Nad Sołą i Koszarawą - nr 8 (231) - 15 Kwietnia  2008

  |poprzedni  artykuł|  |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|     |następny  artykuł| 



Prosto z mostu

Parę ładnych tygodni upłynęło nam w krajowej polityce na utarczce, czy jak kto woli polemice, na temat tzw. traktatu lizbońskiego. Treści dokumentu, gdzie jak wcześniej pisałem, nie zna ponad 90% ludzi w Polsce. Niemniej jednak jest to kolejna okazja dla opozycji, aby mogła nadal wpychać swoje etatowo gadające głowy na antenie radia czy na ekranach telewizorów.

Wychodzi przy tej dyskusji jacy jesteśmy maluczcy, to znaczy nie my, tylko nasi przedstawiciele w Sejmie, Senacie, w rządzie i pałacu prezydenckim.

Przy okazji wychodzi na jaw, że tak jak to drzewiej bywało, nasza władza lubi celebrę. Niewiele jest demokratycznych krajów na świecie, gdzie spotkanie na krajowym szczycie pomiędzy urzędującym prezydentem a obecnym premierem byłoby aż tak celebrowane. Obaj panowie, którzy urzędują w dużym i małym pałacu w samym centrum Warszawy, parę czy parenaście setek metrów od siebie, muszą spotykać się nie gdzie indziej, jak tylko nad morzem. Czyni się z tego spotkania wielką fetę, a przecież uzgadnianie spraw interesujących obywateli polskich to przecież ich podstawowy obowiązek wynikający z zakresu czynności, za który biorą niemałą miesięczną pensję.

Cóż zatem różni ich od wszystkich innych, którzy w ramach zatrudnienia mają do wykonania określone obowiązki. Dlatego też słynne spotkanie na Helu i właśnie na Helu, to nic innego jak pokazanie społeczeństwu, jacy to my mali jesteśmy. Przypomina mi się, jak w czasie trasy objazdowej na studiach turystycznych zadałem pytanie pani profesor, w czasie zwiedzania katedry w Kamieniu Pomorskim, dlaczego te kościoły są tak wielkie i takie wysokie? Pani profesor natychmiast mi odpowiedziała, że tylko po to, aby uzmysłowić człowiekowi, jaki jest mały w stosunku do otaczającej go rzeczywistości.

Dlatego też, gdy czytam, widzę czy słyszę, jaki obrzęd (bo tego już inaczej nazwać nie można) panuje między obudworami (czytaj pałacami) to delikatnie mówiąc lekko mnie skręca.

Oczywiście efekt tych rozmów znamy. Przełożył się na głosowanie w Sejmie i Senacie, czyli weszliśmy na prostą. Ale nie całkiem. Otóż bogobojny rycerz, zakonnik Tadeusz Rydzyk, władca wszechmocnego imperium medialnego "Radio Maryja", udzielił ostrej reprymendy (czytaj nagany) wszystkim tym parlamentarzystom, którzy ośmielili się w Sejmie i Senacie głosować w sprawie traktatu inaczej niż on myśli.

I tu trzeba zadać sobie proste pytanie. Kto u nas w Polsce właściwie kształtuje politykę, włącznie z polityką zagraniczną? Słabość Kościoła jako instytucji, po śmierci nieodżałowanego papieża Jana Pawła II oraz wątła konstrukcja obecnych partii politycznych, dają temu człowiekowi nieograniczone pole do popisu. Dlatego nie dziwi mnie postawa niektórych "poselskich moherówek", które z trybuny sejmowej opowiadają kompletne głupoty, obrażając m.in. ludzi, którzy mieli szczęście (lub według niektórych nieszczęście) urodzić się 1 kwietnia.

To jeszcze jest do wybaczenia. Ale androny, które wygłosił z mównicy Senatu poseł Bender poraziły mnie. Tenże senator, który pluje wszystkim tym, którzy cokolwiek robili w czasie tzw. PRL-u zapomniał, że również uczestniczył czynnie w tych haniebnych czasach jako poseł Sejmu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, działający w ramach Konstytucji, która miała w swych artykułach wpis o przewodniej roli Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej oraz nierozerwalną więź z ukochanym bratem Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich.

