Nad Sołą i Koszarawą - nr 7 (62) - rok IV - 1 kwiecień  2001

poprzedni  artykuł   |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|


 

GDY PRZYSZŁA WOLNOŚĆ - WSPOMNIENIA FRONTOWE.

Z początkiem stycznia 1945 roku oglądaliśmy w Żywcu z radością pierwsze zwiastuny upragnionej, dawno oczekiwanej, nadchodzącej wolności. Oto volks- i reichsdeutsche zaczęli się pakować i chyłkiem uciekać z okolicznych wsi i miasta. Cieszyliśmy się ogromnie, widząc sznury sanek ciągnących w stronę dworca w Zabłociu. Pomimo mrozów było nam ciepło z radości, bo wreszcie coś dziać się zaczęło. Pilnie słuchaliśmy tajnie rozsiewanych wiadomości o zbliżającej się, ostatecznej rozprawie z wrogiem.
25 stycznia - w południe - niespodziewany, straszliwy huk. Domy zatrzęsły się w posadach, szyby wyleciały z trzaskiem. Bombardowanie Żywca przez Rosjan! Przerażeni wybiegliśmy na podwórze i oglądaliśmy słup dymu nad rynkiem. Wróciłam do domu po dziecko siostry, które smacznie spało. A wtem znowu potworny huk. Porwałam Hanię i uciekłam z nią za bramę w stronę pól, gdzie nerwowo kręciło się wiele ludzi, wypłoszonych bombardowaniem z domów. W godzinę potem, gdy wszystko umilkło, przybiegła siostra ze szwagrem i płaczącym dzieckiem. Zabrali ze sobą podręczne rzeczy i z dziećmi na rękach poszli do znajomych w Kocurowie sądząc, że tam będą bezpieczni. Dowiedziałam się potem o tragicznych skutkach bombardowania Rosjan. Żal mi było ogromnie dwóch młodych chłopców z sąsiedztwa: Obtułowicza i Pawełka, którzy pobiegli patrzeć na skutki pierwszego nalotu i zginęli w czasie drugiego ataku. Przeraziłam się wieścią, że w domu Kleczyńskich zasypani zostali moi znajomi, a między nimi koleżanka Zosia. Boże! ileż ofiar pochłania ta okrutna wojna. Tę noc spędziliśmy w piwnicy, nie zmrużywszy oka. A potem zaczęły się niespokojne dni oczekiwania. Puste jamy okien zasłoniłam czarnymi storami, które z rozkazu wroga opuszczaliśmy na noc, czyniąc "Verdunklung". Mieszkania bez szyb nie dało się ogrzać, więc było zimno, ciemno, nieznośnie. W dodatku Niemcy biegali po domach, szukając mężczyzn do kopania rowów. Biedny Władek, 16-letni siostrzeniec, wysoki, rosły, jedyny "mężczyzna" w naszym domu, musiał się ukrywać, by uniknąć zgubnego losu. Nocowaliśmy w piwnicach: raz w tej, raz w tamtej, u tego lub tamtego sąsiada. Dni spędzałam na wędrówkach, po okolicznych wsiach w celu nawiązania kontaktu z rozproszoną rodziną. Z początkiem lutego postanowiliśmy trzymać się domu.
W tym celu 12 lutego poszłam ze szwagrem do Kocurowa po siostrę i dzieci. W połowie drogi, za cmentarzem rozpoczęła się przeraźliwa strzelanina. Za późno na powrót, trzeba iść dalej mimo wszystko. Z trudem dobrnęliśmy do pierwszych chałup, gdzie, o dziwo, zatrzymały nas biało ubrane postacie żołnierzy radzieckich, pytając, czego szukamy w strefie frontowej. Po wyjaśnieniach pozwolili nam zwiadowcy pójść do domu pani Musiowej, gdzie przebywała rodzina. Cieszyliśmy się ogromnie z tego, że jesteśmy już wolni. Żołnierze, którzy przychodzili do naszej piwnicy, dziwili się, że udało nam się przejść przez pas frontowy pod gradem kul. Jakoś nie myślało się w drodze o śmierci, lecz szło się naprzód, byle nie wracać już do Niemców. Ponieważ o powrocie do domu nie było mowy, zostaliśmy w Kocurowie. Z żołnierzami radzieckimi zaprzyjaźniliśmy się szybko. Przydały się słowniki niemiecko-rosyjskie, które studiowaliśmy w ostatnich miesiącach. Żywili nas ze swych kotłów. Z dumą pokazywali z daleka słynne katiusze, którymi wykończą "Germańca". Po tygodniu wegetacji w piwnicy, wśród ogłuszającego huku dział, polecono nam opuścić pas przyfrontowy, wobec czego, na wypożyczonych saneczkach przewieźliśmy dzieci do sąsiedniego Rychwałdu, gdzie mieszkałam poprzednio. Ucieszona gospodyni przywitała nas serdecznie