KONKURS "JUBILEUSZ 2000" -
WYSIEDLENIE.
Jestem obywatelką wsi Lipowa. Mam 85 lat i byłam świadkiem nieszczęść, które wydarzyły się w Lipowej, 4 października 1940 roku.
Niemcy już zimą 1939 zabrali nam księdza Sznajdrowicza. Ja z kilkoma kobietami, poszłyśmy o niego prosić, bo go trzymali na posterunku u nijakiego Moronia. Tam go bardzo bili, i nas kobiety kolbami rozpędzili, a księdza wieźli na saniach wpółżywego do Oświęcimia. Do Lipowej dali nam niemieckiego księdza - Golasa. Już w lecie spisywali wszystkie pola i domy, przy pomocy lipowskiego sołtysa Marcina
Pietraszka. Był on "volksdeutsch-em", miał we wsi restaurację i tak go partyzanty w 1942 roku zabili.
Jesienią 1940 zaczęli ludzi zabierać z domów rano, i już od razu osiedlali swoich niemieckich osadników, w naszych domach. Sołtys im pomagał wysiedlać, bo znał całą wieś. Miał on kilku swoich "paskarzy" to ich przesiedlał poza wyznaczoną granicą na wysiedlenie. Owego 4-tego października zaczęli ludzi wczas rano wyrzucać z domów na łeb. Cała wioska była Niemców. Zostawiliśmy całe gospodarstwo- krowy, świnie, no i wszystko przygotowane na zimę (całą żywność), wszystko trzeba było zostawić i wyjść z dziećmi na pastwę losu. To było gorsze od śmierci, bo nas Niemcy nie mieli gdzie umieścić. O 7-mej rano przyszli do domu z karabinami. Ja bym wolała, żeby męża wzięli na roboty do Niemiec, bo byłabym w domu z dziećmi. Na drogę dano każdej rodzinie po 20 złotych. Cała Lipowa to była zgroza i płacz. Nawet dzwony w kościele dzwoniły. Niemieckim osadnikom dawali po kilka domów. W jednym domu mieszkał, a resztę przerabiał na stajnie i budy gospodarcze. Przywieźli nas do Żywca do "Sokoła". Przed Lipową wysiedlona była Jeleśnia, Milówka i
Radziechowy. Cała sala kinowa była rozesłana słomą i jak przyjechaliśmy do "Sokoła" słoma już była w pół zgnita. Trzymali nas tam dwa dni bez jedzenia. Wiadomo było, że nas nie mieli gdzie dać, bo w 1940 roku jeszcze nie było pieców gazowych. Z Żywca wieźli nas w krowich wagonach do Bielska, Katowic, Częstochowy, Łodzi, Siedlec, Warszawy i z powrotem do Lublina. I w Lubartowie o północy wysadzili nas, gdzie już czekały na nas furmanki. Rozwozili nas po całym województwie lubelskim. Tam byli biedni ludzie. A dla wysiedlonych burmistrz obiecał na zimę po metrze kartofli i resztę piasku. Ja z Lubartowa trafiłam do wsi Baranówka, do bardzo biednych ludzi, którzy po rosyjsku mówili. Za dwa dni nas dali do Czcińca, gdzie byliśmy po miesiącu. Do każdego domu dano po cztery rodziny. Jeść nam dawali bardzo mało, ale my dzieciom tylko dawaliśmy, żeby coś zjadły, a my byle jak. To była męka za życia, tu chodziło tylko o dzieci. Miejscowi byli bardzo biedni. Byli zawszeni i ja prałam im te zawszone ubrania, za co dostawałam po litrze kaszy jaglanej i miałam dla dzieci.
Kiedy Rosjanie wkroczyli do Polski, uciekali my przed siebie. Złapali nas Niemcy w Makowie Podhalańskim i zamkli. W Makowie pomagały nam bardzo siostry z Czerwonego Krzyża i policja w czarnych mundurach. Stamtąd chłopów zabrano do lagrów, a kobiety wywieziono nie wiadomo gdzie. Mąż uciekł, strzelali za nim, ale go ludzie schowali. Ja z dziećmi, za radą konduktora, wyskoczyliśmy w polu, gdy na chwilę zatrzymał się pociąg. Pomogła mi kobieta z Radziechów, z którą dotarliśmy do pobliskiej wioski - Grzecheń. W tej wiosce kobieta przeprowadzała przez granicę. I o trzeciej rano my wyruszyły, żeby minąć w Suchej stację. Do ósmej rano szliśmy w deszczu przez las. W Suchej złapali nas Niemcy i zamkli i znowu cierpienie, ale dzięki Bogu uratowaliśmy się. W Suchej spotkałam Żyda z Radziechów, który miał furmankę. Schowaliśmy dzieci pod siedzenia i tak dotarliśmy do Pietrzykowic. Do Lipowej nie mogliśmy wrócić, bo kto wrócił od razu został ponownie wysiedlany, tam gdzie Ukraińcy już mordowali. Dowiedział się o nas niemiecki osadnik, który zamieszkiwał w naszym domu. Był on tak jak mój mąż kowalem. Zabrał on mojego męża do siebie do roboty i pod strachem u niego pracował do 1945 roku.
W styczniu osadnicy, zaczęli się pakować i uciekać. To dopiero było, jakie wozy szykowali, po prostu robili takie oplatane słomą domy. Zabierali co tylko mogli. Pomału zaczęli ludzie wracać do Lipowej, ale nie wszyscy, bo dużo ich pomarło.
Wysiedlenie dla Lipowej było bardzo bolesnym doświadczeniem. Kto tego nie przeżył, to sobie nie wyobrazi tego bólu. Cały dobytek trzeba było zostawić, wyjść z gołymi rękami, nie wiadomo gdzie. Jeszcze dziś odczuwam to przejście i słyszę ten płacz ludzi.
Genowefa Ząbek