KONKURS "JUBILEUSZ
2000",
Wieś Moszczanica, obecnie pod koniec XX w., jest dzielnicą Żywca. Taka sobie wioska, jak wiele innych w powiecie żywieckim. A jednak, bo posiadała najwyższy we wsi budynek 7 klasowej szkoły powszechnej, na wzgórzu, nad doliną stawów i widokiem dworku pana dziedzica Kępińskiego, dalej lasy, za nimi przysiółek Kocurów. Dobrym musiał być gospodarzem, piękne pola, rybne stawy, stada dorodnych krów na łąkach i budzące zazdrość bogate zboża, podziwiana przez przechodniów szosa do Żywca, do parafialnego kościoła i na targi czy jarmarki. Szkoła była piętrowa, postawiona na ziemi dziedzica. Wesoło było uczącym się tam dzieciom w czasie przerw na szkolnym podwórku.
Wielkim wydarzeniem stało się to, że na tym podwórku pewnego jesiennego dnia pojawili się żołnierze z kuchnią polową oraz pięknie ustrojeni, zgrabni i piękni jak z obrazka oficerowie. Obsługa kuchni gotowała zawsze coś b.dobrego bo pachniało, aż ślinka szła dzieciom. Czasem któremuś dostało się coś do spróbowania.
To była frajda, bo większe dzieciaki zawsze były głodne, bo pamiętam, że prawie nigdy nie miewali ze sobą drugiego śniadania.
Potem nadeszła wielka nowina, że w dworku pana Kępińskiego znalazł się na odpoczynek sam pan "Dziadek" Piłsudski. To była sensacja i zarazem radość wszystkich dzieci w szkole. Spoglądaliśmy z daleka od szkoły czy uda się zobaczyć pana Marszałka, jak sobie spaceruje po parku, ale było za daleko, zaś w parku wiele drzew różnych, najwięcej świerków. Z moim kolegą szkolnym i sąsiadem domowym, idąc do szkoły i ze szkoły zastanawialiśmy się jak by tu zrobić, aby z bliska zobaczyć "Dziadka" (bo tak go wtedy mianowano). Edek Rusinek był chłopcem ciekawym i też sprytnym na tyle, że wyszpiegował o jakim czasie odbywają się spacery pana Marszałka. Więc wspólnie postanowiliśmy podkraść się szosą obok parku, gdzie za żywopłotem była, naokoło dworku, żwirowa ścieżka. Wybraliśmy miejsce, gdzie za drewnianym płotem żywopłot był rzadszy i można było najwięcej zobaczyć. Było to w pobliżu, gdzie mieszka rodzina Gorylów. Po drugiej stronie był sad owocowy, duży dworski, ciągnący się stamtąd daleko, gdzie teraz znajduje się cmentarz żołnierzy radzieckich. Też na dawniejszym terenie dziedzicowym. Wtedy tam, pamiętam rosło piękne zborze z takimi kłosami jak u nikogo we wsi, wiadomo, bogate bo dworskie, wszystko było ładne.
Wybraliśmy się więc pewnego dnia z Edkiem właśnie tam i czekaliśmy. Mieliśmy szczęście bo szosa była pusta, a prawie dostrzegliśmy, że ktoś za żywopłotem się porusza. Edek, jak to odważny chłopak, wykorzystał okazję, przelazł przez płot, na wprost spacerującego, wiadomo kto to był, sam pan Marszałek Piłsudski. Spełniło się marzenie Edka pokłonił się nisko przed samym "Dziadkiem" i nawet zapytał, czy jest uczniem tej szkoły na górce, którą sam obserwuje i słucha gwaru dzieci, co go bardzo cieszy. "Dziadek" wydawał się całkiem sam, jak sobie szedł lekko pochylony, z rękami założonymi z tyłu, ubrany tak skromnie, w siwy strzelca strój. Też widziałam przez szpary w płocie, bo bałam się przeskakiwać jak Edek. Zdawało się że "Dziadek" jest całkiem sam w parku, kiedy nagle wyskoczył pięknie wystrojony oficer i łap Edka za kołnierz, skąd, po co, ale "Dziadek" ręką kiwnął i rzekł: nie rusz i zaczął szukać w kieszeniach munduru, nie znalazł i pyta oficera "masz coś ze sobą?". Ten jakiś zawstydzony, znalazł 10 zł, które na polecenie wręczył Edkowi, ledwo żywemu z wrażenia. Dziadek mówił: „weź, niech Ci mama kupi za to portki”, co ich potargał na płocie i buty bo był boso. Ja za płotem nie dostałam nic ale jakże byłam ucieszona, że marzenia się spełniły, widzieliśmy blisko na własne oczy pana Marszałka Piłsudskiego. Opowiedzieliśmy o tym w szkole i w domu. Nie wiem czy ktoś miał odwagę wybrać się na takie Spotkanie i złożenie pokłonu. Wiem, że żyje jeszcze jeden kolega ze szkoły, który chodził się kłaniać "Dziadkowi". Jest to Jasiu Raczek, były pracownik Futrzarni, mieszka obok Papierni na ul. Ks. Prałata Słonki.
Nieraz wspominaliśmy te chwile i te wszystkie emocje związane z pobytem gościnnym, już ostatnim w Jego życiu, w dworku w Moszczanicy. Później dzieci szkolne zostały obdarowane cukierkami i ciastami na święto 11 listopada. Już po wyjeździe "Dziadka" z Moszczanicy, robiliśmy kolorowe laurki na imieniny Pana Marszałka i nasze panie wysyłały je do jubilata. Na dzień imienin Józefa, znów szkolne dzieci zostały poczęstowane, co to była za radość gdy do tego przeczytano nam list z podziękowaniem od dobrego "Dziadka". Wtedy mieliśmy po 11 lat, ale wspomnienia nie zatarły się. Potem dowiedzieliśmy się o chorobie, a potem w maju o Jego śmierci. Byliśmy wszyscy smutni w tym maju 1935 r. Była potem tablica pamiątkowa na ścianie dworku, gdzie zajmował pokój. Przetrwała okupację niemiecką, choć rodzina pana Kępińskiego została wyrzucona z dworku, zajęli go Niemcy.
W czasie działań wojennych tablica znikła, zaś sam pan Kępiński i jego żona życie zakończyli w domu starców gdzieś w Krakowie. Takie są moje miłe wspomnienia z lat dzieciństwa.
Stara Moszczanianka