Nad Sołą i Koszarawą - nr 6 (61) - rok IV - 15 marzec  2001

poprzedni artykuł   |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|


 

PRACA GARNCARZA.

Garncarstwo to jeden z najcięższych zawodów. Najpierw należało zdobyć glinę. W tym celu trzeba było poza miastem znaleźć odpowiednie miejsce z gliną, nadającą się do wyrobu naczyń.
Pamiętam długie marsze lub jazdę wozem do Oczkowa, Pietrzykowic "na łączki" w poszukiwaniu gliny. Tam ojciec sam, później i synowie kopali okrągły dół, z głębi wydobywali glinę, ładowali z woźnicą na wóz i przywozili na podwórze do zrzucenia. Oczywiście za przywóz trzeba było zapłacić. Drugi etap to noszenie częściami gliny do domu, rozgrzewanie jej w zimie w kuchni na podłodze, a potem praca mamy: krajanie na cienkie plastry, wybieranie kamyczków i spulchnianie. Następnie na ławie tata ugniatał glinę na ciasto i formował niewielkie bryłki kształtu walcowatego. Z kolei siadał na drugiej ławie za toczydłem, puszczał je w ruch, kopiąc nogami dolny, większy krąg, który poruszał górny, mniejszy krąg. Na nim formował z bryłki gliny przy pomocy deseczki i umoczonej w wodzie ręki różne naczynia: garnki, miski, dzbanki, doniczki, ozdobne do malowania flakony i inne wyroby. Uformowane naczynia stawiał na deskach i po ich lekkim podeschnięciu podnosił w górę i zamieszczał do suszenia na belkach pod sufitem. Po podsuszeniu naczyń trzeba je było z powrotem znieść na dół, dorobić garnkom i dzbankom ucha i znów wynosić ten ciężar na belki do suszenia. W lecie wynosiło się część desek do suszenia do sieni na podłogę i trzeba było uważać, by nie wpadł do naczyń kot lub pies i nie zniszczył roboty. Dlatego ani czworonogów ani ptactwa domowego nie mogliśmy chować na podwórku. Następny etap pracy to uciążliwe, szkodliwe dla płuc i zębów mielenie na żarnach w sieni glinki aluminiowej, rozrobienie jej z wodą, co dawało glejtę służącą do malowania naczyń. Tę pracę wykonywała mama i starsze siostry: malowały na wazonikach, miskach i garnkach wzory roślinne i geometryczne.
Najcięższą pracą dla taty było wypalanie naczyń w piecu. Na miejscu dzisiejszego garażu stał osobny, odaszony budynek z cegieł, którego wnętrze zajmował na środku duży piec z cegieł i gliny, w formie kopy siana, wewnątrz pusty, z prostokątnym wejściem do środka, z czterema otworami po bokach u dołu, do których wsuwało się duże kloce drewna jednakowej długości. Po ułożeniu malowanych naczyń we wnętrzu pieca i zamknięciu wejścia cegłą, tata podpalał drzewo w otworach i zamykał garncarnię na parę godzin. Pod koniec wypalania naczyń wchodził do garncarni kilka razy i badał stan tego procesu, po czym szybko wychodził z gorącego, pełnego dymu pomieszczenia z zaczerwienionymi oczami na dwór, aby ochłonąć. Często się przy tym przeziębiał, zwłaszcza w zimie. Gdy piec ostygnął, na drugi dzień odbijał cegły z otworu i wyjmował wypalone naczynia. Czasem skleiły się przy wypalaniu, najczęściej te polewane, więc trzeba je było oddzielać bardzo ostrym nożem, a potem krzesać nierówności i zamazywać ślady odbicia glejtą.
Gotowe naczynia umieszczano często w pokoju, aby było bliżej zanieść i przynieść z targu, gdyż to była następna procedura - sprzedaż naczyń. W tym celu w dni targowe wstawaliśmy wcześnie i własnoręcznie wynosiliśmy naczynia na rynek, na ustalone miejsce przy studni św. Floriana (dzisiaj jest tam wodotrysk). Później woziliśmy je na wózku. I teraz znowu była funkcja mamy, sprzedaż naczyń; w zimie czy w lecie, na deszczu, w upale czy chłodzie stało biedne matczysko pół dnia przy studzience. Różnie było z tą sprzedażą. Czasem szło dobrze, toteż niewiele przynosiliśmy z rynku do domu, ale częściej przynosiło się niewiele mniej niż wywoziło, zwłaszcza w zimie, kiedy trudno było ludziom na lodzie zanieść gliniane garnki do domu. Odbijało się to ujemnie na budżecie rodzinnym, stąd nie cierpieliśmy zimy i z lękiem oczekiwaliśmy tej trudnej dla handlu pory roku. Pewną atrakcją dla nas, dzieci, były wycieczki szkolne, które przychodziły do naszego domu oglądać pracę garncarza. Wyglądało to ładnie, gdy z kawałka gliny na toczydle wyrastało piękne naczynie przy pomocy zgrabnych palców i deseczki, którą tato posługiwał się przy nadawaniu odpowiedniego kształtu naczyniom. Nie wiem, czy ktoś ze zwiedzających pomyślał sobie, jak ciężka jest ta praca, jak prymitywnie, niewygodnie zorganizowana, ile trudu wymaga zdobycie gliny, wyrobienie jej, zrobienie i wypalenie ładnego garnuszka. Podziwiałam ojca, który od wczesnego rana, śpiewając "Godzinki", do późnego wieczora bardzo się męczył, a czasem i w niedzielę musiał przyklejać ucha do garnków, żeby glina zanadto nie wyschła. Natomiast w soboty po południu było generalne szorowanie podłóg, ław, stołu i warsztatu, żeby w niedzielę było czysto, po świątecznemu. To już była ambicja mamy i sióstr.
Napisałam tę krótką relację, aby oddać hołd Rodzicom i podziękować Im za piękny wzór ofiarnej pracy dla wielodzietnej rodziny, wychowywanej w atmosferze głębokiej wiary i miłości Ojczyzny.
Jadwiga Stankiewicz

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.