CZAS PRZYPOMNIEĆ OJCÓW DZIEJE
Dzieje wsi Gilowice -cd.-
Sporo niejasności budzi także
sama nazwa wsi, zmieniająca się wielokrotnie na przestrzeni
dziejów. Gielowice, Gilliowice, Gigersdorf, Gerowicz,
Gilowice.
Andrzej Komoniecki w
"Dziejopisie Żywieckim" pisze, że nazwa pochodzi
stąd: "iż w tej wsi nad rzeką gilów, ptaków gnieździło
się wiele i stąd nazwa."
Inni historycy twierdzą, że
nazwa wsi wywodzi się od staropolskiego określenia
"gira", czyli noga. Jak było w rzeczywistości, z
braku wiarygodnych dokumentów trudno dziś ustalić.
Niemiecko brzmiącą nazwę Gigersdorf, lub Gerowicz wprowadził
niewątpliwie zniemczony książę oświęcimski Władysław
I, panujący w latach 1246-1281, wnuk polskiego księcia, krakowskiego
seniora Władysława Wygnańca, ponieważ istnieje w Archiwum
oświęcimskim dokument przez niego podpisany, datowany na rok
1277, zmieniający nazwę Kęt, na Liebenwerde. Wówczas to
Rychwałd nosił nazwę Lichtenwald, Łękawica - Lenkawitz.
Pisze o tym Jan Stanek w książce "Z dziejów Ziemi Oświęcimskiej".
O innych sąsiednich miejscowościach brak wiadomości. Nazwy
te figurowały jedynie w dokumentach książęcych, pisanych
po czesku, lub po niemiecku i w spisach świętopietrza, zaś
ludność posługiwała się nazwami polskimi, bo tamte nie
utrwaliły się w tradycji.
Stąd prosty wniosek, że
wsie te musiały istnieć już w połowie wieku XIII.
Gilowice już w średniowieczu,
nie były wsią zaściankową. Już wówczas w niektórych
mieszkańcach budziło się poczucie postępu w zgnuśniałej
przecież rzeczywistości pańszczyźnianego poddaństwa. Niewątpliwie
siedziba Starego Dworu, mieszcząca się na terenie Gilowic,
jakkolwiek dwór ten zaliczany był ustawicznie do Ślemienia,
w jakiś sposób oddziaływała na społeczeństwo Gilowic.
W 1534 roku urodził się
tutaj we wsi niejaki Paweł Gilowski, który został księdzem.
Był proboszczem w Wojniczu przez kilka lat, by później, na
fali szerzącego się w Polsce protestantyzmu przejść do ich
obozu, odłamu kalwińskiego. Wkrótce stał się jednym z
najaktywniejszych krzewicieli tego wyznania, został bowiem
ministrem zborów w Przeciszowie i Polance, a później
superintendentem w księstwach oświęcimskim i zatorskim.
Zmarł w Łańcucie w 1595 roku, pozostawiając syna Samuela.
Jego biografia zamieszczona w Polskim Słowniku Biograficznym,
autorstwa prof. Stanisława Szczotki podaje, że Paweł
Gilowski był synem Macieja Gilowskiego, właściciela tej
wsi, co nie jest prawdą, bo żaden Gilowski w owym czasie nie
był tutaj posiadaczem czegokolwiek. Paweł mógł być co
najwyżej synem sołtysa, lub młynarza, bo tylko synowie tej
grupy społecznej mogli być jakoś nobilitowani przez
dominium, a który po święceniach przyjął nazwisko
Gilowski, zgodnie z ówczesnym obyczajem. Mniej więcej w
jednakowym czasie, w drugiej połowie XVII wieku wyświęceni
byli dwaj inni gilowianie: Jan Lubrzyński, będący przez
pewien czas wikariuszem przy katedrze na Wawelu, a później
proboszczem w Sączu i drugi, Dominik Gąsiorek i ten po święceniach
przyjął nazwisko Anzerski, będące uszlachetnieniem łacińskiej
nazwy gęsi (anser-is). Ksiądz Anzerski przez ponad pięćdziesiąt
lat był tylko wikarym w Rychwałdzie i służąc trzem
kolejnym proboszczom, nie doczekał się awansu nawet o
szczebel wyżej.