i ofiarowała nam na kwaterę wspólną kuchnię, gdyż pokój mój zajmował pułkownik rosyjski z adiutantem. W sąsiednim domu mieścił się sztab. Na drogach pełno wojska, na wzgórzach katiusze. Za nami nadciągnęło wielu uciekinierów z Żywca i okolicznych wsi. Lokowali się, gdzie mogli, przy pomocy życzliwie nastawionej ludności i żołnierzy radzieckich, którzy niejednokrotnie dzielili się z nami swymi zapasami żywności. Rosjanie chętnie z nami rozmawiali, a wieczorami pięknie śpiewali. Byłoby całkiem nieźle, gdyby nie troska o najbliższych, pozostawionych w Żywcu pod jarzmem niemieckim. Oficerowie pocieszali nas, że wnet uderzą całą siłą, tylko wyrównają front. I właśnie dla tej przyczyny musieliśmy opuścić Rychwałd i udać się po śniegu, w mróz na nową tułaczkę. Tym razem wybrał szwagier na miejsce pobytu dom krewnej w Kocierzu Rychwałdzkim. U nas i w sąsiednich domach pełno ludzi, a więc spanie na garści słomy na podłodze, bieda, głód: twarde placki ziemniaczane pieczone na blasze. Po kilku dniach poszłam pieszo do Krakowa, po pomoc od krewnych, dla rodziny.
Na drogach osobliwy widok: wszędzie na domach i płotach napisy w języku rosyjskim: Do zwycięstwa. Niech żyją towarzysze.
Duży ruch kołowy: czołgi, armaty, samochody z żołnierzami. Zazdroszczę ludziom wolnym, mieszkającym we własnych domach. Jakże są szczęśliwi. Po przenocowaniu u znajomych w Wadowicach, doszłam pieszo do Kalwarii, by pociągiem towarowym dostać się do Krakowa. Przechodząc obok dawnego gmachu IKC, zobaczyłam olbrzymią mapę, na której Żywiec był zaciemniony. Jeszcze w rękach niemieckich. Rozpacz !!!
Braterstwo obdarowali mnie mąką, cukrem, słoniną, czym mogli, więc z radością dotarłam pieszo do Skawiny, skąd bydlęcym wagonem osiągnęłam Kalwarię. I znowu pieszo do Wadowic, aby przenocować u znajomych i wyciągnąć zmęczone nogi oraz wyprostować od ciężaru obolałe plecy. Następnego dnia gorzej się poruszałam, ale trzeba było iść, bo tam "w górze" czekali. Ostatkiem sił, na nogach pokrytych od spodu pęcherzami wspinałam się od Targanic, w górę, na Kocierz. Szczęściem szwagier wyszedł naprzeciwko i z jego pomocą dotarłam na miejsce.
Kończył się marzec. Nocami słychać było warkot samolotów, w dzień huk pocisków. Co się dzieje w mym rodzinnym mieście? Prawie od dwóch miesięcy nie mamy żadnej, konkretnej wiadomości. Smutek i niepokój dręczy duszę. A przecież tak pięknie wokoło. Przepyszne świerki uginają się pod białymi kiściami śniegu. Góry rysują się znajomą linią horyzontu. W lesie cisza i zapach żywicy.
Wielki Piątek. Decyduję się na zejście z Kocierza do Rychwałdu. Chyba mnie nie zabiją. Docieram do mego dawnego domu. Spotykam oficera rosyjskiego, który pociesza, że najdalej w niedzielę zajmą Żywiec, żeby przygotować się do powrotu. Życzę mu wszelkiego dobra i wracam na skrzydłach do Kocierza. Nasłuchujemy kanonady przez następne dni. W poniedziałek wielkanocny, 5-ego kwietnia - cisza. A więc wreszcie wrócimy do domu. Ale jak? Przyjechaliśmy sankami, a teraz? Dobry gospodarz pożyczył nam "korkę". Zbiliśmy z desek skrzynkę i po przymocowaniu jej do dyszla i załadowaniu dzieci - dalej w drogę. Z tym modnym powozem zjechaliśmy w dół Kocierza, gdzie niespodziewanie spotkaliśmy siostrę i szwagierkę. I teraz - najradośniejsze wieści: cała rodzina żyje; nacierpiała się okrutnie w piwnicach, ale przetrwała. Ciężar smutku i przygnębienia spadł mi z serca. Żywiec ocalał, ale żal spalonej Rudzy, Starego Żywca i szkód wyrządzonych wszędzie. Ponad wszystkim jednak dominuje radość z tego, że nadeszła upragniona wolność, że żyjemy i możemy dużo zdziałać dla wolnej, ukochanej, odrodzonej Ojczyzny. A tym, którzy oddali dla niej swe życie, chwała i pamięć po wszystkie czasy.

Jadwiga Stankiewicz

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.