Marzenia o Polsce c.d.
Oto dalszy ciąg jego
wspomnień.
Gdy byłem w siódmej
klasie, przypadkowo otarłem się o politykę. Wraz z kilkoma najlepszymi uczniami otrzymaliśmy propozycję wstąpienia
do Komsomołu. Jedyny z grupy odmówiłem tego zaszczytu oświadczając,
że: "jestem Polakiem i staram się o wyjazd na stałe do
Polski, a władze nie wydają zgody na wyjazd tym, którzy
należą do KPZR i Komsomołu". Latem 1956 roku, po zakończeniu
nauki w szkole podstawowej, podjąłem pracę w koweńskiej fabryce żelbetonu jako robotnik
niewykwalifikowany. W fabryce wszyscy nie wiadomo dlaczego
rozmawiali po rosyjsku. Wieczorami chodziłem do ósmej klasy
szkoły dla pracujących, gdzie byłem najmłodszym uczniem.
Ciocia Wera od dawna starała
się o zgodę władz na nasz wyjazd do Polski, ponawiając prośby
bodaj czterokrotnie. Moją tęsknotę za Polską spotęgowały
obrazy z Festiwalu Młodzieży i Studentów w Warszawie w 1955
roku, co pokazywano w naszych kinach. Piękne miasto, weseli
ludzie, śpiewająca i tańcząca młodzież jawili się jak inny świat. Tam radość
i szczęście, tu niedostatek i strach przed wybrykami
rosyjskich żołnierzy stacjonujących w mieście. Jeszcze większy strach ogarniał wszystkich przed
wywiezieniem na Sybir. Już pod koniec lat czterdziestych w
okolicach naszego domu parkowano kilkanaście ciężarówek.
Wyjeżdżały gdzieś wieczorem, a wracały rankiem. Niedługo
zauważyliśmy, że znikają nam sąsiedzi Litwini wywożeni
przez Rosjan. Tym więcej, my Polacy, obawialiśmy się
takiego losu i nawet ciocia spakowała niezbędne rzeczy nasłuchując
nocami, czy po nas nie przyjadą.
Dopiero po wielu latach
dowiedziałem się, że wg danych radzieckich władz bezpieczeństwa
w latach 1945-1952 wywieziono z Litwy na Syberię 108.562
osoby (29.923 rodziny), a już w czerwcu 1941 roku wywieziono
12.362 osoby (7.439 rodzin) w tym też wielu Polaków, a wśród
nich rodzinę z młodym Wojciechem Jaruzelskim. W nocy z 31
marca na 1 kwietnia 1951 roku wywieziono w rejon Irkucka 283
osoby tj. 80 rodzin żołnierzy gen. Andersa.
Po "polskim październiku"
i wizycie Władysława Gomułki w Moskwie, początkiem grudnia
1956 roku otrzymaliśmy urzędowe zawiadomienie, że możemy
wyjechać do Polski. Na wyjazd dano nam termin dwu tygodni i wyznaczono Lwów jako punkt zborny dla przekraczających
granicę radziecko-polską. Gdzie zdobyć pieniądze na tak
odległą podróż? Dobrzy ludzie pomogli. Nasz bagaż to była
tylko pierzyna i maszyna do szycia, nieco pamiątek rodzinnych
i ubrania. Rankiem 24 grudnia byliśmy we Lwowie, a wieczorem,
wraz z wieloma repatriantami wyjechaliśmy polskim pociągiem
PKP do Medyki, a następnie do Przemyśla. Tam nas
zakwaterowano, a nazajutrz przygotowano dla repatriantów
wieczór wigilijny. Kolacja, opłatek, życzenia i radość z
bycia w Polsce, wśród radosnych i życzliwych ludzi. Radość,
że jestem wśród polskich, a nie rosyjskich żołnierzy,
rozpierała moje serce. Doczekaliśmy się ukochanej Ojczyzny.
Po latach wielokrotnie powtarzałem, że Gomułce zawdzięczam
swój powrót do Polski.
W Przemyślu repatrianci
otrzymali po 1000 złotych na osobę i bilety do wybranej
miejscowości. Pojechaliśmy do Warszawy, gdzie czekała
ciocia Hela wraz z wujkiem, oboje uczestnicy Powstania
Warszawskiego. Mieszkaliśmy przy ul. Górczewskiej w ich
skromnym mieszkaniu. Wujek dopilnował, abym szybko pozbył się
"śpiewającego" akcentu i nauczył się wymawiać
"ć", "ś" i "ź". Po feriach
zimowych, od 7 stycznia 1957 roku stałem się uczniem ósmej
klasy polskiej szkoły tj. Liceum nr 3 na warszawskiej Woli.
Szybko zaprzyjaźniłem się
z kilkoma kolegami, z którymi zacząłem poznawać Warszawę
w czasie niedzielnych wycieczek. Fascynowało mnie miasto, nie
tylko jako stolica, ale miejsce wielu wydarzeń, które poznałem
z literatury czytanej jeszcze w Kownie. Miałem trudności z
gramatyką, ale dość szybko się z nią uporałem, natomiast
nie przepadałem za przedmiotami ścisłymi. Uwielbiałem
wycieczki do historycznych miast. Poznałem Malbork i Gdańsk
wraz z ich bogatą historią, jednak największe wrażenie
zrobiła na mnie wycieczka do Oświęcimia. Pierwsze wakacje w
Polsce spędziłem u starszej siostry Miśki we Wrocławiu,
zniszczonym długotrwałymi walkami i długo nie
odbudowywanym. Dzisiejszy Plac Grunwaldzki był wówczas stertą
gruzów z dwoma prostopadłymi arteriami. Siostra z mężem i
dwoma synami mieszkali w jednym pokoju wielkości sali
szkolnej, przedzielonego kredensem i szafą na pokój i kuchnię.
