Nad Sołą i Koszarawą - nr 4 (227) - 15 Luty  2008

 |poprzedni  artykuł|    |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny  artykuł| 


 Premier Donald Tusk u dziennikarzy

Noworoczne spotkanie dziennikarzy zrzeszonych w Stowarzyszeniu Polskich Mediów, które odbyło się w dniu 1 lutego br. w Instytucie Biocybernetyki w Warszawie zaszczycił swoją obecnością Premier Rządu RP - Donald Tusk.

Przed przybyciem Premiera dziennikarze, w auli instytutu, rozmawiali z przewodniczącym Polskiej Organizacji Turystycznej Rafałem Szmytke oraz wiceprezesem WARS-u Andrzejem Baczkowskim o możliwościach rozwoju turystyki w Polsce.

Przemysł turystyczny w świecie to istna żyła złota. Wśród, nie tylko europejskich państw, ale także rozwijających się krajów Azji, Afryki, trwa istny wyścig o stworzenie takiej bazy, która mogłaby zadowolić z jednej strony przeciętnie zarabiającego turystę, a z drugiej zaspokoić najbardziej wybredne gusty.

W Polsce przemysł ten już dzisiaj stanowi jedną z najbardziej dochodowych gałęzi gospodarki, chociaż jest dopiero w początkowej fazie rozwoju. Kraj nasz, czego sobie nie uświadamiamy, dysponuje ogromnymi możliwościami rozwoju turystyki. Jego potencjał, czyli możliwości rozwoju, sklasyfikowany został na 8. miejscu wśród 200 państw świata. Jeżeli ktoś zwiedził kawałek świata wcale się temu dziwić nie musi. Umiarkowany klimat, góry, morze, jeziora, potężne enklawy bujnej zieleni ze stanowiącymi naszą dumę puszczami, to jest to, czego nam zazdrości wiele krajów świata. Wśród nich pustynne ludy Azji, czy Afryki.

Po godzinnej wymianie poglądów na ten temat, dziennikarze przeszli do sąsiednich pomieszczeń, gdzie w niezwykle kameralnej atmosferze, spotkali się z Premierem.

Premier Donald Tusk w kilku zdaniach wyraził zadowolenie z możliwości spotkania się z dziennikarzami piszącymi głównie w czasopismach regionalnych i lokalnych, uznając je za osnowę demokracji. Wolność, samodzielność, autonomia wspólnot kulturowych, etnicznych, jak mówił, jest formą, która z punktu widzenia społeczeństwa, państwa, jest najważniejsza.

Bez wolnych, niezależnych, także finansowo, mediów lokalnych i regionalnych, nie można mówić o dobrym funkcjonowaniu demokratycznego społeczeństwa.

Wypowiedź tą dziennikarze przyjęli rzęsistymi brawami.

Powołując się na własne doświadczenie stwierdził, że wie, iż tej autonomii i niezależności bronić trzeba nieraz w podwójnym wymiarze, jako że:

- misją tego rodzaju pism jest promocja i obrona niezależności i autonomii wspólnot mniejszych niż ogólnonarodowa. Często obrona samodzielności tych wspólnot przed zakusami władzy centralnej,

- dziennikarze równocześnie bronić muszą statusu własnej niezależności. Dziennikarzowi będącemu blisko ludzi, blisko lokalnych problemów, niełatwo jest zachować własną niezależność. Własne zdanie.

Podkreślił, że docenia siłę oddziaływania mediów lokalnych, które miał okazję sam w swoim życiu współtworzyć. Stąd liczy na to środowisko w przywracaniu właściwej rangi i pozycji demokracji lokalnej, wspólnotom lokalnym, a więc dziełu, które postawił także przed sobą, przed własnym rządem. Zaznaczył, że nie liczy na pomoc dla rządu, ale na to, abyśmy wspólnie, rząd i media, pomagali Polakom w uzyskaniu pełnego wymiaru wolności, autonomii i samodzielności wobec władz, wobec administracji.

Premier zastrzegł się, że nie przewiduje żadnej konferencji prasowej, żadnych pytań i odpowiedzi, toteż dalsze spotkanie było serią wręcz indywidualnych rozmów, którym - otoczony gęstym wianuszkiem dziennikarek i dziennikarzy - poświęcił ponad godzinę.

Dziękując Premierowi za przybycie i wystąpienie, prezes Stowarzyszenia Marek Traczyk powiedział: My, dziennikarze, trzymamy kciuki za sukces polskiego rządu tak w skali krajowej, jak i międzynarodowej, gdyż sukces ten będzie sukcesem każdego z nas. Dodał również, aby ta wznosząca się krajowa fala żądań, protestów, strajków, przerodziła się w ogólnonarodowe ruszenie, dobrej, rzetelnej rozmowy i szybkiego rozwoju gospodarczego.

