Prosto z mostu
Parę ładnych tygodni upłynęło
nam w krajowej polityce na utarczce, czy jak kto woli
polemice, na temat tzw. traktatu lizbońskiego. Treści
dokumentu, gdzie jak wcześniej pisałem, nie zna ponad 90%
ludzi w Polsce. Niemniej jednak jest to kolejna okazja dla
opozycji, aby mogła nadal wpychać swoje etatowo gadające głowy
na antenie radia czy na ekranach telewizorów.
Wychodzi przy tej dyskusji
jacy jesteśmy maluczcy, to znaczy nie my, tylko nasi
przedstawiciele w Sejmie, Senacie, w rządzie i pałacu
prezydenckim.
Przy okazji wychodzi na jaw,
że tak jak to drzewiej bywało, nasza władza lubi celebrę.
Niewiele jest demokratycznych krajów na świecie, gdzie
spotkanie na krajowym szczycie pomiędzy urzędującym
prezydentem a obecnym premierem byłoby aż tak celebrowane.
Obaj panowie, którzy urzędują w dużym i małym pałacu w
samym centrum Warszawy, parę czy parenaście setek metrów od
siebie, muszą spotykać się nie gdzie indziej, jak tylko nad
morzem. Czyni się z tego spotkania wielką fetę, a przecież
uzgadnianie spraw interesujących obywateli polskich to
przecież ich podstawowy obowiązek wynikający z zakresu
czynności, za który biorą niemałą miesięczną pensję.
Cóż zatem różni ich od
wszystkich innych, którzy w ramach zatrudnienia mają do
wykonania określone obowiązki. Dlatego też słynne
spotkanie na Helu i właśnie na Helu, to nic innego jak
pokazanie społeczeństwu, jacy to my mali jesteśmy.
Przypomina mi się, jak w czasie trasy objazdowej na studiach
turystycznych zadałem pytanie pani profesor, w czasie
zwiedzania katedry w Kamieniu Pomorskim, dlaczego te kościoły
są tak wielkie i takie wysokie? Pani profesor natychmiast mi
odpowiedziała, że tylko po to, aby uzmysłowić człowiekowi,
jaki jest mały w stosunku do otaczającej go rzeczywistości.
Dlatego też, gdy czytam,
widzę czy słyszę, jaki obrzęd (bo tego już inaczej nazwać
nie można) panuje między obudworami (czytaj pałacami) to
delikatnie mówiąc lekko mnie skręca.
Oczywiście efekt tych rozmów
znamy. Przełożył się na głosowanie w Sejmie i Senacie,
czyli weszliśmy na prostą. Ale nie całkiem. Otóż
bogobojny rycerz, zakonnik Tadeusz Rydzyk, władca
wszechmocnego imperium medialnego "Radio Maryja",
udzielił ostrej reprymendy (czytaj nagany) wszystkim tym
parlamentarzystom, którzy ośmielili się w Sejmie i Senacie
głosować w sprawie traktatu inaczej niż on myśli.
I tu trzeba zadać sobie
proste pytanie. Kto u nas w Polsce właściwie kształtuje
politykę, włącznie z polityką zagraniczną? Słabość Kościoła
jako instytucji, po śmierci nieodżałowanego papieża Jana
Pawła II oraz wątła konstrukcja obecnych partii
politycznych, dają temu człowiekowi nieograniczone pole do
popisu. Dlatego nie dziwi mnie postawa niektórych
"poselskich moherówek", które z trybuny sejmowej
opowiadają kompletne głupoty, obrażając m.in. ludzi, którzy
mieli szczęście (lub według niektórych nieszczęście)
urodzić się 1 kwietnia.
To jeszcze jest do
wybaczenia. Ale androny, które wygłosił z mównicy Senatu
poseł Bender poraziły mnie. Tenże senator, który pluje
wszystkim tym, którzy cokolwiek robili w czasie tzw. PRL-u
zapomniał, że również uczestniczył czynnie w tych
haniebnych czasach jako poseł Sejmu Polskiej Rzeczypospolitej
Ludowej, działający w ramach Konstytucji, która miała w
swych artykułach wpis o przewodniej roli Polskiej
Zjednoczonej Partii Robotniczej oraz nierozerwalną więź z
ukochanym bratem Związkiem Socjalistycznych Republik
Radzieckich.
