Nad Sołą i Koszarawą - nr 7 (62) - rok IV - 1 kwiecień  2001

poprzedni  artykuł   |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|


 

KOSZARAWA WCZORAJ I  DZIŚ - WSPOMNIENIA.

W 1945 roku po zakończeniu działań zbrojnych z naszych jednostek desantowych stworzono Wojsko Ochrony Pogranicza. Najpierw poszedłem do Żywca, gdzie byłem w służbie czynnej, a potem przeniesiono mnie na szkolenie do Turku, gdzie było centrum wyszkolenia WOP-u. Później trafiłem do Kętrzyna, Braniewa, a następnie powróciłem do Żywca. Od 1948 roku byłem działaczem "Koszarawy". Prezesem wtedy był Tadeusz Seeman, zastępcą były sędzia piłkarski, pan Bendke, a sekretarzem Ludwik Chyliński. Członkami klubu byli m. in.: Ludwik Cabak, Sapeta, Mikś, Bruno Fujcik, Bolesław Fujcik, Tomasz Urbaś, Stanisław Caputa, Stanisław Okrzesik (jeszcze był graczem, ale już należał do zarządu), Hudomel, Holicz. To był bombowy skład! 
"Koszarawa" wtedy nie miała swojego lokalu. Zawodnicy przebierali się w domu u Holicza, jednego z działaczy klubu [róg ulic Kościuszki i Legionów], tam się myli przy studni po meczu i stamtąd szli przebrani na boisko grać.
Następnie klub dostał swoje miejsce nad sceną w Domu Kultury. Bo tak na marginesie mówiąc Dom Kultury to jest własność sportowa. Dom Kultury był wybudowany przez organizację sportową zwaną Sokół, stąd ta nazwa Sokoła i ulica, która dawniej nazywała się Sokolna.
W 1949 roku ze składek działaczy wybudowano ten budynek, który obecnie klub zajmuje. Wtedy "Koszarawa" miała kilka sekcji sportowych. Oczywiście silną sekcję piłki nożnej, która była postrachem nie tylko województwa krakowskiego, ale i katowickiego (z samych wychowanków żywczaków!). Kładła takie drużyny jak: Ruch Chorzów, AKS Chorzów i szereg jeszcze innych. "Koszarawa" wychowywała własnych zawodników od przed wojny. Miała silną drużynę pierwszą, dwie drugie, silne dwie drużyny juniorów i dwie, trzy drużyny trampkarzy - to wszystko było na bazie żywieckiej młodzieży. Trenerami byli Pyclik, Piątek, Barański, Spodzieja - wtedy bardzo sławni ludzie. "Koszarawa" miała także inne sekcje: silny boks, silną piłkę ręczną, silną siatkówkę i wiodła prym w gimnastyce sportowej. I to wszystko prężnie działało! Gdy brakowało pieniędzy, ja dostawałem upoważnienie z klubu i chodziłem po miejscowych sklepach i zbierałem. I muszę przyznać, że ludzie dawali. Często bywało tak, że mąż przy żonie dawał mało, ale później jeszcze za mną wybiegał i dodawał parę złotych. Lecz, gdy zabrakło kilku działaczy, którzy o to wszystko dbali "Koszarawa" zaczęła upadać.
Wychowanków klub miał sporo, warto tutaj wspomnieć o takich zawodnikach, jak Jerzy Muś, także reprezentant juniorów Polski Jura (od trampkarza był chowany), później także Marek Motyka, który rozpoczął grę w klubie w wieku czternastu lat. Ten zawodnik miał troszkę trudności, bo zmarła mu matka i od najmłodszych lat zajmował się młodszą siostrą. Ja nieraz zwracałem mu uwagę, że nic z tego nie będzie, bo trzeba dużo trenować, a on nie ma na to zbyt wiele czasu. Często bywało tak, że on ćwiczył, a ta mała siedziała w klubie i krzyczała wniebogłosy. Ale on grał uparcie pomimo wszystko! "Koszarawa" mu poszła na rękę i sprzedała go do Nowej Huty. I później Nowa Huta chwaliła się, że to ich wychowanek. Później grał on jeszcze w Wiśle, a teraz jest trenerem, ale gdzie dokładnie to nie wiem. Ale pamiętam, że gdy mnie spotykał w Krakowie zawsze dawał mi bilet na Wisłę.
Później klub upadł! Różnie mówią o przyczynach upadku. Ale ja mam swoje zdanie na ten temat. Przez nieudolne kierownictwo klub wypadł do B-klasy, do najniższej tutaj w tym regionie. Zawodnicy nie byli mobilizowani do gry i tak powoli klub przestawał istnieć.
Trzeba było znowu zaczynać od początku. Startowaliśmy z samego dołu, pewni, że nam się uda. Wcześniej zaniedbano starania o młodych zawodników - należało to zaraz nadrobić. W końcu udało nam się doprowadzić drużynę do A-klasy, a po następnych kilku sezonach w 1968 roku powróciła w szeregi III ligowców.
Teraz wszystko jest inaczej! Dawniej zawodnicy mieli jedną piłkę, o którą musieli dbać. Teraz każdy ma swoją własną i musi tylko pilnować, by po każdym treningu znalazła się czysta na właściwej półce w szatni. Pamiętam, jak kiedyś na wyjeździe trenowaliśmy niedaleko rzeki i piłka wpadła nam do wody. Jeden z zawodników nie zastanawiał się zbyt długo i wskoczył do wody. A temperatura w lutym nie zachęcała do kąpieli.
Dawniej zawodnicy mieli inne buty - takie wiązane powyżej kostki. Kołki były przybijane. Te kołki szewcy wycinali, przycinali, bo to musiały być raz szersze raz węższe. Pamiętam, że dla najlepszego gracza szewcy robili takie buty, że hej... 
Klub był zawsze blisko zawodników. Pamiętam, że nieraz chodziłem i prosiłem dyrektorów i nauczycieli, by tego czy tamtego przepuścili z klasy do klasy. Najczęściej mi się udawało. Ale czasami było i tak, że rodzice zabraniali chłopcu grać; ich było trudniej przekonać.
Kiedyś klub "Koszarawa" był takim typowo żywieckim klubem. Po wygranym meczu kibice cieszyli się, był patriotyzm. A teraz Żywca nie ma, nie ma kibiców, nie ma Żywca. W zarządzie też nie ma rodowitych żywczaków! Kiedyś to był taki rdzenny klub żywiecki, przecież ja sam chodziłem tyle lat do klubu zanim mnie wzięli do zarządu. Płaciłem i wysiadywałem - byłem na każde zawołanie! Wołali na mnie "przystac", choć moja ciotka była rodowitą żywczanką.
Ale te czasy już nie wrócą i trzeba zadbać o to, by zainteresować klubem mieszkańców naszego miasta.

M.S.

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.