Nad Sołą i Koszarawą - nr 3 (226) - 1 Luty  2008

  |poprzedni artykuł|  |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|

 
Prosto z mostu 

Wydawało się, że zmiana rządu po wyborach parlamentarnych przyniesie nareszcie oczekiwaną stabilizacje na polskiej scenie politycznej. Nowa koalicja okazała się w pierwszej fazie zbyt miękka w stosunku do agresywnej polityki partii opozycyjnych, a szczególnie Prawa i Sprawiedliwości.

Kłótnie o kształt i personalia w poszczególnych komisjach śledczych czy też brutalna walka z wszystkim, co nie jest po myśli tej partii, zepchnęła rząd do przysłowiowego narożnika na politycznym ringu.

Czas ucieka, a problemy podstawowe jak były, tak i są. Wojna o służbę zdrowia trwa, a obie strony są nadal okopane naprzeciw siebie. Trochę mści się na Platformie Obywatelskiej seria obietnic przedwyborczych, gdyż nośne w kampanii wyborczej hasła nie znajdują w rzeczywistości realnego pokrycia.

Brak konkretnego programu, programu długofalowego, stawia sprawę ludzi w białych kitlach na pozycji wojujących z rządem. Również wewnątrz samych pracowników służby zdrowia są dysonanse na zasadzie, kto urwie więcej sukna, choć kocyk i tak jest mały.

Brak ścisłej współpracy między pielęgniarkami a lekarzami w walce o podwyższenie zarobków jest aż nadto widoczny. A przecież lekarz bez pielęgniarki jest prawie niczym i odwrotnie też. Próby mediacji w formie posiedzenia Rady Gabinetowej spełzły na niczym, a zachowanie Prezydenta w świetle stenogramów z obrad Rady daje wiele do myślenia. Gdzie tu interes pacjenta, który traktowany jest jak śmieć przewożony z jednego szpitala do drugiego nieraz w skandalicznych warunkach. Niewiele to ma wspólnego z właściwie pojętym słowem - demokracja.

Jakby tego było mało do boju przystąpili nauczyciele, którzy zażądali podwyżek z góry zresztą w dzisiejszym stanie finansowym państwa jako nierealne.

Tutaj mści się polityka finansowa tzw. budżetówki, a przede wszystkim "kominy" we wszelkiego rodzaju samorządach, gdzie to się nie mieści w głowie, jakie wielkie pensje samorządy przyznają wójtom, burmistrzom, prezydentom czy starostom, a ci z kolei swoim urzędnikom i samorządowcom.

Rozwarte nożyce płacowe drażnią ludzi zatrudnionych w fabrykach prywatnych, gdzie nieraz wysokość wynagrodzenia pokrywa koszty dojazdu i wyżywienia. Dlatego nie ma się co dziwić nauczycielom, którzy sięgają do "miski" po podwyższone apanaże.

Również chaos płacowy w tym kraju stwarzają nie kto inny jak posłowie, którzy już nie bardzo wiedzą, na co mają przyznać sobie poprawę swoich apanaży. Czasem wstyd jest słuchać czy czytać jak to jeden z drugim poseł wiąże koniec końcem, sięgając po zapomogi i niskoprocentowe pożyczki, których po zakończeniu kadencji nie bardzo ma kto spłacać. A nie jest Wam przed Narodem wstyd?

Wielką hucpę zrobili sobie górnicy z "Budryka", którzy zastosowali szantaż w postaci strajku okupacyjnego na dole w kopalni. Tutaj rozwaga działaczy związkowych, oczywiście nie wszystkich, sięgnęła dna. Ciekaw jestem, gdyby któremuś ze strajkujących górników przydarzyło się nieszczęście, kto by za to ponosił odpowiedzialność. Na pewno dyrekcja.

Szczytem absurdu była "wycieczka" żon górników, które wyelegantowane zapragnęły się spotkać z nie byle kim, a samym wicepremierem Pawlakiem. Owszem, facet przystojny, choć to przecież mężatki, ale nie dał się nabrać na ich sztuczki i musiały jak niepyszne pojechać z powrotem do domeczku. Wprawdzie stare porzekadło mówi, że "gdzie diabeł nie może tam babę pośle". Tym razem porzekadło się nie spełniło, a pan premier Pawlak zyskał tylko punkty w moich oczach.

Jak z tego tekstu wynika, to poszczególne grupy społeczne jednocząc się, walczą o swoje. Za chwilę do boju pójdą policjanci, strażacy, zawodowi żołnierze, wreszcie pocztowcy i wiele innych grup społecznych.

Natomiast nikt nie chce stanąć nad liczebnie największą grupą społeczną, jaką jest grupa emerytów i rencistów licząca ponad cztery miliony ludzi. O tych ludziach kompletnie zapomniano, a co najważniejsze, ta grupa nie ma argumentów do szantażu, gdyż ich postulaty nikogo nie obchodzą.

Ludzie skrzywdzeni często przez los, niekiedy połowę renty czy emerytury przeznaczają na lekarstwa, bo ich brak w domu to często koniec ludzkiej egzystencji. Postępowanie z tą grupą społeczną jest conajmniej chamskie ze strony rządzących, którzy w kampaniach wyborczych obiecują im gruszki na wierzbie, by dzień po wyborach o nich zapomnieć.

Wielu z tych ludzi przepracowało w tym kraju w różnych, zakładach, w różnych warunkach, często w warunkach szkodliwych dla zdrowia po to, by po czterdziestu latach harówki dostać ochłap w postaci 500 czy 600 złotych.

Szumnie zapowiadana waloryzacja rent czy emerytur to 5,5% do renty i to jeszcze od marca, podczas gdy urzędowe podwyżki nośników energii drożeją po 12 do 14%. I wcale się nie dziwię, że znalazł się odważny mężczyzna, który zaskarżył polskie władze, że został przez nich oszukany.

Ciekaw jestem, jak by sobie poradził jeden z drugim poseł, gdyby jego dochody w miesiącu wynosiły te marne 600 złotych. Sądzę, że prasa, a szczególnie prasa centralna, ma wielkie pole do popisu, by walczyć o godziwe warunki życia do swoich ostatnich dni.

Ludzie ci często przymierają głodem, ale ich honor nie pozwoli na sięganie po darmową miskę czy miseczkę na żebranie. Za drzwiami ich domów rozgrywają się dramaty starszych, schorowanych ludzi, którzy często tylko raz dziennie jedzą posiłek. Byłem świadkiem jak starsza pani kupowała w sklepie mięsnym kaszankę
w ilości 15 dkg. A gdy sprzedawczyni odważyła jej o 3 dkg więcej, kazała tą nadwyżkę odkroić, gdyż miała ściśle wyliczoną gotówkę. Kiedy chcieliśmy jej te parę groszy dać, obruszona podniesionym głosem powiedziała, że ona nie jest dziadówką.

Tyle się mówi o rencistach i emerytach, ale nikt nie chce podjąć męskiej decyzji i zwolnić ich z podatku. Bo to aż wstyd, aby ktoś, kto ma wyliczoną wysokość brutto i to państwo, które przyznało mu to minimalne świadczenie, jeszcze zdziera z niego podatek.

Dlatego wszędzie gdzie to jest możliwe trzeba dopominać się o prawa do godziwego życia dla tej grupy społecznej.

Kazimierz Semik

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.