Prosto z mostu
Psy szczekają, a karawana
idzie dalej. Tak obrazowo można zakwalifikować obecną
sytuację w polskiej polityce wewnętrznej i zewnętrznej.
Oczywiście, kto jest kim w tym porzekadle, pozostawiam do
oceny moich Czytelników.
Spróbuję to udowodnić na
paru przykładach, które dla mnie i wielu innych ludzi stają
się wyraźnie nieczytelne. Od kilku tygodni, a nawet miesięcy,
trwa polityczna debata w mediach elektronicznych w prasie, a ostatnio i w Sejmie na temat ratyfikacji tzw. Traktatu Lizbońskiego.
Dochodzi nawet do tego, że
mówi się o ogłoszeniu referendum ogólnonarodowego, co
zdaniem fachowców od polityki byłoby kompletnym idiotyzmem.
Przed wejściem do Unii
Europejskiej składaliśmy wiele gwarancji z naszej strony, a
obecnie jesteśmy postrzegani jako czarna owca w dziedzinie
kodyfikacji prawa w tej europejskiej instytucji.
Onegdaj walczyliśmy jak lwy
o Niceę, gdzie jeden z prominentnych polityków (dziś
odstawiony na boczny tor) wołał "Nicea albo śmierć".
Dzięki Bogu nikt z tego tytułu nie umarł, a sprawy poszły
swoim torem.
Dzisiejszy problem jest
trochę inny. Otóż pod koniec ubiegłego roku, dwaj najważniejsi
ludzie w kraju (Prezydent i Premier) o mało co nie poszli na
noże o to, który nich ma prawo do parafowania traktatu,
gdzie w konsekwencji okazało się, że to Premier polskiego
rządu jest umocowany prawnie do parafowania go, a pan
Prezydent stanowił swoisty rodzaj asysty przy tej ceremonii.
I kiedy wszystko wydawało
się jasne, opozycja ma wątpliwości co do zasadności tekstu
tegoż traktatu.
A wiadomo, że jak szef opozycji, czyli imć pan Jarosław
Kaczyński widzi coś inaczej, to jego braciszek musi się
temu podporządkować. Zresztą w sprawie tegoż traktatu w
grudniu w Lizbonie w Europie śmiano się z nas, że to nie kto inny jak pan Prezydent był
telefonicznie instruowany przez swego braciszka jak należy się
zachować przy konstrukcji tego dokumentu przed jego
parafowaniem.
Ten przykład świadczy wyraźnie,
że pan Prezydent jest "zakładnikiem" swego brata -
szefa największej partii opozycyjnej, jaką na razie jest
Prawo i Sprawiedliwość.
Sądzę jednak, że władza
w Polsce pójdzie po rozum do głowy i znajdzie rozwiązanie,
które nie będzie nas ośmieszać w oczach Unii Europejskiej,
tym bardziej, że zachowanie się niektórych eurodeputowanych
w Brukseli jest od dłuższego czasu co najmniej naganne.
Żeby ten temat zakończyć,
wyjaśnię krótko, że chodzi o wprowadzenie do traktatu
zapisów o tzw. odrębności moralnej i etycznej, które tak
czy inaczej na pewno znajdą uwzględnienie w tym dokumencie.
A więc nie tyle chodzi o treść, ale o to, by wykazać naszą
"słowiańską duszę".
Osobiście odbieram to jako
chęć udowodnienia opinii publicznej, że PiS i jego "właściciel"
jeszcze istnieją, gdyż badania opinii publicznej wykazują,
że ta wojownicza partia pomaleńku tonie.
Szlag mnie trafia, kiedy
widzę jedne i te same gęby w telewizji publicznej, które co
chwila organizują swoje partyjne konferencje tylko po to, aby
zanegować każdy krok, jaki koalicja chce wykonać dla
uzdrowienia sytuacji polityczno-gospodarczej w kraju. Programy
telewizyjne czyli tzw. burze mózgów to nic innego jak
wzajemne przekrzykiwanie się, często obrażanie jednych czy
drugich. Te dysputy polityczne są tak płytkie, a argumenty
tak "miałkie", że czasem wstyd jest tego słuchać.
A już najbardziej śmieszne jest jak ci ludzie się w tych
programach chcą nobilitować. To nie jest rozmowa ludzi, dla
których celem jest troska o kraj, tylko ukazanie swojego
image. Śmieszy mnie, jak oni wzajemnie się emablują zwracając
się do siebie - panie pośle, panie przewodniczący, panie
premierze czy panie marszałku. I to jeszcze do paru kadencji
wstecz. Proszę państwa, komu to potrzebne. Przecież te gęby
są tak ograne, że nawet gdybym się obudził
w środku nocy to każdego poznam nawet po ..... krawacie.
Przecież "mędrcy"
z tej partii mieli już swoje "5 minut", które trwało
prawie dwa lata i w tym czasie nic a nic dla tej swojej IV
Rzeczypospolitej nie zrobili. Wprost przeciwnie, za co się
wzięli to spieprzyli. Nagle teraz mają miliony
uzdrowicielskich pomysłów, niektórych niedorzecznych, za co
w sytuacji partii opozycyjnej nie będą brali żadnej
odpowiedzialności.
Ale dość już krytyki pod
adresem tej formacji. Z przykrością obserwuję poczynania rządu,
jak też zachowania się organizacji lekarskich w Polsce.
Kasa, jaka jest do dyspozycji służby zdrowia, jest nam
powszechnie znana. Niemniej jednak, od kogo jak od kogo, czyli
wykształconych lekarzy można wymagać trochę umiaru. Jeśli
się czyta, co zresztą potwierdza wiceminister zdrowia, że
ordynator oddziału w Szpitalu Wojewódzkim kasuje miesięcznie
prawie 19 tysięcy złotych, a asystent w tymże szpitalu 12
tysięcy i jest organizatorem strajku, którego konsekwencją
jest zamknięcie paru oddziałów, a tym samym brutalna
ewakuacja pacjentów w różnych stanach chorobowych, to coś
tu nie tak.
To jest sprawa nie do rządu,
nie do dyrektora szpitala, a tylko do prokuratora. Przeciętny
śmiertelnik, który nie ma na co dzień do czynienia z państwową
służbą zdrowia, łapie się za głowę, a co dopiero ci, którzy
na wskutek skłonności do chorób czy z uwagi na wiek, co mają
powiedzieć.
Jeśli do tego dodamy
ostatnie informacje, być może przesadzone, że za parę lat
przy tak prowadzonej gospodarce funduszami ubezpieczeniowymi
może zabraknąć pieniędzy na wypłaty dla emerytów i
rencistów, to już tragedia. Tutaj również kłaniają się
albo Najwyższa Izba Kontroli albo prokuratorzy. Pałace
ZUS-owskie w oddziałach czy centrali to przepych na miarę
szejkanatów w bogatych krajach arabskich.
Chciałbym wierzyć, że
jest to chwyt propagandowy, aby przerazić te grupy społeczne,
by nie protestowali
w sprawie podwyższenia ewentualnych świadczeń
emerytalno-rentowych. Ale w sumie nie ma się co martwić.
Idzie wiosna!
Kazimierz Semik