I tu nie waham się zacytować
starego, ale mądrego przysłowia "nie pamięta wół jak
cielęciem był". Przegrani PiS-owscy parlamentarzyści
chcą dalej majstrować przy traktacie lizbońskim, gdyż jest
to już ostatnia nadzieja, aby jeszcze istnieć i nie iść w
niebyt polityczny. Szkoda tylko, że to
"majstrowanie" przy traktacie przynosi dla Polski więcej
złego niż dobrego w oczach opinii publicznej Europy. Ale tak
to już jest, kiedy władza w państwie jest podzielona i jak
na dzień dzisiejszy słaba.
Wydaje mi się, że po tych
harcach i straconym czasie w sprawie traktatu znajdzie się
miejsce i czas na sprawy w państwie nie cierpiące zwłoki.
Mamy ogromny rozgardiasz w
zakresie sportu polskiego. Syndrom piłki nożnej, a
konkretnie afer korupcyjnych w klubach. Usytuowanie władz
PZPN na czele z panem Listkiewiczem nie wróży nic dobrego.
Żarty, które media stroiły sobie z Euro 2012 wcale nie muszą
być tylko żartami, bowiem jak wszyscy twierdzą niewiele się
dzieje na etapie przygotowań do mistrzostw. Musimy pamiętać,
że nikt poza nami w razie czego nie będzie płakał jak nam
te mistrzostwa odbiorą, a niektóre kraje zachodnie tylko na
to czekają, gdyż jest to czysty zysk tak dla budżetu danego
państwa, jak i jego obywateli.
Już poza prima aprilisem
proponuję, aby skład głównych organizatorów powiększyć
o dwóch przedsiębiorczych księży tj. prałata Jankowskiego
i o. Tadeusza Rydzyka. Czyli prościej mówiąc, skierować
ich nadmiar energii na coś, co przyniesie wymierne korzyści
dla Polski. To bardziej dla relaksu.
Kiedy mówimy o sporcie to
zaczyna mi się bardzo nie podobać atmosfera polityczna wokół
igrzysk olimpijskich w Chinach. I tu jak to u nas w zwyczaju
pierwsi w tej sprawie głos zabierają dyletanci, którzy ze
sportem mają tyle wspólnego, co ja z astronautyką. Rady,
jakie udzielają sportowcom pseudopolitycy są żałosne. Żaden
z tych "pajaców" nie wie o tym, że marzeniem każdego,
kto uprawia sport jest właśnie udział w Olimpiadzie. Temu
nieraz podporządkowuje swoją młodość, a czasem i życie.
Zawracanie im głowy jak się
mają zachować w czasie ceremonii otwarcia igrzysk czy też
ewentualnych chwil na podium jest zbrodnią.
Na igrzyska w Chinach trzeba
spojrzeć z trzech stron - od strony politycznej. Ale od tego
są rządy i politycy, którzy mają tysiące sposobów na
wyrażenie swej dezaprobaty. Oby tylko nie przesadzili. Od
drugiej strony to biznes. Pamiętajmy, że igrzyska trwać będą
tylko trzy tygodnie, a życie płynie dalej. Chiny bez nas
wytrzymają a my bez nich nie bardzo. Dlatego też idiotyczne
nawoływania o blokadzie sprzedaży Pepsi-Coli czy zakupu
zabawek są idiotycznie śmieszne. Sądzę, że projektanci
tych pomysłów sami wiedzą, że są śmieszni, ale chcą
zaistnieć. Żałosne. Siłę polskiego sportu nie będą na
świecie oceniać po absencji na uroczystościach otwarcia czy
po rodzaju kokardek lub haseł w sprawie Tybetu. Będą nas
oceniać po wynikach. I dlatego trzeba wszystko zrobić, a
jest jeszcze trochę czasu, aby tak przygotować naszą
reprezentację, byśmy się nie musieli przed światem wstydzić.
Tego powinniśmy sobie wszyscy życzyć.
Kazimierz Semik