W czasie nauki w liceum,
poprzez lekcje przysposobienia wojskowego (PW), nabierałem
przekonania do bycia żołnierzem, a najlepiej pilotem
wojskowym. Zgłosiłem się na wakacyjny obóz PW organizowany
dla warszawiaków we Włocławku. Byłem też aktywnym członkiem
Związku Harcerstwa Polskiego i uczestnikiem obozu w Gietrzwałdzie
na Mazurach. Jednak najbardziej fascynowało mnie lotnictwo.
Dokształcałem się czytając "Skrzydlatą Polskę",
później z podręcznika Nauka pilotażu szybowcowego i pomyślnie
zdałem egzamin, a po badaniach lekarskich zostałem
zakwalifikowany na szkolenie szybowcowe. Naukę latania
rozpocząłem w lipcu 1959 roku na lotnisku aeroklubowym Sokołówek
niedaleko Ciechanowa. Rozpoczynaliśmy naukę na dwumiejscowym
szybowcu "Czapla" uzyskując tytuł pilota
szybowcowego III klasy. Szkoliłem się też w Lęborku na
szybowcach "Sroka" i "Mucha 100A",
holowanych przez samolot. Po egzaminie maturalnym starałem się
o przyjęcie do Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie.
Lecz niestety, z powodu nierównomiernej ostrości oczu nie
mogłem być przyjęty do nauki pilotażu wojskowego. Za to
bez przeszkód, po zdaniu egzaminu zostałem przyjęty do
Technicznej Oficerskiej Szkoły Wojsk Lotniczych w Oleśnicy
Śląskiej. W okresie od października 1960 roku do końca
sierpnia 1963 roku szkoliłem się w specjalności związanej
z obsługą (eksploatacja) silników i samolotów odrzutowych
Lim-5 (odpowiednik MiG 17). Po egzaminach i promocji
oficerskiej, jako podporucznik i technik zostałem skierowany
do Centrum Szkolenia Lotniczego w Modlinie, na stanowisko dowódcy
klucza technicznego, najpierw samolotów Lim-5, a po
przeszkoleniu nowych MiG-21. W roku 1969 rozpocząłem zaoczne
studia prawnicze w Toruniu, kończąc prawo międzynarodowe na
Uniwersytecie Gdańskim w 1974 roku. Dalszą służbę wojskową
pełniłem w Warszawie.
W końcu lat osiemdziesiątych
z uwagą śledziłem wydarzenia na Litwie i narodziny
Sajudisu, który stał się tam motorem przemian politycznych
i suwerenności Litwy. 5 września 1991 roku Polska nawiązała
oficjalne stosunki dyplomatyczne z Litwą. Były to dla mnie
radosne wieści. Miałem nadzieję odwiedzić groby moich
rodziców i krewnych w Lidzie i Kownie. Interesowały mnie
problemy mniejszości polskiej szczególnie w Solecznikach i
Wilnie, a także dyplomacja i starania władz Polski w tym zakresie. Miałem dużą wiedzę
na ten temat.
O nominacji na stanowisko
pierwszego po wojnie polskiego attaché wojskowego na Litwie
dowiedziałem się 25 czerwca 1992 roku. Formalności i
przygotowania do wyjazdu trwały do 15 maja 1993 roku. Wyjazd
poprzedzony został licznymi wizytami w ministerstwach, a także
rekonesansem u polskiego ambasadora w Wilnie, Jana Widackiego.
Byłem trzecim attaché rezydującym stale w Wilnie. Poza
obowiązkami służbowymi utrzymywałem stałe kontakty z
tamtejszymi Polakami. Były to: spotkania z kombatantami AK w Wilnie i Miednikach, uroczystości na
cmentarzu na Rossie w dniach Wojska Polskiego, wiele spotkań
w związku z 100. rocznicą urodzin Franciszka Żwirki i poświęconych
Marszałkowi Józefowi Piłsudskiemu. Uczestniczyłem w
wizytach polskich dyplomatów, w tym dwóch prezydentów RP na
Litwie. Byłem częstym gościem "Radia znad Wilii",
udzielając informacji o wojsku i wojskowych kontaktach
dwustronnych. Byłem też mianowany dziekanem Attache`
Wojskowych w Wilnie.
Dużo czasu poświęcałem
trudnym problemom polsko-litewskim z czasów obu wojen światowych
i istniejącym stosunkom do działających na tym terenie
oddziałów AK. Problem ten wymaga obszernego opisu. Jestem
przekonany, że godnie reprezentowałem tam swoją Ojczyznę i
Wojsko Polskie. Do Polski wróciłem 4 października 1996
roku, wspominając powrót z roku 1956. Jakże inne były
wtedy Litwa, gdzie się urodziłem i Polska, o której tam
marzyłem.
Na podstawie książki "Litwa po raz
drugi" A. Firewicza opracował: Józef Pszczółka