KONKURS "JUBILEUSZ
2000". KALAFIORKA
Były takie czasy w mej młodości, przed wojną w 39 r., gdy to na wsi, nie tak jak teraz, nie były znane różne warzywa, nie uprawiane wcale. Tak było z kalafiorem. Babcia moja zasiała wczesną wiosną, jak zawsze w ogródku kapustę, na późniejszą rozsadę w polu, tak jak to co roku robiły wszystkie gospodynie we wsi Moszczanica. Traf chciał, że jakoś dostały się tam kury babcine i wzeszłą już pięknie grządkę, tak dokumentnie zgrzebały, że nie zostało nic, by można było użyć do przesadzenia na zagonach. Babcia była zrozpaczona, taka szkoda rajicku, a cym ja obsadzę nasze zagony, nie będzie kapusty na zimę. Co będziemy jedli? Bo przecież ta wielka beczka, była czymś ważnym w życiu wiejskim. Jedzenie, zwyczajne kiszona kapusta, zasmarzana i ziemniaki prawie na każdy obiad, lub kwaśnica ze skwarkami słoniny czy sadła, z ziemniakami. Zaś w dni postne całkiem jałowe, także nawet na śniadanie, z prażuchami.
Byliśmy wielce zasmuceni wielkim zmartwieniem babci "co to będzie w zimę za bieda bez swojskiej kapusty z beczki z fasolą, co bardzo nam smakowało". Ale babcia spotkała sąsiadki, które poradziły: wiesz co Jewka (imię babci) pójdziesz we środę na targ do miasta i tam na rynku sprzedają rozsady kapusty i kwacków, co ich też nie masz. Wybrała się, babcia Ewa z sąsiadką do Żywca we środę i tam też kupiły, za sprzedane jajka, bogatą rozsadę. Poszła babcia do pola na "długie zagony" i posadziła kapustę, która przyjęła się i rosła.
Babcia poszła oglądać i okopać w ziemniakach, gdzie rosła sobie dorodna i bogacie, liściasta kapusta. Przechodziła tamtędy na swoje pole za Białkowym Potokiem gospodyni Kaśka Gorylka, żona Wąsioka (tak zwali, jak wiele innych moszczanianów Białków, pseudoimionami, bo naprawdę nazywał się Białek Władysław). A ta Kaśka to miała coś w sobie, że jakoś ją uważano za coś z czarownicy czy coś takiego. Tak ta Kaśka mówi: Jewka, to rajicku, ale ci też to piknie ta kapusta rośnie, ale bydzies miała kapusty z tego a kapusty na zimę. Ziemniaki i kapusta ładnie okopane rosły sobie. Za jakiś czas babcia zaszła na pole spojrzeć na kapustę, może już jakaś główka będzie na obiad. Patrzy babcia na wielkie krzaki kapusty, cieszy się, ale będą głowy z tych krzaków. Patrzy bliżej to tu to tam, a tam zamiast główki w kapuście, jakiś biały ser. Babcia przeraziła się naprawdę co to takiego. W życiu nie spotkała takiego cudoka, więc się aż rozpłakała, zezłościła się co to za czary. Wyrwała jednego i przyniosła do domu i mówi: Patrzcie no, to ta sapramencko czarownica Kaśka Gorylka obziokała i urzekła mi wtedy tą kapustę, jak mi jej zawiściła. Co my teraz z tym zrobimy, a może by to krowa jadła, spróbowała i krowa z radością i smakiem pożarła. Więc babcia z mamą niosły z pola koszami tę urzeczoną kapustę i karmiły krowę. Krowa zaś dawała im za to bogacie mleko i masło też się udawało. Więc można było zanieść do miasta i sprzedawać, by za co było kupić na zimę kapustę. Choć taka pociecha była z tego. Zaś babcia od tego czasu omijała Kaśkę Gorylkę, bo wierzyła, że ta baba może rzucić zaś jakiś urok. Wierzyli ludziska w złe moce, uroki i różne gusła. Bo przecież wtedy nie było ani radia, ani telewizji i książek mało kto czytał, nie tak jak teraz. Nie znali też ludziska na wsi, co to kalafior, czy pomidor, nie mówiąc już o bananach czy innych owocach dostępnych i znanych teraz na wsiach. Ludzie żyli biednie, jedli najwięcej kapusty, a jak uchodowali świnkę, zabili, to była uciecha zjeść coś dobrego przy święcie i niedzieli. Pewnego razu odwiedził nas wujek z miasta, to było wielkie wydarzenie, bo babcia z mamą robiły dla niego jajecznicę ze skwarkami, ze słoniny. Dostawaliśmy po łyżeczce do spróbowania, co za smakowita rzecz. Przecież nigdy nie jadło się tego, chyba, że kura uroniła martwe jajko, a tak wszystkie jaja szły na sprzedaż do Żywca, na targi środowe. Usiadł se wujek na ławeczce przed chałupą, patrzy a tu w koszu leżą 2 ostatnie, wielkie kalafiory. Mówi - mamusiu, a skąd to macie takie bogate kalafiory, nie widziałem takich, a macie tego więcej? Za to dostalibyście ładny grosz. A babcia na niego ze złością, "a ty sapramencki zbóju, tak się z matki naśmiewasz, Boga się nie boisz, że mnie taka kara Boża z kapustą trafiła, a ty taki owaki”. Dopiero się babcia dowiedziała od miastowego Syna, że miała bogaty urodzaj kalafiora, jarzyny nie znanej na polu w Moszczanicy. Wujek zabrał ostatnie dwie wielkie bialuśkie kalafiory, z których miała się ucieszyć ciocia i dał babci 5 zł (to było wtedy dużo pieniędzy, wiadomo jak było trudno o grosze). Schowała babcia 5 zł za pazuchę, że to będzie na zakup kapusty. Krowa zaś na pewno została pokrzywdzona, bo już kalafiorami nie była karmiona. Zaraz się okazało, że mleka mniej dawała. Żałowała potem babcia, że wujek nie był u nas wcześniej, bo miałaby na pewno z tego kłopotu radość i pieniądze.
Jest to wydarzenie prawdziwe, a ja mogę stwierdzić, że byłam wywieziona na roboty przymusowe na całe 4 lata i pracowałam na wsi sudeckiej, ale tam "bauerzy" też nie uprawiali kalafiorów, nie było to tam spotykane i dopiero po wojnie spróbowałam tego. Takie to były czasy. Nasze dzieci nie uwierzą.