Angielska tęskota
za góralskimi świętami
Minione Święta Bożego
Narodzenia były dla mnie już trzecimi spędzonymi w Anglii.
I chociaż przygotowywałam je długo i starannie, to jednak
czegoś w nich brakowało.
Anglicy zaczynają myśleć
o świętach zaraz po letnim urlopie. Wtedy pojawiają się
pierwsze katalogi oferujące przeróżne akcesoria świąteczne.
Sklepy już od września kuszą atrakcyjnymi cenami prezentów
dla pań, panów, dzieci. Krótka przerwa w bożonarodzeniowych
zakupach następuje tylko pod koniec października, przed Świętem
Duchów - Halloween. Zaraz potem zaczyna się strojenie sklepów
i ulic choinkami i przeróżnymi instalacjami świetlnymi, na
które ani firmy prywatne, ani instytucje państwowe, ani sami
obywatele pieniędzy nie żałują.
Moi sąsiedzi zaraz na początku
grudnia udekorowali swoje domy błyskającymi Mikołajami,
dzwoneczkami, bałwankami, itp. U większości polegało to
tylko na pokryciu jak największej powierzchni ścian zewnętrznych
domu świątecznymi dekoracjami. W rezultacie: ani to ładne,
ani przemyślane, ani ciekawe. A najgorsze jest to, że
dekoracje te znikają zaraz po Nowym Roku.
Zakupy też Anglicy lubią
robić z dużym wyprzedzeniem. Już w połowie grudnia słyszałam
często pytanie, czy mam już wszystko gotowe na święta, bo
tak właśnie robią rodowici mieszkańcy wyspy.
Nikt tu (albo prawie nikt)
nie "bawi się" w świąteczne porządki, w wypieki
i przygotowywanie kilkunastu potraw. Anglicy, a zwłaszcza
Angielki, idą na łatwiznę: kupują gotowe produkty. Nie
pieką na co dzień, zwykle również nie gotują (po prostu
zamawiają jedzenie z restauracji, pizzerii do domu lub kupują
gotowe zestawy mrożonek), więc nie mają żadnej wprawy w
kuchennych zajęciach. A przede wszystkim nie mają ochoty i
potrzeby się tak wysilać. Moi najbliżsi sąsiedzi (dwie
rdzenne angielskie rodziny) osłupieli wręcz, gdy przed
samymi świętami poszłam do nich złożyć życzenia i oprócz
świątecznej kartki z wypisany życzeniami od naszej rodziny
(po polsku i po angielsku), wręczyłam im po małej babce
piaskowej. Byli zupełnie zaskoczeni takim gestem. A jeszcze
bardziej, gdy powiedziałam, że to sama upiekłam.
Moje przygotowania do świąt
były jak najbardziej polskie. Wszystko po kolei i w stosownym
czasie. No, może tylko z choinką się pospieszyliśmy i
ubraliśmy ją już 23 grudnia, a nie - jak w moim rodzinnym
domu - dopiero w Wigilię. No i może za dużo pracy przypadło
na niedzielny wieczór i wigilijne przedpołudnie, ale chciałam
- podobnie jak moja mama - żeby wszystko było na Wigilię świeże.
Muszę się przyznać, że
pomimo góralskich korzeni, nie jestem wierna tradycji w
zakresie potraw wigilijnych. Żywieckie zupy wigilijne nigdy
mi nie smakowały. Owszem, zawsze zjadałam po łyżce
grochowej, fasolowej, kapuśniaku, czy zupy z suszu owocowego
(wszystkie jarskie), ale tak naprawdę dopiero karpiem i
makowcem się najadałam. Kuchnia wigilijna męża bardziej mi
przypadła do gustu: barszcz, pierogi z kapustą i grzybami
(odsmażane na oleju). Śledzie w różnych postaciach mogłyby
dla mnie nie istnieć, ale rybka smażona, zwłaszcza w
wykonaniu męża...? Palce lizać!
Tu, w Anglii, nie mieliśmy
prawie żadnych kłopotów z zakupem polskich specjałów i
produktów do prawdziwie polskiej Wigilii i świąt. W sklepie
w Newcastle można kupić wszystko: polskie wędliny,
alkohole, soki, słodycze, nawet polski chleb, mleko, masło,
musztardę (sarepską i miodową z najlepszej polskiej wytwórni)
i biały ser, którego w angielskich sklepach nigdy jeszcze
nie spotkałam. Niedostępny w Anglii korzeń pietruszki (na
sałatkę jarzynową) przywiozłam z Polski jeszcze w lecie i
zamroziłam. O grzyby suszone też zadbałam jeszcze w Polsce.
A opłatki przysłali pamiętający rodzice.
Jedyne rozczarowanie, jeśli
chodzi o zakupy, to był brak świeżego karpia i śledzia. O
karpia w Anglii naprawdę trudno, a na śledzie - jak się
dowiedziałam w specjalistycznym sklepie rybnym w porcie
Tynemouth - nie ma teraz sezonu. W rezultacie podałam
rolmopsy ze słoika i gotowe śledzie w sosie śmietanowym. A
zamiast karpia był mój ulubiony dorsz i nowość - ryba o
nic nie mówiącej mi nazwie: łupacz.
Do wigilijnego stołu w
naszym angielskim domu zasiedliśmy jeszcze z dwiema polskimi
rodzinami. Nie czekaliśmy na pierwszą gwiazdkę na niebie,
bo przy angielskiej pogodzie nigdy nie wypatrzylibyśmy jej
przez chmury. Przy ogniu z kominka, świecach i polskich kolędach,
odtwarzanych z płyt od razu zrobiło się nam uroczyście i
rodzinnie zarazem. Jako gospodyni odnotowałam spory sukces,
bo wszystkie potrawy bardzo smakowały. Sernik, strucla z
makiem i szarlotka były - nieskromnie mówiąc - mistrzostwem
świata (albo przynajmniej Anglii). Prezenty wspaniałe i
bogate również cieszyły, zwłaszcza dwójkę dzieci. O północy
próbowaliśmy posłuchać, co powie nam jedyne obecne w domu
zwierzę - pies znajomych, ale niestety, Kukuś nie przemówił
ludzkim głosem.
I wszystko było niby pięknie
i wspaniale, ale jednak nie tak, jak w domu babci i dziadka w
Czernichowie. Osobiście brakowało mi kolędowania. Gdy po
prezentach nadszedł czas na wspólne śpiewanie kolęd, moi
goście się wykręcili. Zachęcałam ich grając na
keybordzie polskie, dobrze znane kolędy, ale, niestety, nie
podchwycili pomysłu. Cóż, pochodzący z centrum Polski, nie
znają naszych dobrych żywieckich obyczajów. W końcu, gdy
rozmowy całkiem już zagłuszyły dźwięki długo ćwiczonych
przeze mnie kolęd, wyniosłam keybord do sypialni ze smutkiem
w oczach i w sercu.
Po północy zatęskniłam
też za Pasterką. Taką, jaka pamiętałam z kościołów w
Międzybrodziu Żywieckim i Czernichowie. Uśmiechnęłam się
do siebie w myślach na wspomnienie orkiestry Ochotniczej Straży
Pożarnej oraz odoru trawionego alkoholu, jaki unosił się
zawsze na chórze.
I zrobiło mi się żal, że nie słyszę góralskiego
śpiewu - pięknego, donośnego, z głębi serca. Że nie
zobaczę kolędników z gwiazdą i innych przebierańców. Żal,
że nie mogę się włączyć w ten zbiorowy, rodzinny śpiew
i dodać swój sopran do głosów mamy i siostry. Że nie słyszę
basu mojego taty…