Harnaś Beskidów Sebastian Kawa najlepszym
pilotem świata
Lekarz, Sebastian Kawa z Międzybrodzia
Żywieckiego, od 2005 roku jest uznawany przez Światową
Federację Lotniczą /FAI/ za najlepszego pilota szybowcowego
na świecie. Od roku 2003 wygrał wszystkie zawody szybowcowe
o randze mistrzostw świata i Europy w jakich startował.
Zdobył już w nich sześć złotych medali. Nikt dotąd nie
miał takiego pasma sukcesów w tej dyscyplinie sportu.
Wszystkie te sukcesy odniósł latając na polskich
szybowcach.
Szybownictwo jest piękną,
ale trudną dyscypliną. Pilot szybowcowy, z ambicjami na
sukcesy w rywalizacji sportowej, musi posiadać wyjątkowe
cechy niezbędne dla uprawiania sportów technicznych -
pozwalające na mistrzowskie prowadzenie maszyny w trzech
wymiarach przestrzeni. Szybowiec lata bez silnika, wykorzystując
tylko siły atmosfery. Pilot latający zawodniczo musi się więc
wykazywać dużą wiedzą z meteorologii, teorii lotu,
nawigacji, uzdolnieniami pozwalającymi na doskonałą ocenę
warunków lotu, wyliczanie i dobór zmiennych parametrów
lotu, aby maksymalnie wykorzystać istniejące warunki i
przetworzyć je skutecznie na prędkość, lub odległość
lotu. Trzeba skupiać uwagę na optymalizacji lotu,
precyzyjnym pilotowaniu szybowca, ale jednocześnie bacznie
obserwować wszystko co dzieje się w atmosferze, bo nawet
motyl porwany przez prądy powietrzne może być cenną wskazówką.
Ciągłej analizy wymaga też sytuacja taktyczna i postępowanie
konkurentów. To wszystko odbywa się przy sporym napięciu
emocjonalnym, czasem w ogromnej turbulencji, tuż przy
skalnych ścianach i prędkościach przekraczających 300
km/h.
W trakcie rywalizacji
zawodnik często wchodzi w sytuacje i miejsca, przed którymi
zostawia się rozsądek – ważna jest więc umiejętność
odpowiedniego wyważania ryzyka. Ponieważ każdy lot trwa
kilka godzin, a zawody około dwu tygodni, trzeba mieć świetną
kondycję i nerwy ze stali, by zwycięsko wychodzić z takich
prób.
Miniony sezon lotniczy był
bardzo dobry dla Sebastiana. Otwarły go zawody „O Puchar
Euroregionu Beskidy” rozgrywane w naszym malowniczym zakątku
świata, w górach Polski, Czech i Słowacji. Latem, również
na Żarze, ścigał się w widowiskowych wyścigach Grand
Prix. Piękny film z tych zawodów prezentowany był w TVN.
Podczas rozgrywanych w
Lesznie mistrzostw Polski miał on przyjemność zmierzyć się
z czołówką naszych pilotów, nad terenem równinnym.
We wszystkich tych zawodach
nie dał szans konkurentom.
Na przełomie lipca i
sierpnia obaj wybraliśmy się na Litwę. Sebastian jako
reprezentant Polski w
mistrzostwach Europy, ja w roli
kierownika ekipy. Zdawaliśmy sobie sprawę, że nasz występ
wśród nacji, której losy splecione były z naszymi przez
tyle wieków - a zwłaszcza dla tych, którzy ciągle posługują
się tu językiem Sędziego i pana Tadeusza - ma wagę nie
tylko sportową.
Mieliśmy świadomość, że
będziemy pod wnikliwą obserwacją mieszkających tu Polaków
i sympatyzujących z nami mieszkańców tej krainy. Było też
oczywiste, że bacznie będziemy oceniani także przez tych,
którzy mają nieco odmienne poglądy na wspólne dzieje.
Pobyt nad Niemnem był więc
dla nas rodzajem pielgrzymki. Sebastian, wyspecjalizowany w
lataniu górskim, nie mógł wykorzystywać tu swoich najważniejszych
atutów. Nie zdołaliśmy też wcześniej poznać, tak ważnej
w szybownictwie, specyfiki klimatu. Wiadomo też było, że będzie
on nieustannie pod presją tych, którzy mają ambicję wygrać
ze światowym liderem, konsekwentnie polując na jego błąd,
oraz nieuchronna będzie asysta „rzepów” pragnących wieźć
się za ogonem jego szybowca.
Na dodatek zawiodła pogoda.
Zamiast opiewanych przez poetów białych obłoków, płynących
po błękicie niczym stada łabędzi, nad zakolami Niemna i
rozległymi kniejami snuły się ponure welony deszczowych
chmur - z rzadka dając dostęp do ziemi promieniom słońca,
które są motorem napędowym prądów wstępujących, dających
podparcie skrzydeł szybowców i wielkich ptaków.
Takie dni bez lotów dawały
jednak świetną okazję do wędrówek przez urocze zaułki pięknie
odnowionego Wilna, refleksji na alejkach Rossy, rozbudzały
wyobraźnię nad wodami jeziora okalającego potężną
warownię w Trokach. Co młodsi próbowali oczywiście szukać
ścieżek Telimeny w okalających lotnisko, rozległych
borach.
Mimo zdradliwej,
niekorzystnej pogody i ostrej rywalizacji Sebastian w pięknym
stylu obronił swój mistrzowski tytuł, więc na zakończenie
zawodów, do stóp kopca na przeciwległym brzegu Niemna, niosła
się pieśń przyniesiona do tych pól malowanych przez
legiony, na których cześć usypano tu przed laty ten okazały
kurhan. W kraju tym, w którym prezydent popisywał się
samolotowymi lotami pod mostami Wilna, lotnictwo ma miejsce
szczególne, toteż nie dziwiła obecność znaczących
osobistości i bogata oprawa mistrzostw. Wzruszający był
moment, gdy Vitautas Landsbergis złożył mi po polsku
gratulacje dla Sebastiana i naszej drużyny, która także
zwyciężyła w zawodach. To zwycięstwo umocniło Sebastiana
na pozycji lidera światowej listy rankingowej pilotów.
W grudniu 2007 roku, gdy my
stroiliśmy choinki, Sebastian z dala od rodzinnego domu, jako
jedyny reprezentant Polski, bronił swojej wysokiej pozycji w
Światowym Szybowcowym Grand Prix. Zawody odbywały się na
wyspach, na których wcale nie było ssaków i wszystko jest
na odwrót. Odmiennie wędrują tam wyże i niże, na odwrót
kręcą się prądy wstępujące, cień jest po stronie południowej,
a nawet Słońce wędruje od prawej do lewej strony. Tam lata
się wśród i nad skalistymi grzbietami Alp Południowych
smaganych wichrami z Antarktydy, Morza Tasmańskiego lub
burzami tropików.
Te niezwykle widowiskowe wyścigi
zorganizowano w Nowej Zelandii i po raz kolejny, nawet tam,
Sebastian Kawa wywalczył, a raczej wylatał, mistrzostwo świata.
Gospodarze kraju ptaka kiwi
przygotowali się niezwykle starannie do mistrzostw.
Przekazywali bezpośrednie relacje z lotów za pośrednictwem
TV do wielu krajów świata, a przez to sławiąc kunszt
polskiego pilota, mieszkańca Żywiecczyzny.
Tomasz Kawa