Spójrzmy
wreszcie prawdzie w oczy
Obserwując to, co dziś
dzieje się w naszej Ojczyźnie, a szczególnie odczuwając
to na własnej skórze, trudno nie popaść w zniechęcenie.
A przyglądając się bliżej działalności i wypowiedziom
niektórych naszych polityków, można dostać białej gorączki,
bo zamiast odczuwać jakieś pozytywne zmiany, poprawę
sytuacji tak materialnej, jak kulturalnej i obyczajowej, grzęźniemy
coraz głębiej w to bagno kłótni, awantur, walk międzypartyjnych
i frakcyjnych, bez widoku na jakąkolwiek odmianę. Czyżby
ciążyła nad naszym Narodem jakaś klątwa skazująca nas
na przeżywanie coraz to nowych udręczeń, czy też my sami
zafundowaliśmy sobie tego rodzaju żywobycie? Skłonny
jestem przyznać, że to ten drugi wariant trzeba brać pod
rozwagę.
Obecna rzeczywistość społeczno-polityczna
w Polsce, wyrosła na bazie wielu publicznych wystąpień
protestacyjnych, by wreszcie wybuchnąć spontanicznym, ogólnonarodowym
zrywem wolnościowym w roku osiemdziesiątym, z taką swadą
przypominanym po dzień dzisiejszy. Rezultatem był Okrągły
Stół, pokojowe oddanie władzy przedstawicielom opozycji
demokratycznej, nowe wybory parlamentarne i utworzenie rządów
demokratycznych. Wszystko odbyło się bez specjalnych
zgrzytów, przy rozsądnym porozumieniu obojga stron.
Euforia radości nie miała granic. Po półwieczu niemal,
mamy rzeczywistą demokrację. Jak skorzystaliśmy z tych
przemian?
W kilka miesięcy po objęciu
stanowiska premiera, Tadeusz Mazowiecki przyznał z
rozbrajającą szczerością: "Nie byliśmy
przygotowani na taki wariant". Nowe władze, poza
kilkunastoma osobami, w pełni zasługującymi na objęcie
stanowisk rządowych, nie mogły zabezpieczyć odpowiedniej
ekipy, jaka byłaby w stanie spełniać stuprocentowe
kryteria wymogów. Nie było mowy o tym, by sięgać do
zasobów starych, PZPR-owskich wyjadaczy, poza samym
Jaruzelskim, który jednym głosem przewagi został wybrany
prezydentem na jeden rok. Znaleźli się więc w kręgach ówczesnej
władzy ludzie nieodpowiedni, cwaniacy, co przy masowym
poparciu ówczesnej "Solidarności" uniemożliwiało
rzeczywistą selekcję ludzi na określone stanowiska. Nim
okrzepła władza w Polsce, rodzime elementy ekstremalne,
przy poparciu zorganizowanych grup przestępczych z
zagranicy, tworzyły zalążki przyszłych grup mafijnych w
naszym kraju. Przecież już w połowie lat dziewięćdziesiątych nasza policja z uporem
twierdziła, że w Polsce mafia nie istnieje, podczas gdy
te, dawały już znać o sobie różnego rodzaju "występami".
Weryfikacja służb SB i milicji dopełniła reszty.
Dziś słyszy się bardzo
często, że to PRL zniszczyła Polskę. Tym, którzy tak
twierdzą chcę przypomnieć, że w ciągu czterdziestu pięciu
lat po wojnie, naród polski, liczący w 1945 roku 24
miliony mieszkańców, odbudował i budował nadal ten kraj,
zniszczony w prawie 60 procentach w wyniku działań wojennych i
ograbiony przez Rosjan na terenach Ziem Odzyskanych ze
wszystkiego, co tylko dało się zabrać. Zbudowano od
podstaw przemysł stoczniowy, rozwinięto produkcję w wielu
gałęziach przemysłu, niektóre praktycznie od nowa. Nie
była to produkcja na najwyższym poziomie. Brak było
nowoczesnej technologii, na jaką nie pozwalały ówczesne
uwarunkowania polityczne i co do tego jestem w zgodzie z
oponentami. Ale dewastując to, co istniało, zniszczono
dorobek dwóch pokoleń Polaków żyjących tutaj w kraju, a
nie wymądrzających się na obczyźnie. Nie można jednak
lekceważyć i negatywnych skutków polityki społeczno-gospodarczej
ówczesnych władz.
