Nad Sołą i Koszarawą - nr 10 (41) - rok III - 15 maja 2000

|poprzedni artykuł|   |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|


 

Z pielgrzymką do Fatimy i Lourdes

      Lourdes
   Sława Lourdes bierze początek od dnia 11 lutego 1858 roku, kiedy to córka ubogiego młynarza Bernadetta, idąc z dwoma dziewczynkami pod drzewo zobaczyła w grocie "piękna Panią" z różańcem w ręku. Pani za pierwszym widzeniem uśmiechała się tylko. Bernadetta przychodzi do groty znowu 14 i 15 lutego.Za trzecim razem Pani przemówiła prosząc Bernadetty, żeby przychodziła tu przez piętnaście dni."25 lutego Bernadetta grzebie rękami w ziemi i myje twarz mulistą wodą. Zdziwieni ludzie dowiadują się od niej, że uczyniła to na polecenie Pani: "Napij się wody ze źródła i umyj się w nim." Nazajutrz w miejscu tym wytrysło obfite źródło. W krótkim czasie okaże się, że woda ma przedziwną właściwość: oto bowiem dziecko, będące w stanie agonalnym, powraca do zdrowia po zanurzeniu go w źródle" (Czeslaw Ryszka: Od Ostrej Bramy po Fatimę, Wyd.Apostolstwa Modlitwy-Kraków-1989 str.82-83).
  W czasie widzeń Matka Boska nawoływała do pokuty oraz do modlitwy. Wyraziła też życzenie, aby w miejscu tym wybudowano kaplicę. Ludzie z miasteczka przyjmują wieści o widzeniu Bernadetty z dużym sceptycyzmem. Przychodziło tam przecież dużo osób, ale nikt nic nie widział. Widziała tylko Bernadetta.
   "Dziekan i proboszcz Lourdes, ksiądz Peyramale, z niepokojem patrzył na rozwój wypadków. Podległemu duchowieństwu zabronił udawania się do groty. Wielokrotnie wzywał do siebie Bernadettę i wypytywał o wszystko. Uderzająca szczerość i naturalność Bernadetty nie pozwalały mu sądzić, że jest ona oszustką. Podejrzewał raczej że ta prosta i niewykształcona dziewczyna nie rozumie sama co mówi" (Czeslaw Ryszka: Od Ostrej Bramy po Fatimę, Wyd.Apostolstwa Modlitwy-Kraków-1989 str.82-83).
   Potem zajął się sprawą biskup diecezji Tarbes. Specjalna komisja biskupia, przez trzy lata prowadziła dochodzenia, by ogłosić prawdziwość objawień. Bernadetta poszła do klasztoru w roku 1864 do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia i Wychowania Chrześcijańskiego w Nevers. W zakonie tym przeżyła 14 lat. Zmarła 16 kwietnia 1879r. Pius XI kanonizował ją w 1933 roku.
   Tymczasem w Lourdes zdarzają się niezwykłe uzdrowienia. Ludzie zdesperowani, chorzy, przyjeżdżają tu, obmywają się wodą ze źródła i doznają całkowitego uzdrowienia. Już w 1885r. powstaje specjalna komisja lekarska zajmująca się rejestracją i badaniem uzdrowień. Potwierdza to również znany lekarz Alexis Carrel w 1903 roku, który był świadkiem uzdrowienia Marii Ferrand, dziewczyny z gruźlicą otrzewnej. Kiedy odważył się zaświadczyć o cudownym uzdrowieniu w środowisku lekarskim zrobiła się wrzawa, okrzyknięto go klerykałem. Lekarz ten później otrzymał nagrodę Nobla. Każdy kto chciałby poznać więcej szczegółów związanych z uzdrowieniami może ją uzyskać z książki Czesława Ryszki "Od Ostrej Bramy po Fatimę" wydanej przez Wydawnictwo Apostolstwa Modlitwy w Krakowie w 1989 roku. W tekście posługiwałem się też danymi z tego wydawnictwa.
