibice byli zatwardziali w swych sympatiach i antypatiach. Nie mogli się pogodzić!
W tym czasie chodziłem do szkoły do Bielska i tam też zacząłem grać we Włókniarzu. W 1949 zabrano mnie do wojska; trafiłem do Kielc. Po krótkim czasie, prawie zaraz po przysiędze, zaczęto nas sprawdzać, wybierać sportowców. Zostałem wybrany i przez trzy lata grałem w wojskowej drużynie, m. in. w "Gwardii Kielce". Byłem dobrym zawodnikiem: przede wszystkim bramkostrzelnym, no i bardzo szybkim. Po 1952 roku powróciłem do Żywca. Miałem mnóstwo ofert z różnych klubów, ale sentyment miałem tylko do jednego - "Koszarawy" stała zawsze na pierwszym miejscu.
Jak już mówiłem, grałem do 1962 roku . Nigdy nie byłem graczem rezerwowym i nigdy też nie byłem kontuzjowany. Może dlatego, że byłem bardzo sprawny, a może po prostu miałem szczęście. Od 1953 roku tworzyliśmy bardzo dobrą, zgraną drużynę. Grali wówczas bardzo dobrzy zawodnicy: Włodzimierz Droba, dwóch piłkarzy ze Śląska - Maksymilian Barański i Józef Muskala - w bramce stał Aleksander Czub. Tworzyliśmy zgrany, lubiący się zespół. Ta drużyna zapełniała stadion, gdyż dawała kibicom wszystko: pięknie grała i była skuteczna. To były piękne lata "Koszarawy". Teraz z tej drużyny zostałem tylko ja i Włodek Droba.
Później zaczął się kryzys - brakowało dobrych zawodników, a i w zarządzie nie było najlepiej. W 1961 roku ukończyłem kurs instruktora piłki nożnej, a w 1962 odszedłem z "Koszarawy" i zacząłem trenować "Sołę". Później trenowałem różne powiatowe drużyny. Aż do 1992 roku byłem związany z drużynami z naszego regionu, a także z "Koszarawą". W 1984 roku zostałem odznaczony za zasługi dla województwa bielskiego.
Myślę, że teraz brakuje zawodnikom "Koszarawy" tego zaangażowania, tej woli walki, które myśmy posiadali. Brakuje tej jedności, tej wspólnoty, jaka wówczas była między nami. Ktoś powie inne czasy, ale czy wszystko można podciągnąć pod te słowa? Chyba nie! Teraz nie ma w tym zespole całości! Zawodnicy "Koszarawy" muszą stworzyć całość na boisku, muszą stać się jednym organizmem, muszą znać siebie nawzajem i lubić ze sobą grać. To są zadania dla trenerów, to oni muszą sprawić, by drużyna miała nie tylko wolę walki, ale także by rozumiała się na boisku. Nie wystarczy jeden genialny zawodnik, by drużyna odniosła zwycięstwo. Piłkarze i trenerzy muszą wspólnie działać, nie rywalizować między sobą. Trzeba przeanalizować sytuację i wyciągnąć z niej konstruktywne, dla klubu, wnioski. Mam nadzieję, że wkrótce się tak stanie i tego też życzę zawodnikom, trenerom i całemu zarządowi.
Wysłuchała: M@S