Nad Sołą i Koszarawą - nr 9 (64) - rok IV - 1 maj   2001

poprzedni artykuł    |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   


 

BROWAR DO WZIĘCIA? CZ II

WESELE BYŁO HUCZNE 
Arcyksiążę miał dwu synów, Karola Olbrachta i Leona Karola oraz dwie córki, Renatę i Mechtyldę. Otóż 16 stycznia 1909 r. Renata Habsburżanka została Hieronimową Radziwiłłową. Nie było to pierwsze małżeństwo habsburgsko-radziwiłłowskie w historii, ale to zasługuje na uwagę z trzech względów. Po pierwsze, żywiecka linia arcyksiążąt tym mocniej wiązała się z Polską, po drugie, wesele było huczne i dla Żywca pamiętne, po trzecie pan młody wywodził się z tych Radziwiłłów, którzy z historią Śląska mieli co nieco wspólnego.
U dziada Hieronima, Antoniego w Ciszycy (Ruhberg) bywał Wilhelm Reden i nawzajem księstwo wizytowało Redenów w Bukowcu. Antoni był namiestnikiem Wielkiego Księstwa Poznańskiego. Żonaty z Ludwiką Hohenzollern, bratanicą Fryderyka II Wielkiego, był ojcem nieszczęsnej EIizy, wielkiej, niespełnionej miłości późniejszego cesarza Wilhelma. Ojciec Hieronima, Ferdynand, ordynat ołycki, prezesował Kołu Polskiemu w pruskim parlamencie.
Radziwiłłowie wystąpili na weselu z właściwą sobie pompą. Zjechali rojno, sypnęli prezentami. Pan młody obdarował przyszłego teścia saniami obitymi w niedźwiedzie skóry. W kilka lat potem Renata urodziła trzech kolejnych Radziwiłłów: Dominika, Karola i Leona. Z młodszą Habsburżanką, Mechtyldą, od 1913 r. Olgierdową Czartoryską, związana jest dość niesamowita anegdota. W ponurym czasie hitlerowskiej okupacji dojrzała już w latach księżna postanowiła udać się do Paryża. W czasie podróży pociągiem z Krakowa, gdzie stale mieszkała, na granicy Generalnej Guberni jej paszport trafił do rąk wyjątkowo głupawego żandarma. Ten długo sylabizował trudne dla Niemca nazwisko aż wreszcie trafił paluchem, którym wodził po dokumencie, na rubrykę z nazwiskiem panieńskim”. Habsburg - ucieszył się, po czym natychmiast surowo dodał - to brzmi po żydowsku!"
NIEWDZIĘCZNA
Niepodległa Polska przyjęła Habsburgów nieufnie. Przede wszystkim na kilka lat dobra żywieckie trafiły pod przymusowy państwowy zarząd. Decyzją MSW z 22 sierpnia 1921 r. Karol Stefan Habsburg i jego żona otrzymali akt nadania obywatelstwa N AE 2155.
"Na zasadzie artykułu 12 Ustawy z dnia 20 stycznia 1920 r. Dz. U. RP Nr 52 poz. 320 nadaję byłemu arcyksięciu Stefanowi Habsburgowi, zamieszkałemu w Żywcu, urodzonemu..." i tak dalej, i tak dalej. Tymczasem synowie byłego arcyksięcia walczyli w wojnie polsko-radzieckiej broniąc wątłej niepodległości Polski. Snadź poczynali sobie dzielnie, skoro starszy Karol Olbracht odebrał z rąk samego Józefa Piłsudskiego Krzyż Walecznych, a potem order Polonia Restituta. Młodszy Leon Karol, szybko awansował zdobywając oficerskie szlify. Nie trzeba chyba dodawać, że obaj zgłosili się do wojska ochotniczo.
II wojna światowa to dla żywieckich Habsburgów czas wielkiej próby. Karol Stefan, dziadek, nie żył już od sześciu lat. Dziedzicem był starszy syn Karol Olbracht, żonaty z "piękną Szwedką", jak ją nazywano w Wiedniu i Galicji, Alicją Ancarerona, primo voto Ludwikową Badeniową, ojciec trojga dzieci. Pułkownik Karol Olbracht, dowódca twierdzy Grudziądz, został aresztowany i osadzony w cieszyńskim więzieniu. Odmówił stanowczo podpisania wiadomej listy. Cały majątek trafił pod przymusowy zarząd III Rzeszy a Alicja przebywała internowana w Wiśle. Tam właśnie nawiązała bliskie i owocne kontakty z ZWZ a potem z AK. Po latach Krzyż Walecznych wręczył jej gen. Bór-Komorowski.
Życie byłego arcyksięcia bez wątpienia uratowało pochodzenie i energiczna działalność żony. Stanowczej i usilnej interwencji ze strony dworu szwedzkiego i włoskiego sojusznika nawet organicznie nie znoszący arystokracji Hitler nie mógł zignorować. Karol Olbracht Habsburg (1888 -1951) zamieszkał po wojnie w Krakowie. Na krótko przed śmiercią, schorowanego już bardzo, męża Alicja Ancarcrona zabrała do Szwecji.
Tak to w dużym skrócie wyglądał niezbyt fortunny romans Habsburgów z polskością. Dwukrotnie Polska,. ta przedwojenna na krótko, a ta ludowa na dziesięciolecia, pozbawiła ich dziedzictwa. O tym, że na temat rodziny wypisywano w swoim czasie niemiłe bzdury, nie warto nawet wspominać.
Z tonu tych zdań jasno wynika, że sympatia autora jest po stronie potomków arcyksiążąt, aczkolwiek o tzw. reprywatyzacji i próbach w tym kierunku czynionych mam opinię negatywną i nie potrafię sobie wyobrazić, jakby to się miało odbyć. Niemniej, dla takich ludzi jakaś forma zadośćuczynienia powinna się znaleźć a herb i nazwa to dobra osobiste i fakt, że ich używanie odbywa się, bez zgody zainteresowanych jest żenujący. 

Trybuna Sobota-Niedziela 10-11 lutego 2001 r.
Tomasz Kostro

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.