Prosto z mostu
Wydawało się, że zmiana
rządu po wyborach parlamentarnych przyniesie nareszcie
oczekiwaną stabilizacje na polskiej scenie politycznej. Nowa
koalicja okazała się w pierwszej fazie zbyt miękka w
stosunku do agresywnej polityki partii opozycyjnych, a szczególnie
Prawa i Sprawiedliwości.
Kłótnie o kształt i
personalia w poszczególnych komisjach śledczych czy też
brutalna walka z wszystkim, co nie jest po myśli tej partii,
zepchnęła rząd do przysłowiowego narożnika na politycznym
ringu.
Czas ucieka, a problemy
podstawowe jak były, tak i są. Wojna o służbę zdrowia
trwa, a obie strony są nadal okopane naprzeciw siebie. Trochę
mści się na Platformie Obywatelskiej seria obietnic
przedwyborczych, gdyż nośne w kampanii wyborczej hasła nie
znajdują w rzeczywistości realnego pokrycia.
Brak konkretnego programu,
programu długofalowego, stawia sprawę ludzi w białych
kitlach na pozycji wojujących z rządem. Również wewnątrz
samych pracowników służby zdrowia są dysonanse na
zasadzie, kto urwie więcej sukna, choć kocyk i tak jest mały.
Brak ścisłej współpracy
między pielęgniarkami a lekarzami w walce o podwyższenie
zarobków jest aż nadto widoczny. A przecież lekarz bez pielęgniarki
jest prawie niczym i odwrotnie też. Próby mediacji w formie
posiedzenia Rady Gabinetowej spełzły na niczym, a zachowanie
Prezydenta w świetle stenogramów z obrad Rady daje wiele do
myślenia. Gdzie tu interes pacjenta, który traktowany jest
jak śmieć przewożony z jednego szpitala do drugiego nieraz
w skandalicznych warunkach. Niewiele to ma wspólnego z właściwie
pojętym słowem - demokracja.
Jakby tego było mało do
boju przystąpili nauczyciele, którzy zażądali podwyżek z
góry zresztą w dzisiejszym stanie finansowym państwa jako
nierealne.
Tutaj mści się polityka
finansowa tzw. budżetówki, a przede wszystkim
"kominy" we wszelkiego rodzaju samorządach, gdzie
to się nie mieści w głowie, jakie wielkie pensje samorządy
przyznają wójtom, burmistrzom, prezydentom czy starostom, a
ci z kolei swoim urzędnikom i samorządowcom.
Rozwarte nożyce płacowe
drażnią ludzi zatrudnionych w fabrykach prywatnych, gdzie
nieraz wysokość wynagrodzenia pokrywa koszty dojazdu i wyżywienia.
Dlatego nie ma się co dziwić nauczycielom, którzy sięgają
do "miski" po podwyższone apanaże.
Również chaos płacowy w
tym kraju stwarzają nie kto inny jak posłowie, którzy już
nie bardzo wiedzą, na co mają przyznać sobie poprawę
swoich apanaży. Czasem wstyd jest słuchać czy czytać jak
to jeden z drugim poseł wiąże koniec końcem, sięgając po
zapomogi i niskoprocentowe pożyczki, których po zakończeniu
kadencji nie bardzo ma kto spłacać. A nie jest Wam przed
Narodem wstyd?
Wielką hucpę zrobili sobie
górnicy z "Budryka", którzy zastosowali szantaż w
postaci strajku okupacyjnego na dole w kopalni. Tutaj rozwaga
działaczy związkowych, oczywiście nie wszystkich, sięgnęła
dna. Ciekaw jestem, gdyby któremuś ze strajkujących górników
przydarzyło się nieszczęście, kto by za to ponosił
odpowiedzialność. Na pewno dyrekcja.
Szczytem absurdu była
"wycieczka" żon górników, które wyelegantowane
zapragnęły się spotkać z nie byle kim, a samym
wicepremierem Pawlakiem. Owszem, facet przystojny, choć to
przecież mężatki, ale nie dał się nabrać na ich sztuczki
i musiały jak niepyszne pojechać z powrotem do domeczku.
Wprawdzie stare porzekadło mówi, że "gdzie diabeł nie
może tam babę pośle". Tym razem porzekadło się nie
spełniło, a pan premier Pawlak zyskał tylko punkty w moich
oczach.
Jak z tego tekstu wynika, to
poszczególne grupy społeczne jednocząc się, walczą o
swoje. Za chwilę do boju pójdą policjanci, strażacy,
zawodowi żołnierze, wreszcie pocztowcy i wiele innych grup
społecznych.
Natomiast nikt nie chce stanąć
nad liczebnie największą grupą społeczną, jaką jest
grupa emerytów i rencistów licząca ponad cztery miliony
ludzi. O tych ludziach kompletnie zapomniano, a co najważniejsze,
ta grupa nie ma argumentów do szantażu, gdyż ich postulaty
nikogo nie obchodzą.
Ludzie skrzywdzeni często
przez los, niekiedy połowę renty czy emerytury przeznaczają
na lekarstwa, bo ich brak w domu to często koniec ludzkiej
egzystencji. Postępowanie z tą grupą społeczną jest
conajmniej chamskie ze strony rządzących, którzy w
kampaniach wyborczych obiecują im gruszki na wierzbie, by
dzień po wyborach o nich zapomnieć.
Wielu z tych ludzi
przepracowało w tym kraju w różnych, zakładach, w różnych
warunkach, często w warunkach szkodliwych dla zdrowia po to,
by po czterdziestu latach harówki dostać ochłap w postaci
500 czy 600 złotych.
Szumnie zapowiadana
waloryzacja rent czy emerytur to 5,5% do renty i to jeszcze od
marca, podczas gdy urzędowe podwyżki nośników energii drożeją
po 12 do 14%. I wcale się nie dziwię, że znalazł się odważny
mężczyzna, który zaskarżył polskie władze, że został
przez nich oszukany.
Ciekaw jestem, jak by sobie
poradził jeden z drugim poseł, gdyby jego dochody w miesiącu
wynosiły te marne 600 złotych. Sądzę, że prasa, a szczególnie
prasa centralna, ma wielkie pole do popisu, by walczyć o
godziwe warunki życia do swoich ostatnich dni.
Ludzie ci często przymierają
głodem, ale ich honor nie pozwoli na sięganie po darmową
miskę czy miseczkę na żebranie. Za drzwiami ich domów
rozgrywają się dramaty starszych, schorowanych ludzi, którzy
często tylko raz dziennie jedzą posiłek. Byłem świadkiem
jak starsza pani kupowała w sklepie mięsnym kaszankę
w ilości 15 dkg. A gdy sprzedawczyni odważyła jej o 3 dkg
więcej, kazała tą nadwyżkę odkroić, gdyż miała ściśle
wyliczoną gotówkę. Kiedy chcieliśmy jej te parę groszy dać,
obruszona podniesionym głosem powiedziała, że ona nie jest
dziadówką.
Tyle się mówi o rencistach
i emerytach, ale nikt nie chce podjąć męskiej decyzji i
zwolnić ich z podatku. Bo to aż wstyd, aby ktoś, kto ma
wyliczoną wysokość brutto i to państwo, które przyznało
mu to minimalne świadczenie, jeszcze zdziera z niego podatek.
Dlatego wszędzie gdzie to
jest możliwe trzeba dopominać się o prawa do godziwego życia
dla tej grupy społecznej.
Kazimierz Semik