Nad Sołą i Koszarawą - nr 7 (230) - 1 Kwietnia  2008

 |poprzedni  artykuł|   |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|    |następny  artykuł|  


Prosto z mostu

Psy szczekają, a karawana idzie dalej. Tak obrazowo można zakwalifikować obecną sytuację w polskiej polityce wewnętrznej i zewnętrznej. Oczywiście, kto jest kim w tym porzekadle, pozostawiam do oceny moich Czytelników.

Spróbuję to udowodnić na paru przykładach, które dla mnie i wielu innych ludzi stają się wyraźnie nieczytelne. Od kilku tygodni, a nawet miesięcy, trwa polityczna debata w mediach elektronicznych w prasie, a ostatnio i w Sejmie na temat ratyfikacji tzw. Traktatu Lizbońskiego.

Dochodzi nawet do tego, że mówi się o ogłoszeniu referendum ogólnonarodowego, co zdaniem fachowców od polityki byłoby kompletnym idiotyzmem.

Przed wejściem do Unii Europejskiej składaliśmy wiele gwarancji z naszej strony, a obecnie jesteśmy postrzegani jako czarna owca w dziedzinie kodyfikacji prawa w tej europejskiej instytucji.

Onegdaj walczyliśmy jak lwy o Niceę, gdzie jeden z prominentnych polityków (dziś odstawiony na boczny tor) wołał "Nicea albo śmierć". Dzięki Bogu nikt z tego tytułu nie umarł, a sprawy poszły swoim torem.

Dzisiejszy problem jest trochę inny. Otóż pod koniec ubiegłego roku, dwaj najważniejsi ludzie w kraju (Prezydent i Premier) o mało co nie poszli na noże o to, który nich ma prawo do parafowania traktatu, gdzie w konsekwencji okazało się, że to Premier polskiego rządu jest umocowany prawnie do parafowania go, a pan Prezydent stanowił swoisty rodzaj asysty przy tej ceremonii.

I kiedy wszystko wydawało się jasne, opozycja ma wątpliwości co do zasadności tekstu tegoż traktatu.
A wiadomo, że jak szef opozycji, czyli imć pan Jarosław Kaczyński widzi coś inaczej, to jego braciszek musi się temu podporządkować. Zresztą w sprawie tegoż traktatu w grudniu w Lizbonie w Europie śmiano się z nas, że to nie kto inny jak pan Prezydent był telefonicznie instruowany przez swego braciszka jak należy się zachować przy konstrukcji tego dokumentu przed jego parafowaniem.

Ten przykład świadczy wyraźnie, że pan Prezydent jest "zakładnikiem" swego brata - szefa największej partii opozycyjnej, jaką na razie jest Prawo i Sprawiedliwość.

Sądzę jednak, że władza w Polsce pójdzie po rozum do głowy i znajdzie rozwiązanie, które nie będzie nas ośmieszać w oczach Unii Europejskiej, tym bardziej, że zachowanie się niektórych eurodeputowanych w Brukseli jest od dłuższego czasu co najmniej naganne.

Żeby ten temat zakończyć, wyjaśnię krótko, że chodzi o wprowadzenie do traktatu zapisów o tzw. odrębności moralnej i etycznej, które tak czy inaczej na pewno znajdą uwzględnienie w tym dokumencie. A więc nie tyle chodzi o treść, ale o to, by wykazać naszą "słowiańską duszę".

Osobiście odbieram to jako chęć udowodnienia opinii publicznej, że PiS i jego "właściciel" jeszcze istnieją, gdyż badania opinii publicznej wykazują, że ta wojownicza partia pomaleńku tonie.

Szlag mnie trafia, kiedy widzę jedne i te same gęby w telewizji publicznej, które co chwila organizują swoje partyjne konferencje tylko po to, aby zanegować każdy krok, jaki koalicja chce wykonać dla uzdrowienia sytuacji polityczno-gospodarczej w kraju. Programy telewizyjne czyli tzw. burze mózgów to nic innego jak wzajemne przekrzykiwanie się, często obrażanie jednych czy drugich. Te dysputy polityczne są tak płytkie, a argumenty tak "miałkie", że czasem wstyd jest tego słuchać. A już najbardziej śmieszne jest jak ci ludzie się w tych programach chcą nobilitować. To nie jest rozmowa ludzi, dla których celem jest troska o kraj, tylko ukazanie swojego image. Śmieszy mnie, jak oni wzajemnie się emablują zwracając się do siebie - panie pośle, panie przewodniczący, panie premierze czy panie marszałku. I to jeszcze do paru kadencji wstecz. Proszę państwa, komu to potrzebne. Przecież te gęby są tak ograne, że nawet gdybym się obudził
w środku nocy to każdego poznam nawet po ..... krawacie.

Przecież "mędrcy" z tej partii mieli już swoje "5 minut", które trwało prawie dwa lata i w tym czasie nic a nic dla tej swojej IV Rzeczypospolitej nie zrobili. Wprost przeciwnie, za co się wzięli to spieprzyli. Nagle teraz mają miliony uzdrowicielskich pomysłów, niektórych niedorzecznych, za co w sytuacji partii opozycyjnej nie będą brali żadnej odpowiedzialności.

Ale dość już krytyki pod adresem tej formacji. Z przykrością obserwuję poczynania rządu, jak też zachowania się organizacji lekarskich w Polsce. Kasa, jaka jest do dyspozycji służby zdrowia, jest nam powszechnie znana. Niemniej jednak, od kogo jak od kogo, czyli wykształconych lekarzy można wymagać trochę umiaru. Jeśli się czyta, co zresztą potwierdza wiceminister zdrowia, że ordynator oddziału w Szpitalu Wojewódzkim kasuje miesięcznie prawie 19 tysięcy złotych, a asystent w tymże szpitalu 12 tysięcy i jest organizatorem strajku, którego konsekwencją jest zamknięcie paru oddziałów, a tym samym brutalna ewakuacja pacjentów w różnych stanach chorobowych, to coś tu nie tak.

To jest sprawa nie do rządu, nie do dyrektora szpitala, a tylko do prokuratora. Przeciętny śmiertelnik, który nie ma na co dzień do czynienia z państwową służbą zdrowia, łapie się za głowę, a co dopiero ci, którzy na wskutek skłonności do chorób czy z uwagi na wiek, co mają powiedzieć.

Jeśli do tego dodamy ostatnie informacje, być może przesadzone, że za parę lat przy tak prowadzonej gospodarce funduszami ubezpieczeniowymi może zabraknąć pieniędzy na wypłaty dla emerytów i rencistów, to już tragedia. Tutaj również kłaniają się albo Najwyższa Izba Kontroli albo prokuratorzy. Pałace ZUS-owskie w oddziałach czy centrali to przepych na miarę szejkanatów w bogatych krajach arabskich.

Chciałbym wierzyć, że jest to chwyt propagandowy, aby przerazić te grupy społeczne, by nie protestowali
w sprawie podwyższenia ewentualnych świadczeń emerytalno-rentowych. Ale w sumie nie ma się co martwić. Idzie wiosna!

Kazimierz Semik

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.