Prosto z mostu
Od paru dni hucznie
obchodzimy w Polsce tzw. sto dni rządu Donalda Tuska.
Wprawdzie w tym czasie wydarzyło się w kraju wiele rzeczy
tak pozytywnych, jak i negatywnych, choć tych drugich na
pewno więcej. Oczywiście nie jest to "zasługą"
ekipy rządzącej, ale zasługą ludzi, którzy nie mogą się
nadal pogodzić z faktem, że już od stu dni nie mają możliwości
rządzić
Cóż to jest sto dni? To
przecież za mało, aby posprzątać po poprzednikach, ale za
dużo, aby nic w tym czasie nie zrobić. Jednak w poprzedniej
ekipie byli ludzie, dla których sto dni to ogromny szmat
czasu. Taki np. pan Macierewicz potrafił w ciągu 17 dni
wykształcić oficera (podporucznika) i to aż od szeregowca.
To jest naprawdę sukces. Jeśli
do tego dodamy, że ci "wykształceni" oficerowie
mają służyć w jednostkach specjalnych to jest to rekord w
skali Guinessa. Moja znajoma mówiła mi, że za 17 dni nie
wykształci się nawet szwaczki, nie mówiąc już o
krawcowej. Jeśli do tego dodamy wypowiedź człowieka z
"wanny", czyli pana Wassermana, że jeszcze w tym krótkim
czasie stali się patriotami, to ja już na starość nic z
tego nie rozumiem.
Na ten temat bardzo trafnie
wypowiedział się jeden z czytelników "T" Janusz
Dembiński z Warszawy, który pisze, że..."Bardzo
profesjonalnie profesjonalista prof. Zybertowicz wywiódł
zasadność awansu harcerzy na stopnie oficerskie w SKW po
17-dniowym szkoleniu. Są przykłady i to z najlepszych źródeł,
że bywały jeszcze szybsze szkolenia. Otóż amerykańskie
westerny (chyba to jest główna skarbnica wiedzy ekspertów i
polityków z PIS) dają tego dobitne przykłady. Bierze się
zwykłego obywatela będącego za, każe mu się podnieść rękę,
powiedzieć przysięgam, przypina się mu gwiazdę i już jest
po szkoleniu i już jest szeryfem".
I tupada pytanie: jak mają
się czuć do tych nominacji oficerskich osoby, które aby
zdobyć pierwsze upragnione gwiazdki oficerskie, musiały ukończyć
wyższe szkoły oficerskie: wojskowe, policyjne czy strażackie?
Przecież jest to policzek dla tych uczelni. Jest to
deprecjacja stopnia oficerskiego, jest to wreszcie absurd porównywalny
tylko z nominacjami w czasie wojny. Jest to kolejny obraz rządzenia
najbardziej delikatnymi służbami w państwie przez ludzi nie
mających pojęcia o sprawach bezpieczeństwa państwa.
Te sto dni premiera Tuska to
pasmo utarczek, sporów i wzajemnych złośliwości. Scyzoryk
się w kieszeni otwiera, gdy otwieram telewizor i na każdym
programie informacyjnym widzę te same gęby. I co
najciekawsze, to nie te z nowego nadania, a te z poprzedniej
ekipy. Pan Ziobro jako były próbuje nam wszystkim udowodnić,
a przede wszystkim tym, którzy "liznęli" trochę
przepisów prawa, że połączenie funkcji ministra
sprawiedliwości z funkcją prokuratora generalnego jest rozwiązaniem
w kraju najlepszym, obraża wszystkich ustawodawców w Unii
Europejskiej, którzy tej praktyki nie stosują.
Dlatego telewizyjne spory między
byłym a obecnym ministrem sprawiedliwości są polityczną
farsą i to ze szkodą dla obecnego ministra. Natomiast nie
bardzo wiem skąd się bierze taka sympatia dla najbardziej
telewizyjnego ministra, który właściwie zaczyna być
recenzentem swoich nieudacznych poczynań.
A już zachowanie pana
Prezydenta, który jeszcze nie wiedząc, o co chodzi stwierdził,
że tą ustawę zawetuje, świadczy o tym, że (ale to już
zostawiam do osądu czytelników) coś tu nie tak w tym najwyższym
urzędzie w państwie.
W poprzednim artykule wyraziłem
swoją opinię na podstawie bardzo przykrych doświadczeń związanych
z katastrofą samolotu wojskowego.
Ta tragedia obnaża jednak
miernotę kierownictwa poprzedniego resortu obrony, a los młodych
ludzi, którzy są aresztowani za nalot w Afganistanie na
obiekty cywilne, jeszcze pogłębia opinie o tym bałaganie.
Natomiast wypowiedź byłego ministra obrony ukazuje
"kulturę" tych szefów.
Sto dni rządów Donalda
Tuska to jedno, ale to nie tylko rząd się zmienił, ale również
zmienił się skład Parlamentu, czyli Sejmu i Senatu. O ile
jeszcze czuć czasami, że Sejm "dycha" nie wnosząc
wiele pod swoje obrady za wyjątkiem kłótni, pyskówek.
Natomiast efektem jego pracy są nowo powoływane komisje śledcze,
które we własnym sosie się "kiszą", o tyle nic
nie wiadomo, co się stało z Senatem. O tym, że istnieje,
dowiaduję się czasem w telewizji z niemrawych przekazów
marszałka Borusewicza, bądź jego zastępcy senatora
Romaszewskiego, który ma wraz z upływem wieku coraz więcej
oryginalnych propozycji (m.in.
w sprawie bojkotu olimpiady w Pekinie), ale jak pisze prasa,
ci senatorowie za zwykłe nieróbstwo zarabiają ponad 12 tysięcy
złotych, nie licząc pieniędzy na biura senatorskie.
Twierdzą, że nie mają nad
czym obradować, bo Sejm nie posyła im nowych ustaw do
kolaudacji. I tu mam pytanie do tych "leni": przecież
zgodnie z konstytucją Senat ma nie tylko prawo, ale i obowiązek
korzystać
z przedkładania własnych projektów ustawodawczych.
Ale cóż, nieróbstwo popłaca.
I na tym koniec. Jak dożyję i ten rząd też (bo Sejm i
Senat są niezniszczalni), to za sto dni napiszę, co się w
tym kraju zmieniło.
Kazimierz Semik
PS. W poprzednim numerze mój
adwersarz, czyli specjalista od mobbingu, dał mi lekcję
dobrego wychowania. Korzystając z niej chcę stwierdzić, że
po raz pierwszy zdarza mi się, że do kogo innego jest artykuł
adresowany, a kto inny na niego odpowiada. Jeszcze mógłbym
zrozumieć, gdyby artykuł był podpisany... "rzecznik
ofiar mobbingu dr Marian Deptuła", a tu ni stąd ni zowąd
strzał z boku. To tyle i aż tyle. Jednak dwie inne szkoły.
Życzę dobrego samopoczucia.
"doświadczony redaktor"