Nad Sołą i Koszarawą - nr 3 (226) - 1 Luty  2008

  |poprzedni artykuł|  |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|

 

 Angielska tęskota za góralskimi świętami

 

Minione Święta Bożego Narodzenia były dla mnie już trzecimi spędzonymi w Anglii. I chociaż przygotowywałam je długo i starannie, to jednak czegoś w nich brakowało.

Anglicy zaczynają myśleć o świętach zaraz po letnim urlopie. Wtedy pojawiają się pierwsze katalogi oferujące przeróżne akcesoria świąteczne. Sklepy już od września kuszą atrakcyjnymi cenami prezentów dla pań, panów, dzieci. Krótka przerwa w bożonarodzeniowych zakupach następuje tylko pod koniec października, przed Świętem Duchów - Halloween. Zaraz potem zaczyna się strojenie sklepów i ulic choinkami i przeróżnymi instalacjami świetlnymi, na które ani firmy prywatne, ani instytucje państwowe, ani sami obywatele pieniędzy nie żałują.

Moi sąsiedzi zaraz na początku grudnia udekorowali swoje domy błyskającymi Mikołajami, dzwoneczkami, bałwankami, itp. U większości polegało to tylko na pokryciu jak największej powierzchni ścian zewnętrznych domu świątecznymi dekoracjami. W rezultacie: ani to ładne, ani przemyślane, ani ciekawe. A najgorsze jest to, że dekoracje te znikają zaraz po Nowym Roku.

Zakupy też Anglicy lubią robić z dużym wyprzedzeniem. Już w połowie grudnia słyszałam często pytanie, czy mam już wszystko gotowe na święta, bo tak właśnie robią rodowici mieszkańcy wyspy.

Nikt tu (albo prawie nikt) nie "bawi się" w świąteczne porządki, w wypieki i przygotowywanie kilkunastu potraw. Anglicy, a zwłaszcza Angielki, idą na łatwiznę: kupują gotowe produkty. Nie pieką na co dzień, zwykle również nie gotują (po prostu zamawiają jedzenie z restauracji, pizzerii do domu lub kupują gotowe zestawy mrożonek), więc nie mają żadnej wprawy w kuchennych zajęciach. A przede wszystkim nie mają ochoty i potrzeby się tak wysilać. Moi najbliżsi sąsiedzi (dwie rdzenne angielskie rodziny) osłupieli wręcz, gdy przed samymi świętami poszłam do nich złożyć życzenia i oprócz świątecznej kartki z wypisany życzeniami od naszej rodziny (po polsku i po angielsku), wręczyłam im po małej babce piaskowej. Byli zupełnie zaskoczeni takim gestem. A jeszcze bardziej, gdy powiedziałam, że to sama upiekłam.

Moje przygotowania do świąt były jak najbardziej polskie. Wszystko po kolei i w stosownym czasie. No, może tylko z choinką się pospieszyliśmy i ubraliśmy ją już 23 grudnia, a nie - jak w moim rodzinnym domu - dopiero w Wigilię. No i może za dużo pracy przypadło na niedzielny wieczór i wigilijne przedpołudnie, ale chciałam - podobnie jak moja mama - żeby wszystko było na Wigilię świeże.

Muszę się przyznać, że pomimo góralskich korzeni, nie jestem wierna tradycji w zakresie potraw wigilijnych. Żywieckie zupy wigilijne nigdy mi nie smakowały. Owszem, zawsze zjadałam po łyżce grochowej, fasolowej, kapuśniaku, czy zupy z suszu owocowego (wszystkie jarskie), ale tak naprawdę dopiero karpiem i makowcem się najadałam. Kuchnia wigilijna męża bardziej mi przypadła do gustu: barszcz, pierogi z kapustą i grzybami (odsmażane na oleju). Śledzie w różnych postaciach mogłyby dla mnie nie istnieć, ale rybka smażona, zwłaszcza w wykonaniu męża...? Palce lizać!

Tu, w Anglii, nie mieliśmy prawie żadnych kłopotów z zakupem polskich specjałów i produktów do prawdziwie polskiej Wigilii i świąt. W sklepie w Newcastle można kupić wszystko: polskie wędliny, alkohole, soki, słodycze, nawet polski chleb, mleko, masło, musztardę (sarepską i miodową z najlepszej polskiej wytwórni) i biały ser, którego w angielskich sklepach nigdy jeszcze nie spotkałam. Niedostępny w Anglii korzeń pietruszki (na sałatkę jarzynową) przywiozłam z Polski jeszcze w lecie i zamroziłam. O grzyby suszone też zadbałam jeszcze w Polsce. A opłatki przysłali pamiętający rodzice.

Jedyne rozczarowanie, jeśli chodzi o zakupy, to był brak świeżego karpia i śledzia. O karpia w Anglii naprawdę trudno, a na śledzie - jak się dowiedziałam w specjalistycznym sklepie rybnym w porcie Tynemouth - nie ma teraz sezonu. W rezultacie podałam rolmopsy ze słoika i gotowe śledzie w sosie śmietanowym. A zamiast karpia był mój ulubiony dorsz i nowość - ryba o nic nie mówiącej mi nazwie: łupacz.

Do wigilijnego stołu w naszym angielskim domu zasiedliśmy jeszcze z dwiema polskimi rodzinami. Nie czekaliśmy na pierwszą gwiazdkę na niebie, bo przy angielskiej pogodzie nigdy nie wypatrzylibyśmy jej przez chmury. Przy ogniu z kominka, świecach i polskich kolędach, odtwarzanych z płyt od razu zrobiło się nam uroczyście i rodzinnie zarazem. Jako gospodyni odnotowałam spory sukces, bo wszystkie potrawy bardzo smakowały. Sernik, strucla z makiem i szarlotka były - nieskromnie mówiąc - mistrzostwem świata (albo przynajmniej Anglii). Prezenty wspaniałe i bogate również cieszyły, zwłaszcza dwójkę dzieci. O północy próbowaliśmy posłuchać, co powie nam jedyne obecne w domu zwierzę - pies znajomych, ale niestety, Kukuś nie przemówił ludzkim głosem.

I wszystko było niby pięknie i wspaniale, ale jednak nie tak, jak w domu babci i dziadka w Czernichowie. Osobiście brakowało mi kolędowania. Gdy po prezentach nadszedł czas na wspólne śpiewanie kolęd, moi goście się wykręcili. Zachęcałam ich grając na keybordzie polskie, dobrze znane kolędy, ale, niestety, nie podchwycili pomysłu. Cóż, pochodzący z centrum Polski, nie znają naszych dobrych żywieckich obyczajów. W końcu, gdy rozmowy całkiem już zagłuszyły dźwięki długo ćwiczonych przeze mnie kolęd, wyniosłam keybord do sypialni ze smutkiem w oczach i w sercu.

Po północy zatęskniłam też za Pasterką. Taką, jaka pamiętałam z kościołów w Międzybrodziu Żywieckim i Czernichowie. Uśmiechnęłam się do siebie w myślach na wspomnienie orkiestry Ochotniczej Straży Pożarnej oraz odoru trawionego alkoholu, jaki unosił się zawsze na chórze.

I zrobiło mi się żal, że nie słyszę góralskiego śpiewu - pięknego, donośnego, z głębi serca. Że nie zobaczę kolędników z gwiazdą i innych przebierańców. Żal, że nie mogę się włączyć w ten zbiorowy, rodzinny śpiew i dodać swój sopran do głosów mamy i siostry. Że nie słyszę basu mojego taty…

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.