   W Lourdes podobnie jak w Fatimie, ogromny kościół, tu trzypoziomowy i wielkich rozmiarów plac, na którym mieszczą się dziesiątki tysięcy pielgrzymów. Nastrój i atmosfera taka jak w Fatimie. Powaga i skupienie u wszystkich. Sława cudownej wody o właściwościach uzdrowicielskich ściąga tu rzesze ludzi chorych, z niedowładem kończyn i innymi niesprawnościami ruchu. Dlatego w procesjach, dużą część stanowią chorzy na wózkach inwalidzkich obsługiwanych przez wolontariuszy. W Bazylice na ścianach, wmurowane są dziesiątki tysięcy płytek, a na nich wypisywane podziękowania za uzdrowienie. Przybywa tu w ciągu roku pięć milionów pielgrzymów i jest to rekord wśród wszystkich ośrodków kultu Matki Boskiej.
14 kwietnia 1999 r. rano mieliśmy polską mszę w grocie, dla wszystkich grup polskich, a było ich wtedy pięć. Jakież było moje zdziwienie, kiedy wśród pięciu księży we mszy koncelebrowanej, zobaczyłem mojego kolegę z liceum, już księdza prałata Tadzia Czarnotę. Prowadził podobną grupę jak nasza, bodajże z Sierszy.
   Po śniadaniu ruszyliśmy w dalszą drogę. Jechaliśmy przez Gaskonię, brzegiem Basenu Akwitańskiego, potem przez Langwedocję i Prowansję. Z prawej strony autobusu widzieliśmy groźne i niebotyczne Pireneje. Gdzieś tam w środku leży Andora, ukryta za łańcuchami górskimi. Teren, który mijamy wyspecjalizowany jest w hodowli, dlatego wszędzie widać łąki i pastwiska. W miarę jak zbliżamy się do Rodanu i Prowansji, znowu pojawiły się kwiaty żółte i różowe, jakichś nieznanych u nas krzewów środziemnomorskich, oraz plantacje winnic i oliwek. Rów Rodanu minęliśmy szybko i wjechaliśmy w Alpy, w krainę o nazwie Delfinat. Wąwozy były znowu coraz głębsze, a droga pięła się w górę nad urwiskami. Krajobraz stawał się dziki, alpejski. Strome skały, ogromne przepaście, głęboko wcięte doliny, wartkie rzeki, to typowy krajobraz, który będzie nam towarzyszył przez wiele godzin. Zadziwiające, że zdawałoby się ten surowy teren jest zamieszkały. Osiedla przyczepione do ścian skalnych występują tu na skraju piargów, na półkach skalnych i na dnie koryt rzecznych. Wszystko to połączone mozolnie wykonanymi dobrymi drogami o doskonałej nawierzchni.
   Kiedy minęliśmy Gap, stolicę francuskiego departamentu Hautes-Alpes, autobus zaczął piąć się w górę po stoku. Dobrą, asfaltową szosą, wspinamy się na szczyty, ku sanktuarium La Salette leżącym najwyżej w Europie. Obok Lourdes i Fatimy, należy ono do najbardziej znanych na świecie. Wreszcie po tysięcznym chyba zakręcie, na niewielkiej płaszczyźnie wystającej nad przepaścią, widzimy kościół, klasztor i dom pielgrzyma. I nic poza tym, tylko panorama wysokich szczytów alpejskich, z których trzy osiągają wysokość trzech tysięcy metrów. Jesteśmy na półce na wysokości 1800 metrów, wyżej 400 metrów szczyt, a pod nami 1000 metrowa przepaść. Groza tego położenia powoduje, że każdy staje się bardziej skupiony niż zwykle. Zjedliśmy kolację w ciepłym, przytulnym hotelu, odprawiliśmy modły w kościele-sanktuarium Matki Boskiej Saletyńskiej i poszliśmy spać. Umówiliśmy się, że rano zrobimy wycieczkę na szczyt, by oglądać wschód słońca. Nie wiedzieliśmy, że zaczynają się kłopoty.
