7×4000m

Celem mojego trzeciego wyjazdu wspinaczkowego w Alpy, na który pojechałem wraz z Andrzejem Sarapatą, z grupą z AKG Bielsko-Biała były: Alpy Berneńskie (Gvindelwald), Masyw Mont Blanc (Chamonix) i Alpy Wallijskie (Zermatt).
Pierwszą miejscowością, do której dojechaliśmy był Gvindelwald. Jest to malownicze miasteczko położone u stóp takich szczytów jak WETTERHORN (3701m.) [fot. 1], EIGER (3970m.) i SCHRECKHORN (4078m.), których przepaściste skalno-lodowe ściany przechodzą w alpejskie łąki. Przewyższenia wynoszą przykładowo do słynnej Eigerwand czyli północnej ściany Eigeru ok. 2000m. Najbardziej charakterystycznymi elementami Alp Berneńskich, robiącymi największe wrażenie są m.in. najdłuższy alpejski lodowiec Gross Aletsch długość około 25 km., tworzący wraz z sąsiednimi lodowcami największy w Alpach obszar zlodowacenia, dorównujący lodowcom Himalajów, a także słynna alpejska triada ścian północnych szczytów EIGER (3970m.), MÖNCH (4099m.), JUNGFRAU (4158m.) [fot. 2]. Nigdzie indziej tak monumentalny szereg gór, nie wznosi się bezpośrednio ponad obszarami zamieszkałymi przez człowieka.
W rejonie Grindelwaldu odbyliśmy kilka trekkingowych przejść m.in. na przeł. KLEINE SCHEIDEGG (2061m.), skąd rozciąga się jedna z najwspanialszych panoram na ogromny mur skalno-lodowy wyżej wymienionych szczytów. W trzecim dniu naszego pobytu nastąpiło 4 godzinne oberwanie chmury, które spowodowało wezbranie rzek i potoków, skutkiem czego powstała 7-metrowa fala w pobliżu Interlaken. Była ona przyczyną śmierci kilkunastu osób uprawiających canioning.
Po trzech dniach pobytu, nocą przejechaliśmy poprzez przełęcz FORCLAZ i MONTENS do Chamonix znajdującego się w dolinie rzeki Arve. W masywie Mont Blanc zaplanowaliśmy przejście tzw. "trawersu Mont Blanc" to znaczy przejście do A'GLE DU MINI (3842m.) przez MONT BLANC DU TACUL (4248m.) i MONT MAUDID (4465m.) na MONT BLANC (4808m.), i dalej poprzez DOME DU GOUTER (4304m.) i A'GLE DU GOUTER (3863m.) do Les Houches i Chamonix. Jednakże gdy wyjechaliśmy kolejką na wierzchołek A'gle du Midi, zastaliśmy z Andrzejem zupełne załamanie pogody. Słychać było huk lawin schodzących ze zbocza Mont Blanc du Tacul, było ciepło, zerowa widoczność. Nie widząc sensu wspinaczki w tym dniu zjechaliśmy w dół kolejką do Chamonix. Czasu było coraz mniej wskutek czego zdecydowaliśmy się na wejście trasą, którą pokonałem rok wcześniej wiodącą przez A'GLE DU GOUTER (3863 m.) i DOME DU GOUTER (4304 m.) skąd granią Bosses na MONT BLANC (4808 m.).
Nazajutrz ruszyliśmy już do TETE ROUSSE (3167 m.) [fot. 3] i chcieliśmy wyjść jeszcze wieczorem na A'gle du Gouter, jednakże nadeszła chmura a z niej opad gradu i śniegu, niestety zmusiło to nas do zabiwakowania.

