Koszarawa wczoraj i dziś - Wspomnienia.
1) Jest Pan nierozerwalnie związany z "Koszarawą". W jaki sposób rozpoczęła się pańska przygoda z tym klubem sportowym?
Jestem z Żywca. Mieszkałem Za wodą - teraz to jest parafia Zabłocie, ale dawniej to była i parafia i przynależność Żywiec. Po wyzwoleniu poszedłem razem z moim kolegą zapisać się do "Czarnych". Na początku było takie wstępne przeegzaminowanie, czy potencjalny kandydat umie trafić w piłkę. Nie chcieli mnie tam przyjąć, bo byłem mały i taki zabiedzony. Wtedy się rozpłakałem. Stamtąd poszedłem na "Koszarawę". Selekcjonerem wówczas był Stanisław Caputa i przyjął mnie do drużyny, i tak rozpoczęła się moja przygoda z piłką. Do 1961 roku grałem, ale gdy się urodziła córka któryś tam krzyknął Droba dzieci bawić, no to Droba zwinął sprzęt i poszedł dzieci bawić.
Raz zdarzyło się, że po weselu kuzyna, po całonocnej zabawie, przylatują do mnie nad ranem i proszą mnie, bym pojechał na mecz do Wadowic. W końcu po tych naleganiach, zgodziłem się. Upał wtedy był niesamowity. Gdy jechaliśmy, co chwilę prosiłem, by się zatrzymać, żeby się trochę wykąpać. No i wtedy wygraliśmy, ale przez cały czas prosiłem trenera, by wzdłuż linii nosił coś do picia. Tak to bywało. Najpierw graliśmy w lidze śląskiej - odpowiednik teraz II, III ligi - potem w podokręgu bielskim, następnie przeszliśmy pod Kraków. To były też fajne lata! Wtedy budowano Nową Hutę. Istniały wówczas tam dwie drużyny: "Hutnik" i "Budowlani". Zaistniała taka sytuacja, że graliśmy z "Budowlanymi" i po zakończonym, wygranym meczu, nie mogliśmy stamtąd wyjechać. Milicja odprowadzała nas aż do samych Bronowic. Na pewien czas rozstałem się z klubem. Jednak po paru latach wybrano mnie na prezesa i byłem nim dosyć długo.
2) Jak Pan myśli od czego zależały sukcesy "Koszarawy"? Czy mieliśmy bardziej uzdolnionych zawodników, a może trenerzy byli bardziej zaangażowani w pracę z młodymi ludźmi?
Po wojnie drużyna była bardzo dobra. Zebrała się garstka ludzi, którzy dobrze kopali piłkę. W tym czasie, kiedy ja grałem, duszą klubu był pan Ochoński. I wtedy oprócz dziewięciu tutejszych, miejscowych zawodników grało w drużynie dwóch piłkarzy ze Śląska : Barański i Muskała. No i wtedy tam jakoś kopaliśmy. Nie było takiej rozpiętości wieku między zawodnikami jak teraz, średnia wieku była 22 lata, tylko ci dwaj byli starsi. Mnóstwo było w tym czasie w Żywcu sympatyków-wariatów to utrzymywali tych zawodników. W tym czasie było tak, że ta drużyna była drużyną inżynierów, bo grało nas tam chyba sześciu, którzy kończyli wyższe uczelnie. Dobrze było, że nie było przemądrzałych tych inżynierów. Jeśli kiepsko kopał to do pola! Ja miałem też mnóstwo nieprzyjemności, jak połączyliśmy się ze "Spartą". Byłem wtedy kapitanem drużyny i w trakcie meczu ja chciałem zmienić kogo innego a kierownik drużyny kogo innego. Powiedziałem absolutnie "nie" zejdzie z boiska jeden z tych inżynierów, którzy przyszli ze "Sparty". Przecież nie jest powiedziane, że jeśli ktoś ma tytuł magistra to musi grać w piłkę. Nie potrafisz to wypadasz. On mi tego nie zapomniał, nie mógł mi tego darować.
Wtedy jedyną rozrywką ludzi to było oglądanie meczów. Naprawdę mnóstwo ludzi przychodziło na "Koszarawę". Jak jechaliśmy na Śląsk to kibice tamtejszych klubów czuli przed nami respekt. A nieraz to było tak, że gdy wracaliśmy ze Śląska to w pobliżu hałd tamci kibice zaczęli obrzucać samochód kamieniami. Ja byłem mały, więc siedziałem wtedy gdzieś pod ławką, ale kilku takich było, że wyskakiwali łapali jednego czy drugiego i wieźli ich aż do Pszczyny. Dopiero tam wypuszczali. To była swego rodzaju nauczka. Natomiast Pietrzykowice, Stary Żywiec, Zadziele, Sienna, Lesna to wszystko byli kibice "Koszarawy". Pamiętam, jak graliśmy raz z BBTS-em o mistrzostwo i w pewnym momencie - przegrywaliśmy wtedy 1-0 czy 2-1 - obok linii bocznej boiska przechodził utykający mężczyzna i zamierzył się laską na jednego z naszych, już nie pamiętam czy na Talika czy na Obtułowicza. Co tam się potem działo, szkoda słów! Ja grałem wtedy może drugi, trzeci mecz w pierwszej drużynie i byłem zaskoczony, gdy zobaczyłem całą płytę boiska pełną ludzi wzajemnie się okładających. Po chwili widać już było tylko same znajome gęby, bo to nasi kibice przegonili tamtych. Byliśmy drużyną, z którą się liczono. Czy graliśmy na Śląsku, czy w krakowskim, gdy przegrywaliśmy śpiewali nam "Góralu czy ci nie żal?"
3) Które spotkanie piłkarskie uważa Pan za godne przypomnienia naszym czytelnikom?
Oczywiście mecz z Andrychowem. To był dla nas mecz o wszystko. Musieliśmy wygrać z Andrychowem, bo wtedy istniała szansa awansu. Drugi ważny mecz to również mecz z Andrychowem. Nasi przeciwnicy przyjechali na to spotkanie z orkiestrą, z gołębiami... Przegrywaliśmy z nimi. Ale na przerwie porozmawialiśmy ze sobą ostro i ... wygraliśmy 3:2. Myśmy się nigdy nie lubili z Andrychowem, bo oni mieli mnóstwo zawodników kupionych. Były mecze, o których warto pamiętać, choćby ten z "Crakowią" wygrany przez nas 5:3. Przyjeżdżali do nas Czesi, Węgrzy. To kiedyś były dla naszej społeczności ważne wydarzenia.
4) Jakie ma Pan marzenia związane z najstarszym żywieckim klubem?
Wszyscy domagają się awansu, ale myśląc i kalkulując obiektywnie, klub wtedy, gdy ja działałem, a podejrzewam, że i teraz nie wytrzymałby finansowo. Przecież kiedyś mieliśmy produkcję pustaków, mieliśmy grupę porządkową do mycia szyb, malowania i dużo prac wykonywaliśmy dla PONARU i to nie wystarczyło. Nawet dotacje z zakładu nie pomagały. Nikt nie szastał pieniędzmi - chłopcy dostawali mizerne grosiki.
5) Czyli sponsorzy są niezbędni, by klub dobrze funkcjonował?
Tak, sponsorzy mogliby poprawić sytuację klubu. I tego życzę wszystkim, by zarząd umiał pozyskać ludzi, którzy finansowaliby klub.
M.S.