Opowieści ( nie ) z tej ziemi... - Dewizowiec
Do Koła Łowieckiego "Głuszec" w Rajczy przyjechał kiedyś myśliwy ze Szwajcarii na dewizowy odstrzał głuszcza. Podprowadzał go stary - wytrawny myśliwy - Józef Kocoń, który wiedział, że w łowisku Będoszka, w miejscu zwanym "u czterech kamieni" głuszce tokują. Będoszka do największych wzniesień w Beskidzie Żywieckim się nie zalicza, ale stromych podejść tu nie brakuje, toteż na miejsce toków dotarli zmęczeni setnie, szczególnie Szwajcar duże, ciężkie chyba ze 120 kg ważące chłopisko. Wyczekując na pojawienie się głuszca zmarzli niesamowicie, jako, że przecież toki odbywają się na przedwiośniu, w górach leży jeszcze śnieg, a w tym dniu akurat wiał zimny przenikliwy wiatr. szwajcar drżał jak osika, ale Kocoń nie wiedział na ile z zimna, a na ile ze strachu jako, że z dwóch przeciwległych stoków dochodziło ich złowrogie wycie wilków. Wreszcie gdzieś po dwóch godzinach wyczekiwania nadleciał kogut i zaczął wygrywać swoją miłosną pieśń. Kiedy zaczął swoje klepanie i trelowanie krew zaczęła szybciej krążyć i od razu jakby zrobiło się jakoś cieplej. Przeczekali spokojnie korkowanie i przy szlifowaniu zrobili mały skok do przodu. Potem przerwa i znowu skok i tak kilka razy, aż wreszcie zbliżyli się na odległość strzału. Na dany znak Szwajcar złożył się ze swojego remingtona, ale nie strzelił, znów się złożył i znów nie pociągnął za spust. Widać było jak drży - nie wiadomo, czy z zimna, czy emocji i ćwiczy oddech, aby się opanować. Wreszcie przy kolejnym złożeniu padł strzał. Głuszec upadł kilkanaście metrów przed nimi w miękki śnieg i tylko wystający ze śniegu wachlarz upewniał ich że nie pociekł, że został w ogniu. Kiedy niosąc głuszca zwisającego z przerzuconego przez ramię mocnego kija - wyszli z lasu, Szwajcar po trzykroć klękał na polanie i dziękował kniei za to wspaniałe trofeum. Bo też było za co dziękować, było.
Stary Nemrod