Nad Sołą i Koszarawą - nr 3 (226) - 1 Luty  2008

  |poprzedni artykuł|  |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|

 
Marzenia o Polsce c.d.

Oto dalszy ciąg jego wspomnień.

Gdy byłem w siódmej klasie, przypadkowo otarłem się o politykę. Wraz z kilkoma najlepszymi uczniami otrzymaliśmy propozycję wstąpienia do Komsomołu. Jedyny z grupy odmówiłem tego zaszczytu oświadczając, że: "jestem Polakiem i staram się o wyjazd na stałe do Polski, a władze nie wydają zgody na wyjazd tym, którzy należą do KPZR i Komsomołu". Latem 1956 roku, po zakończeniu nauki w szkole podstawowej, podjąłem pracę w koweńskiej fabryce żelbetonu jako robotnik niewykwalifikowany. W fabryce wszyscy nie wiadomo dlaczego rozmawiali po rosyjsku. Wieczorami chodziłem do ósmej klasy szkoły dla pracujących, gdzie byłem najmłodszym uczniem.

Ciocia Wera od dawna starała się o zgodę władz na nasz wyjazd do Polski, ponawiając prośby bodaj czterokrotnie. Moją tęsknotę za Polską spotęgowały obrazy z Festiwalu Młodzieży i Studentów w Warszawie w 1955 roku, co pokazywano w naszych kinach. Piękne miasto, weseli ludzie, śpiewająca i tańcząca młodzież jawili się jak inny świat. Tam radość i szczęście, tu niedostatek i strach przed wybrykami rosyjskich żołnierzy stacjonujących w mieście. Jeszcze większy strach ogarniał wszystkich przed wywiezieniem na Sybir. Już pod koniec lat czterdziestych w okolicach naszego domu parkowano kilkanaście ciężarówek. Wyjeżdżały gdzieś wieczorem, a wracały rankiem. Niedługo zauważyliśmy, że znikają nam sąsiedzi Litwini wywożeni przez Rosjan. Tym więcej, my Polacy, obawialiśmy się takiego losu i nawet ciocia spakowała niezbędne rzeczy nasłuchując nocami, czy po nas nie przyjadą.

Dopiero po wielu latach dowiedziałem się, że wg danych radzieckich władz bezpieczeństwa w latach 1945-1952 wywieziono z Litwy na Syberię 108.562 osoby (29.923 rodziny), a już w czerwcu 1941 roku wywieziono 12.362 osoby (7.439 rodzin) w tym też wielu Polaków, a wśród nich rodzinę z młodym Wojciechem Jaruzelskim. W nocy z 31 marca na 1 kwietnia 1951 roku wywieziono w rejon Irkucka 283 osoby tj. 80 rodzin żołnierzy gen. Andersa.

Po "polskim październiku" i wizycie Władysława Gomułki w Moskwie, początkiem grudnia 1956 roku otrzymaliśmy urzędowe zawiadomienie, że możemy wyjechać do Polski. Na wyjazd dano nam termin dwu tygodni i wyznaczono Lwów jako punkt zborny dla przekraczających granicę radziecko-polską. Gdzie zdobyć pieniądze na tak odległą podróż? Dobrzy ludzie pomogli. Nasz bagaż to była tylko pierzyna i maszyna do szycia, nieco pamiątek rodzinnych i ubrania. Rankiem 24 grudnia byliśmy we Lwowie, a wieczorem, wraz z wieloma repatriantami wyjechaliśmy polskim pociągiem PKP do Medyki, a następnie do Przemyśla. Tam nas zakwaterowano, a nazajutrz przygotowano dla repatriantów wieczór wigilijny. Kolacja, opłatek, życzenia i radość z bycia w Polsce, wśród radosnych i życzliwych ludzi. Radość, że jestem wśród polskich, a nie rosyjskich żołnierzy, rozpierała moje serce. Doczekaliśmy się ukochanej Ojczyzny. Po latach wielokrotnie powtarzałem, że Gomułce zawdzięczam swój powrót do Polski.

W Przemyślu repatrianci otrzymali po 1000 złotych na osobę i bilety do wybranej miejscowości. Pojechaliśmy do Warszawy, gdzie czekała ciocia Hela wraz z wujkiem, oboje uczestnicy Powstania Warszawskiego. Mieszkaliśmy przy ul. Górczewskiej w ich skromnym mieszkaniu. Wujek dopilnował, abym szybko pozbył się "śpiewającego" akcentu i nauczył się wymawiać "ć", "ś" i "ź". Po feriach zimowych, od 7 stycznia 1957 roku stałem się uczniem ósmej klasy polskiej szkoły tj. Liceum nr 3 na warszawskiej Woli.

Szybko zaprzyjaźniłem się z kilkoma kolegami, z którymi zacząłem poznawać Warszawę w czasie niedzielnych wycieczek. Fascynowało mnie miasto, nie tylko jako stolica, ale miejsce wielu wydarzeń, które poznałem z literatury czytanej jeszcze w Kownie. Miałem trudności z gramatyką, ale dość szybko się z nią uporałem, natomiast nie przepadałem za przedmiotami ścisłymi. Uwielbiałem wycieczki do historycznych miast. Poznałem Malbork i Gdańsk wraz z ich bogatą historią, jednak największe wrażenie zrobiła na mnie wycieczka do Oświęcimia. Pierwsze wakacje w Polsce spędziłem u starszej siostry Miśki we Wrocławiu, zniszczonym długotrwałymi walkami i długo nie odbudowywanym. Dzisiejszy Plac Grunwaldzki był wówczas stertą gruzów z dwoma prostopadłymi arteriami. Siostra z mężem i dwoma synami mieszkali w jednym pokoju wielkości sali szkolnej, przedzielonego kredensem i szafą na pokój i kuchnię.