   15 kwietnia 1999 r. rano byliśmy zdumieni. Gruba warstwa śniegu zalegała na drodze i na stoku. Nie było mowy o wycieczce, ani o zjeździe autobusem, po serpentynie drogi, na której leżało najmniej pół metra śniegu. Zjedliśmy jednak śniadanie i poszliśmy na mszę do kościoła, odprawianą wspólnie z grupą pielgrzymów z Krzywaczki. Była ona w intencji rocznika 1947 i wychowawców. Tak się złożyło, że aż siedmiu byłych wychowanków z tej samej klasy Szkoły Podstawowej Nr. 1 w Rajczy, uczestniczyło w pielgrzymce wraz z byłymi wychowawcami, i to ci wychowankowie prosili księdza o tę intencję.
   Myśleliśmy, że pozostaniemy tu na następną noc, bo o zjeździe w tych warunkach nie mogło być mowy. Pług śnieżny przyjechał jednak z doliny i odgarnął śnieg z drogi. Potężna maszyna, z wysuwanymi bocznymi łopatami, odgarniała śnieg z całej powierzchni drogi. Mimo odgarnięcia śniegu, nie dało się zjechać. Trzeba było czekać na jeszcze jeden kurs pługa, aby myśleć o wyjeździe. Uformował się konwój samochodów. Przodem jechał pług, za nim w żółwim tempie sunęły samochody. Na końcu jechał nasz autobus, na letnich oponach.
   Jakoś szczęśliwie zjechaliśmy na szosę w dolinie i wzięliśmy kurs w kierunku Szwajcarii, przez Grenoble do Winterthur. Czekał tam na nas nasz rodak, pan Jerzy Stawarz, który mieszka tam już 19 lat. Przygotował dla nas nocleg i wyżywienie. Długo jechaliśmy wzdłuż Jeziora Genewskiego, mijaliśmy schludne miasteczka i dobrze utrzymane uprawne pola, aby około 24.00 dotrzeć do Winterthur. Pan Jerzy czekał na nas.
   16 kwietnia 1999 r. Poszliśmy spać około 3.00, ale rano pobudziliśmy się pełni życia. Po śniadaniu i mszy świętej w kościele gotyckim Św. Piotra i Pawła w centrum miasta, pojechaliśmy oglądać wodospad na Renie, Rheinfal. Na szerokości 150 metrów i z wysokości 23 m., spada z hukiem i pianą około 600 m3 wody na sekundę. Dla porównania, Soła wraz z Koszarawą w Żywcu pod mostem, niesie w lecie 1,5m3 wody na sekundę. To porównanie daje ogrom zjawiska. Potem mięliśmy wystawny obiad, i jeszcze wspaniały chleb na drogę.
   Powrót do domu był zakłócony śnieżycą pod Monachium, która spowodowała gigantyczny korek. Staliśmy  znowu bardzo długo, zanim służby drogowe uporały się ze śniegiem i samochodami tarasującymi drogę. W dniu 17 kwietnia 1999 roku około godziny 11.00, przyjechaliśmy na parking pod kościołem w Rajczy. Figurkę Matki Boskiej Fatimskiej, którą zakupiliśmy w Fatimie, przeniesiono na plebanię. Jutro w niedzielę, odbędzie się uroczysta msza koncelebrowana, na której proboszcz parafii w Rajczy, ksiądz kanonik Franciszek Warzecha, dokona aktu poświęcenia. Taki finał miała druga pielgrzymka z parafii Rajcza do Fatimy. Nie odbyłaby się ona, gdyby nie ogromne zaangażowanie księdza Jana Mamcarza, który przyjął na siebie wszystkie sprawy organizacyjne. Potem po drodze tak kierował pielgrzymką, że wszyscy uczestnicy byli sobie przyjaźni i z pogodą znosili trudy podróży, pokonując przecież 8000 kilometrów. Za co serdecznie mu dziękujemy.


Stanisław Porwisz

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.