I tu nie waham się zacytować starego, ale mądrego przysłowia "nie pamięta wół jak cielęciem był". Przegrani PiS-owscy parlamentarzyści chcą dalej majstrować przy traktacie lizbońskim, gdyż jest to już ostatnia nadzieja, aby jeszcze istnieć i nie iść w niebyt polityczny. Szkoda tylko, że to "majstrowanie" przy traktacie przynosi dla Polski więcej złego niż dobrego w oczach opinii publicznej Europy. Ale tak to już jest, kiedy władza w państwie jest podzielona i jak na dzień dzisiejszy słaba.

Wydaje mi się, że po tych harcach i straconym czasie w sprawie traktatu znajdzie się miejsce i czas na sprawy w państwie nie cierpiące zwłoki.

Mamy ogromny rozgardiasz w zakresie sportu polskiego. Syndrom piłki nożnej, a konkretnie afer korupcyjnych w klubach. Usytuowanie władz PZPN na czele z panem Listkiewiczem nie wróży nic dobrego. Żarty, które media stroiły sobie z Euro 2012 wcale nie muszą być tylko żartami, bowiem jak wszyscy twierdzą niewiele się dzieje na etapie przygotowań do mistrzostw. Musimy pamiętać, że nikt poza nami w razie czego nie będzie płakał jak nam te mistrzostwa odbiorą, a niektóre kraje zachodnie tylko na to czekają, gdyż jest to czysty zysk tak dla budżetu danego państwa, jak i jego obywateli.

Już poza prima aprilisem proponuję, aby skład głównych organizatorów powiększyć o dwóch przedsiębiorczych księży tj. prałata Jankowskiego i o. Tadeusza Rydzyka. Czyli prościej mówiąc, skierować ich nadmiar energii na coś, co przyniesie wymierne korzyści dla Polski. To bardziej dla relaksu.

Kiedy mówimy o sporcie to zaczyna mi się bardzo nie podobać atmosfera polityczna wokół igrzysk olimpijskich w Chinach. I tu jak to u nas w zwyczaju pierwsi w tej sprawie głos zabierają dyletanci, którzy ze sportem mają tyle wspólnego, co ja z astronautyką. Rady, jakie udzielają sportowcom pseudopolitycy są żałosne. Żaden z tych "pajaców" nie wie o tym, że marzeniem każdego, kto uprawia sport jest właśnie udział w Olimpiadzie. Temu nieraz podporządkowuje swoją młodość, a czasem i życie.

Zawracanie im głowy jak się mają zachować w czasie ceremonii otwarcia igrzysk czy też ewentualnych chwil na podium jest zbrodnią.

Na igrzyska w Chinach trzeba spojrzeć z trzech stron - od strony politycznej. Ale od tego są rządy i politycy, którzy mają tysiące sposobów na wyrażenie swej dezaprobaty. Oby tylko nie przesadzili. Od drugiej strony to biznes. Pamiętajmy, że igrzyska trwać będą tylko trzy tygodnie, a życie płynie dalej. Chiny bez nas wytrzymają a my bez nich nie bardzo. Dlatego też idiotyczne nawoływania o blokadzie sprzedaży Pepsi-Coli czy zakupu zabawek są idiotycznie śmieszne. Sądzę, że projektanci tych pomysłów sami wiedzą, że są śmieszni, ale chcą zaistnieć. Żałosne. Siłę polskiego sportu nie będą na świecie oceniać po absencji na uroczystościach otwarcia czy po rodzaju kokardek lub haseł w sprawie Tybetu. Będą nas oceniać po wynikach. I dlatego trzeba wszystko zrobić, a jest jeszcze trochę czasu, aby tak przygotować naszą reprezentację, byśmy się nie musieli przed światem wstydzić. Tego powinniśmy sobie wszyscy życzyć.

Kazimierz Semik

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.