Początek kryzysu
gospodarczego, jaki zaznaczył się w Polsce od roku 1976,
był wynikiem zarówno niezbyt racjonalnego zarządzania państwem,
ale może w większym stopniu nadopiekuńczością tego państwa.
Emeryci i renciści mieli bezpłatne lekarstwa i
nieograniczony dostęp do służby zdrowia. Gierek zniósł
podatek od dochodów pracowniczych, lokatorzy mieszkań
komunalnych, których było wówczas ponad 60% ogółu
mieszkańców kraju, wnosili groszowe opłaty za mieszkania
do skarbu państwa. Ponadto nadmiernie rozwinięte
inwestycje, szczególnie w przemyśle ciężkim, powszechnie
panująca niegospodarność na tych budowach i wreszcie niefrasobliwość decydentów przy zakupach urządzeń
i wyposażenia dla budowanych zakładów, spowodowały zapaść
w finansach państwa. Do tego doszła konieczność spłat
zaciągniętych wcześniej kredytów, a także utrzymanie i
wyposażenie olbrzymiej, prawie półmilionowej armii Wojska
Polskiego, pochłaniającej niebagatelne wydatki. Na to nałożyły
się dodatkowo wydarzenia lat osiemdziesiątych, tak
brzemienne w skutkach dla naszej gospodarki.
Negatywnym efektem
przemian ustrojowych w Polsce stało się niemal całkowite
wyniszczenie państwowych gospodarstw rolnych, a także większości
zakładów przemysłowych i przetwórczych, na skutek
niezbyt przemyślanej ingerencji banku polskiego w finanse
tych zakładów, podnosząc stopy oprocentowania kredytów aż
o 140 procent w skali roku. To rozłożyło na łopatki,
jeszcze jako tako funkcjonujące zakłady.
Czy się to komu podoba,
czy nie, faktem bezspornym jest, że w znacznym stopniu do upadku gospodarki w Polsce przyczyniły
się półtoraroczne strajki w latach 1980-81. To one
spowodowały utratę rynków zbytu dla naszych towarów na
Zachodzie, szczególnie węgla, materiałów tekstylnych i
innych wyrobów, mających w tych krajach utrwaloną renomę.
Rozbudowane włókiennictwo bielskie, zambrowskie i częściowo
łódzkie, właśnie z tych względów zostało całkowicie unicestwione. Strajki
wymusiły wprawdzie na ówczesnych władzach ustępstwa i
przystąpienie do rozmów, stając się tym samym początkiem
przemian ustrojowych w całym sowieckim obozie, ale ich
ujemne konsekwencje ponosiliśmy my - Polacy.