W czasie nauki w liceum, poprzez lekcje przysposobienia wojskowego (PW), nabierałem przekonania do bycia żołnierzem, a najlepiej pilotem wojskowym. Zgłosiłem się na wakacyjny obóz PW organizowany dla warszawiaków we Włocławku. Byłem też aktywnym członkiem Związku Harcerstwa Polskiego i uczestnikiem obozu w Gietrzwałdzie na Mazurach. Jednak najbardziej fascynowało mnie lotnictwo. Dokształcałem się czytając "Skrzydlatą Polskę", później z podręcznika Nauka pilotażu szybowcowego i pomyślnie zdałem egzamin, a po badaniach lekarskich zostałem zakwalifikowany na szkolenie szybowcowe. Naukę latania rozpocząłem w lipcu 1959 roku na lotnisku aeroklubowym Sokołówek niedaleko Ciechanowa. Rozpoczynaliśmy naukę na dwumiejscowym szybowcu "Czapla" uzyskując tytuł pilota szybowcowego III klasy. Szkoliłem się też w Lęborku na szybowcach "Sroka" i "Mucha 100A", holowanych przez samolot. Po egzaminie maturalnym starałem się o przyjęcie do Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie. Lecz niestety, z powodu nierównomiernej ostrości oczu nie mogłem być przyjęty do nauki pilotażu wojskowego. Za to bez przeszkód, po zdaniu egzaminu zostałem przyjęty do Technicznej Oficerskiej Szkoły Wojsk Lotniczych w Oleśnicy Śląskiej. W okresie od października 1960 roku do końca sierpnia 1963 roku szkoliłem się w specjalności związanej z obsługą (eksploatacja) silników i samolotów odrzutowych Lim-5 (odpowiednik MiG 17). Po egzaminach i promocji oficerskiej, jako podporucznik i technik zostałem skierowany do Centrum Szkolenia Lotniczego w Modlinie, na stanowisko dowódcy klucza technicznego, najpierw samolotów Lim-5, a po przeszkoleniu nowych MiG-21. W roku 1969 rozpocząłem zaoczne studia prawnicze w Toruniu, kończąc prawo międzynarodowe na Uniwersytecie Gdańskim w 1974 roku. Dalszą służbę wojskową pełniłem w Warszawie.

W końcu lat osiemdziesiątych z uwagą śledziłem wydarzenia na Litwie i narodziny Sajudisu, który stał się tam motorem przemian politycznych i suwerenności Litwy. 5 września 1991 roku Polska nawiązała oficjalne stosunki dyplomatyczne z Litwą. Były to dla mnie radosne wieści. Miałem nadzieję odwiedzić groby moich rodziców i krewnych w Lidzie i Kownie. Interesowały mnie problemy mniejszości polskiej szczególnie w Solecznikach i Wilnie, a także dyplomacja i starania władz Polski w tym zakresie. Miałem dużą wiedzę na ten temat.

O nominacji na stanowisko pierwszego po wojnie polskiego attaché wojskowego na Litwie dowiedziałem się 25 czerwca 1992 roku. Formalności i przygotowania do wyjazdu trwały do 15 maja 1993 roku. Wyjazd poprzedzony został licznymi wizytami w ministerstwach, a także rekonesansem u polskiego ambasadora w Wilnie, Jana Widackiego. Byłem trzecim attaché rezydującym stale w Wilnie. Poza obowiązkami służbowymi utrzymywałem stałe kontakty z tamtejszymi Polakami. Były to: spotkania z kombatantami AK w Wilnie i Miednikach, uroczystości na cmentarzu na Rossie w dniach Wojska Polskiego, wiele spotkań w związku z 100. rocznicą urodzin Franciszka Żwirki i poświęconych Marszałkowi Józefowi Piłsudskiemu. Uczestniczyłem w wizytach polskich dyplomatów, w tym dwóch prezydentów RP na Litwie. Byłem częstym gościem "Radia znad Wilii", udzielając informacji o wojsku i wojskowych kontaktach dwustronnych. Byłem też mianowany dziekanem Attache` Wojskowych w Wilnie.

Dużo czasu poświęcałem trudnym problemom polsko-litewskim z czasów obu wojen światowych i istniejącym stosunkom do działających na tym terenie oddziałów AK. Problem ten wymaga obszernego opisu. Jestem przekonany, że godnie reprezentowałem tam swoją Ojczyznę i Wojsko Polskie. Do Polski wróciłem 4 października 1996 roku, wspominając powrót z roku 1956. Jakże inne były wtedy Litwa, gdzie się urodziłem i Polska, o której tam marzyłem.

Na podstawie książki "Litwa po raz drugi" A. Firewicza opracował: Józef Pszczółka

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.