Nad Sołą i Koszarawą - nr 5 (228) - 1 Marca  2008

  |poprzedni artykuł|  |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|    |następny artykuł| 



Prosto z mostu

Od paru dni hucznie obchodzimy w Polsce tzw. sto dni rządu Donalda Tuska. Wprawdzie w tym czasie wydarzyło się w kraju wiele rzeczy tak pozytywnych, jak i negatywnych, choć tych drugich na pewno więcej. Oczywiście nie jest to "zasługą" ekipy rządzącej, ale zasługą ludzi, którzy nie mogą się nadal pogodzić z faktem, że już od stu dni nie mają możliwości rządzić

Cóż to jest sto dni? To przecież za mało, aby posprzątać po poprzednikach, ale za dużo, aby nic w tym czasie nie zrobić. Jednak w poprzedniej ekipie byli ludzie, dla których sto dni to ogromny szmat czasu. Taki np. pan Macierewicz potrafił w ciągu 17 dni wykształcić oficera (podporucznika) i to aż od szeregowca.

To jest naprawdę sukces. Jeśli do tego dodamy, że ci "wykształceni" oficerowie mają służyć w jednostkach specjalnych to jest to rekord w skali Guinessa. Moja znajoma mówiła mi, że za 17 dni nie wykształci się nawet szwaczki, nie mówiąc już o krawcowej. Jeśli do tego dodamy wypowiedź człowieka z "wanny", czyli pana Wassermana, że jeszcze w tym krótkim czasie stali się patriotami, to ja już na starość nic z tego nie rozumiem.

Na ten temat bardzo trafnie wypowiedział się jeden z czytelników "T" Janusz Dembiński z Warszawy, który pisze, że..."Bardzo profesjonalnie profesjonalista prof. Zybertowicz wywiódł zasadność awansu harcerzy na stopnie oficerskie w SKW po 17-dniowym szkoleniu. Są przykłady i to z najlepszych źródeł, że bywały jeszcze szybsze szkolenia. Otóż amerykańskie westerny (chyba to jest główna skarbnica wiedzy ekspertów i polityków z PIS) dają tego dobitne przykłady. Bierze się zwykłego obywatela będącego za, każe mu się podnieść rękę, powiedzieć przysięgam, przypina się mu gwiazdę i już jest po szkoleniu i już jest szeryfem".

I tupada pytanie: jak mają się czuć do tych nominacji oficerskich osoby, które aby zdobyć pierwsze upragnione gwiazdki oficerskie, musiały ukończyć wyższe szkoły oficerskie: wojskowe, policyjne czy strażackie? Przecież jest to policzek dla tych uczelni. Jest to deprecjacja stopnia oficerskiego, jest to wreszcie absurd porównywalny tylko z nominacjami w czasie wojny. Jest to kolejny obraz rządzenia najbardziej delikatnymi służbami w państwie przez ludzi nie mających pojęcia o sprawach bezpieczeństwa państwa.

Te sto dni premiera Tuska to pasmo utarczek, sporów i wzajemnych złośliwości. Scyzoryk się w kieszeni otwiera, gdy otwieram telewizor i na każdym programie informacyjnym widzę te same gęby. I co najciekawsze, to nie te z nowego nadania, a te z poprzedniej ekipy. Pan Ziobro jako były próbuje nam wszystkim udowodnić, a przede wszystkim tym, którzy "liznęli" trochę przepisów prawa, że połączenie funkcji ministra sprawiedliwości z funkcją prokuratora generalnego jest rozwiązaniem w kraju najlepszym, obraża wszystkich ustawodawców w Unii Europejskiej, którzy tej praktyki nie stosują.

Dlatego telewizyjne spory między byłym a obecnym ministrem sprawiedliwości są polityczną farsą i to ze szkodą dla obecnego ministra. Natomiast nie bardzo wiem skąd się bierze taka sympatia dla najbardziej telewizyjnego ministra, który właściwie zaczyna być recenzentem swoich nieudacznych poczynań.

A już zachowanie pana Prezydenta, który jeszcze nie wiedząc, o co chodzi stwierdził, że tą ustawę zawetuje, świadczy o tym, że (ale to już zostawiam do osądu czytelników) coś tu nie tak w tym najwyższym urzędzie w państwie.

W poprzednim artykule wyraziłem swoją opinię na podstawie bardzo przykrych doświadczeń związanych
z katastrofą samolotu wojskowego.

Ta tragedia obnaża jednak miernotę kierownictwa poprzedniego resortu obrony, a los młodych ludzi, którzy są aresztowani za nalot w Afganistanie na obiekty cywilne, jeszcze pogłębia opinie o tym bałaganie. Natomiast wypowiedź byłego ministra obrony ukazuje "kulturę" tych szefów.

Sto dni rządów Donalda Tuska to jedno, ale to nie tylko rząd się zmienił, ale również zmienił się skład Parlamentu, czyli Sejmu i Senatu. O ile jeszcze czuć czasami, że Sejm "dycha" nie wnosząc wiele pod swoje obrady za wyjątkiem kłótni, pyskówek. Natomiast efektem jego pracy są nowo powoływane komisje śledcze, które we własnym sosie się "kiszą", o tyle nic nie wiadomo, co się stało z Senatem. O tym, że istnieje, dowiaduję się czasem w telewizji z niemrawych przekazów marszałka Borusewicza, bądź jego zastępcy senatora Romaszewskiego, który ma wraz z upływem wieku coraz więcej oryginalnych propozycji (m.in.
w sprawie bojkotu olimpiady w Pekinie), ale jak pisze prasa, ci senatorowie za zwykłe nieróbstwo zarabiają ponad 12 tysięcy złotych, nie licząc pieniędzy na biura senatorskie.

Twierdzą, że nie mają nad czym obradować, bo Sejm nie posyła im nowych ustaw do kolaudacji. I tu mam pytanie do tych "leni": przecież zgodnie z konstytucją Senat ma nie tylko prawo, ale i obowiązek korzystać
z przedkładania własnych projektów ustawodawczych.

Ale cóż, nieróbstwo popłaca. I na tym koniec. Jak dożyję i ten rząd też (bo Sejm i Senat są niezniszczalni), to za sto dni napiszę, co się w tym kraju zmieniło.

Kazimierz Semik

PS. W poprzednim numerze mój adwersarz, czyli specjalista od mobbingu, dał mi lekcję dobrego wychowania. Korzystając z niej chcę stwierdzić, że po raz pierwszy zdarza mi się, że do kogo innego jest artykuł adresowany, a kto inny na niego odpowiada. Jeszcze mógłbym zrozumieć, gdyby artykuł był podpisany... "rzecznik ofiar mobbingu dr Marian Deptuła", a tu ni stąd ni zowąd strzał z boku. To tyle i aż tyle. Jednak dwie inne szkoły. Życzę dobrego samopoczucia.

"doświadczony redaktor"

 

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.