Nowa ekipa rządząca w
Polsce, podlegająca przeróżnym naciskom lobbystów tak parlamentarnych, jak i spoza parlamentu, nie potrafiła się
uporać z wieloma problemami, wymagającymi natychmiastowej
interwencji rządu. Rozpoczęto kontrowersyjną prywatyzację
zakładów "za wszelką cenę", by ratować budżet
państwa, do którego nie dopływały środki finansowe ze
zdewastowanego przemysłu, a na dodatek udzielano
wieloletnich zwolnień podatkowych inwestorom zagranicznym,
czego nie mogli oczekiwać inwestorzy krajowi. Polikwidowano
wiele obowiązujących ustaw z poprzedniego okresu, z myślą
uchwalenia nowych, ograniczających ich dotychczasową ilość,
a w rezultacie doprowadzono przez ostatnie kilkanaście lat
do wielokrotnego ich zwiększenia. Wiele z tych ustaw okazało
się nietrafnych, a nawet szkodliwych dla gospodarki, jak na przykład ustawa
o ochronie zwierzyny łownej podczas, gdy nie zadbano
absolutnie o ochronę zasobów leśnych. Już na samym początku
władze zadbały o należyte apanaże dla ekip rządzących
i parlamentarzystów, pozostawiając resztę społeczeństwa
samym sobie, szczególnie pracowników dawnych PGR-ów, którzy
pozostali wręcz bez środków do życia. Dziś te
zaniedbania owocują żądaniami podwyżek płac niemal we
wszystkich sferach gospodarczych, a szczególnie budżetowych, które obecnie rujnują Polskę
po raz trzeci, w przeciągu niespełna jednego wieku.
Naganne ustalenie
horrendalnych wynagrodzeń dla zarządów i rad nadzorczych w spółkach Skarbu Państwa, a także
wysokich odszkodowań dla tych osób w przypadku odejścia
ze stanowiska, budzą od dawna sprzeciw społeczny, a zostały
ponoć ustalone po to, by fachowcy nie odchodzili do sektora
prywatnego, jakoś nikogo nie przekonuje. Teraz znowu
zafundowanie Tomaszowi Lisowi miesięcznej pensji w wysokości
stu tysięcy złotych przez TVP, przy równoczesnym
upominaniu się o opłaty abonamentowe, jest wręcz
bezczelnością.
Z grubsza rzecz biorąc,
nawet nie można się dziwić żądaniom lekarzy, jeśli
nasi estradowcy za swój występ żądają 60 tysięcy złotych,
a ponoć Doda, nawet 120 tysięcy. Do czegośmy doszli?
Można by tu przytaczać
wiele innych przykładów świadczących o niedojrzałości,
a wręcz szkodnictwie społecznym w działalności
wszystkich dotychczasowych ekip rządzących, niezależnie
od ich zapatrywań politycznych.
Bazując na tych właśnie
negatywnych przesłankach, posługując się populistycznymi
hasłami i przy bezkrytycznym poparciu
"radiomaryjnych" zwolenników, PiS wysforował się
na czoło wszystkich elit politycznych, zajmując dwa najważniejsze
stanowiska w państwie. Stwarzając miraże walki z
patologiami i korupcją, otworzył nowy rozdział w historii
Polski, powołując pokraczny twór pod nazwą IV RP, a w
rezultacie przy pomocy podporządkowanych sobie służb
specjalnych wszczął bezpardonową walkę z opozycją, a w
szczególności z SLD, którą bez ogródek, nie kryjąc się
z tym, zamierzał całkowicie wyeliminować z życia
politycznego kraju.
Jest faktem
niezaprzeczalnym, że SLD na własne życzenie została
zepchnięta na margines i niełatwo jej będzie odbudować
znaczenie w polityce, jeśli postępować będzie tak, jak
dotychczas. Rej wodzą więc partie prawicowe, kłócąc się
między sobą i nie widać nadziei, by w najbliższej przyszłości
mogło się coś w tym układzie zmienić. Były prezydent
Kwaśniewski oddał lewicy niedźwiedzią przysługę swoim
niewczesnym zachowaniem i kłamstwami o filipińskiej
chorobie.
Teraz dla odmiany
zafundowano nam liczne przepychanki pomiędzy rządem a
prezydentem, nie wróżące nic dobrego dla dalszej współpracy
tych dwóch ośrodków władzy w Polsce. Moim zdaniem, jedna
i druga strona powinna sobie wziąć na wstrzymanie, nie
udowadniać kto jest czemu winien, ale skonsolidować wysiłki
nad pokonywaniem narosłych problemów, których winowajcami
są także koledzy dzisiaj rządzących.
Bronisław Sroka