Nocą ok. godz. 2.00 wyszliśmy w stronę zachodniej ściany opadającej ok. 800 m. ze szczytu A'gle du Gouter (3863 m.) na lodowiec Bionnassay. Droga wspinaczkowa biegnąca tą ścianą jest wysoce eksponowana, lecz nietrudna technicznie. Jest to najbardziej ryzykowne miejsce w drodze na Mont Blanc. Przeszliśmy ją przy świetle czołówek i Księżyca wchodząc o świcie na grań Gouter, skąd ruszyliśmy granią w stronę szczytu DOME DU GOUTER (4304 m.). Na grani spotkaliśmy znanego polskiego himalaistę J. Żurawskiego członka m. in. obu zimowych wypraw na Nanga Parbat (8125 m.), a także uczestnika mszy świętej odprawianej przez ks. Gardynę na szczycie GASHERBRUM II (8035 m.). Rozmawiając o górach podziwialiśmy wschodzące Słońce ponad morzem chmur i szczytów. Dopiero po ok. godzinie ruszyliśmy w dalszą drogę. Żmudnym i dość stromym podejściem weszliśmy na Dome du Gouter (4304 m.) [fot. 4]. Z tego szczytu widać już sylwetkę Mont Blanc. Na wierzchołku spędziliśmy ok. 2 godziny delektując się wspaniała panoramą. Ze szcytu zeszliśmy na Col du Dome (4237 m.), skąd stromym zboczem wyszliśmy do schronu Vallot (4336 m.), gdzie postanowiliśmy spędzić noc. Obudziliśmy się o godz. 2.00 w nocy. Lecz zastaliśmy opad śniegu, mocny wiatr i mgłę. Dopiero o 4.30 chmury zaczęły się stopniowo przerzedzać. W dole momentami widać było światła położonego ponad 3 km niżej Chamonix. W tych warunkach postanowiliśmy wyruszyć w kierunku szczytu. W drodze wejściowej na grani Bosses podziwialiśmy spektakl świtu. Wąski, powietrzny grzebień grani grzbietowej wymaga sporej koncentracji. Mrożące krew w żyłach są mijania się zespołów wchodzących i schodzących, w szczególności, że pewna część wspinaczy źle znosi wysokość. Na szczyt MONT BLANC (4808 m.) [fot. 5] weszliśmy ok. godz. 6.00 rano, nasycając oczy widokiem z najwyższego szczytu Europy. Na płd.-zach. horyzoncie widać było nadchodzący front atmosferyczny, który jak później się okazało doszedł wieczorem do Chamonix [fot. 6]. Na pn.-wsch. widoczne były Alpy Berneńskie, dalej pod wschodem Słońcu Alpy Wallijskie z wystającą "płetwą" WEISSHORNU (4505 m.). Na najbliższym planie ostre sylwetki A'gle du Mini, A'gle Verte i Mont Mandit, a na grani kolejne sylwetki uczestników spektaklu zwanego "świtem na Mont Blanc". Na wierzchołku przebywaliśmy 45 min. Przy zejściu wskutek silnej operacji Słońca po stronie francuskiej i podchodzących chmur po stronie włoskiej grani mogliśmy zaobserwować nasze sylwetki na tle chmury, otoczone kolorowymi tęczami. Jest to tak zwane Widmo Brackenu zaobserwowane i opisane na szczycie Brocken w górach Harzu. Jeśli ktoś zobaczy trzykrotnie owo widmo, ma posiąść nieśmiertelność w górach. Po dojściu do schronu Vallot po krótkiej rozmowie z Andrzejem postanowiliśmy schodzić do Chamonix lodowcem Bossons [fot. 7]. Jest to droga zwykle na wczesne miesiące roku, kiedy większość szczelin jest zakryta. Mocno zagrożona lawinami jest stosunkowo rzadko używana w zejściu. Przechodząc lodowiec Bossons można poznać piękno i dzikoś lodowców. Najtrudniejszym odcinkiem do przejścia są okolice miejsca zwanego La Jonction. W tym miejscu dla asekuracji używaliśmy śrub lodowych (inaczej haki lodowe, wykonane są zazwyczaj ze stopu stali nierdzewnej, aluminium bądź tytanu. Służą one jako punkty asekuracyjne w lodzie). Zejście ze szczytu Mont Blanc (4808 m.) do Chmonix (1037 m.) zajęło nam 7 godz. 50 min.
CDN
tekst i foto - Piotr Haczek.