Kiedy już po spotkaniu rozmawiałem z kolegą Traczykiem, stwierdził, że było to spotkanie zaskakująco dobre. Premier był bardzo bezpośredni, odpowiadał na każde zadane pytanie. Wyraził także zadowolenie z faktu, że docenione zostało lokalne środowisko dziennikarskie, które jest bardzo ważnym, wpływowym ośrodkiem oddziaływania na społeczeństwo, także w wymiarze kulturotwórczym. Ośrodkiem, który ma wiele do powiedzenia. Zaapelował także, aby media lokalne czuły się ważnymi nośnikami polskości.

Pozwoliłem sobie również zapytać rzecznika prasowego rządu, panią minister Agnieszkę Liszkę, o odczucia z tego spotkania. Minister A. Liszka, podobnie jak M. Traczyk, była bardzo zadowolona z jego przebiegu. Jej zdaniem, takie spotkania, w których Premier ma możliwość rozmowy bezpośredniej są bardzo ważne. To spotkanie było tym ważniejsze, że brali w nim udział dziennikarze prasy lokalnej i regionalnej.

Zadowolenie z tego spotkania wynieśliśmy chyba wszyscy, chociaż osobiście odczuwałem pewien niedosyt. Sądziłem, że Premier zechce wykorzystać to spotkanie, aby przekazać nam dziennikarzom, mającym bezpośredni kontakt z ludźmi tam, na dołach, a było nas na spotkaniu stu kilkudziesięciu, pewne zamierzenia i koncepcje dotyczące rozwiązywania najbardziej palących problemów przez rząd. Moglibyśmy tą wiedzę wykorzystać do przekazywania społeczeństwu, aby mogło ono śledzić i lepiej rozumieć poczynania rządu.

Piszący w prasie lokalnej to najczęściej ludzie ideowi, zaangażowani, niejednokrotnie dopłacający do swojego dziennikarskiego hobby i zależy im na tym, aby to co piszą służyło stwarzaniu dobrego, międzyludzkiego klimatu. Służyło społeczeństwu i krajowi. Posiadana przez nich wiedza być może byłaby pomocna w torowaniu drogi dla podejmowanych reform.

Nie wiem, dlaczego Premier tego nie zrobił.

Nie wierzę, aby takich przemyśleń i koncepcji nie posiadał.

Kiedy wróciłem do domu i zacząłem w telewizji oglądać program publicystyczny "24 godziny", mój niedosyt przerodził się w niepokój. Słuchałem niby "potyczki słownej" pomiędzy ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ćwiąkalskim, a byłym ministrem Zbigniewem Ziobrą i…"włosy stanęły mi dęba".

Niewątpliwie sprawa zniszczonych laptopów, nie tyle ze względu na koszty naprawy, co na wiadomości w nich zawarte, ma posmak kryminalny. Jednak "od czego ma kowal kleszcze". Przecież minister ma cały sztab ludzi. Dyrektor właściwego departamentu mógłby z powodzeniem toczyć szermierkę słowną. Oczywiście, jeżeli w ogóle istnieje taka potrzeba. Sądzę, że społeczeństwo ma dosyć sensacji i bardziej byłoby zadowolone, gdyby poinformowano go o finale sprawy w krótkim komunikacie.

A tak co? Znakomity uczony! Uniwersytecki profesor! Wybitny prawnik! Zniża się do komentowania sprawy zniszczonych laptopów, dając pole do "popisu" młodzieniaszkowi, któremu błyskotliwa kariera chyba przewróciła w głowie?

Czyżby minister nie miał innych, bardziej palących zajęć?

Czyżby wielu spraw w kraju nie trzeba było prostować? Naprawiać? Popychać do przodu?

Zrobiłem odskocznię w pozornie drobnej sprawie, ale jej przykład ma głębszą wymowę. Począwszy od 1980 roku następuje w naszym kraju systematyczne psucie państwa. Każda ekipa idzie do wyborów z pięknymi hasłami, a później /poza kilkoma nielicznymi wyjątkami/, zamiast podejmować konkretne działania, które skierowałyby ten kraj na drogę prawdziwej demokracji i rozwoju, pozwoliły ludziom na oddech, także w sprawach bytowych, wpada w magiel: "prania brudów", polemik, pomówień, wzajemnych oskarżeń.

Z przejęciem rządów przez ekipę D. Tuska, z jego exposé naród wciąż wiąże nadzieje. Dali temu wyraz dziennikarze na noworocznym spotkaniu i byłoby niedobrze, gdyby musieli znowu omnia dubiteare /wątpić we wszystko/.

Antoni Urbaniec

 

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.