Nie mieli łatwego życia
przez długie wieki nasi pradziadowie. Jeszcze w czasach
piastowskich król, lub jego plenipotent rozstrzygali spory,
nawet między szlachtą a chłopami. W 1520 roku król Zygmunt
Stary zrzekł się jurysdykcji nad chłopstwem, uzależniając
każdego z nich od swojego pana. Równocześnie w tym samym
roku na sejmie piotrkowskim wyznaczono darmową pańszczyznę
na rzecz dworu w wysokości 1-2 dni w roku z posiadanego łanu
ziemi uprawnej. W państwie ślemieńskim, a więc i w
Gilowicach wymiar tej pańszczyzny, zapisany w inwentarzu z
roku 1798 wynosił aż 104 dni w roku, z tego samego areału
posiadanej roli. Uciążliwe to zobowiązanie, w ciągu 278
lat wzrosło więc prawie stukrotnie. Prócz tego każdego
mieszkańca wsi, niezależnie od tego czy był rolnikiem,
zagrodnikiem, komornikiem, chałupnikiem czy polaniarzem
(hodujący owce), obowiązywało dostarczanie dworowi płodów
rolnych w naturze, a więc: bydła, ryb, kapłonów, kur,
indyków, przepiórek, jaj, a niektórzy także włókna
lnianego, wełny, lub przędzy. Najciekawszym jednak w tym
inwentarzu jest zapis, że wielu tutejszych ludzi dotyczył
obowiązek dostarczania tychże w ilości 1 i pół, 3 i pół
sztuki czegoś. Ciekawa rzecz, jak wywiązywali się z tego
obowiązku ci, którym inwentarz wyznaczał dostarczenie 3 i pół
jajka, bo takie ilości także są uwidocznione w tym
inwentarzu, sporządzonym w ramach tzw. "Katastru
gruntowego", w myśl rozporządzenia cesarza Józefa II z
1785 roku i stanowił podstawę wymiaru podatku. Kataster ten
obowiązywał w Galicji do roku 1820. W latach następnych
opracowano nowy kataster i zgodnie z jego wymogami sporządzono
wówczas pierwsze w historii tutejszego rolnictwa mapy
katastralne w roku 1848. Działania te były integralną częścią
ustawy o zniesieniu pańszczyzny w zaborze austriackim.
Paradoksem jest, że te
nadzwyczaj uciążliwe prawa próbował znieść dopiero
austriacki zaborca, usiłując wprowadzić na terenie Galicji
tzw. "Ustawy józefińskie", cesarza Józefa II, zrównujące
obowiązki chłopów polskich z austriackimi. Wówczas to
ziemianie polscy podnieśli larum, śląc do sejmu we Lwowie
niezliczone protesty, między innymi i właściciele ślemieńskiego
dominium, przeciwko liberalizacji obciążeń feudalnych. Nie
pomogły usilne starania naszych posłów, między innymi księdza
Antałkiewicza, proboszcza ze Ślemienia, Siwca z Lasu, czy
Szweda z Jeleśni, optujących za wprowadzeniem reform. W
rezultacie cesarstwo austriackie wycofało się z tego pomysłu,
utrzymując tylko niewielkie zmiany w ustawie. Stan taki trwał
więc aż do zniesienia pańszczyzny przez władze austriackie
w dniu 17 kwietnia 1848 roku.
Rezultatem zniesienia pańszczyzny,
która spowodowała brak darmowej siły roboczej w folwarkach
pańskich, stało się gwałtowne ich zbywanie przez
dotychczasowych właścicieli. Nabywali je ci, co mieli żywą
gotówkę, a więc przede wszystkim Żydzi.
W całej Galicji przeszło wówczas w ręce żydowskie ponad
pięć tysięcy folwarków.
Obowiązywało wówczas
prawo dotyczące właścicieli ziemskich tzw.
"kolatorstwa" pochodzące jeszcze z czasów
przedrozbiorowych. Polegało ono na tym, że właściciel wsi
obowiązany był do utrzymania kościoła parafialnego i
oprawy dla księdza. W zamian, właścicielom służyło prawo
"prezenty" czyli przedstawiania biskupowi kandydata
na proboszcza w swoim kościele. Na naszym terenie kościoły
w Rychwałdzie i w Ślemieniu podpadały pod to prawo. Kościół
w Gilowicach był z niego wyłączony, ponieważ nie był kościołem
parafialnym i utrzymanie go spoczywało na mieszkańcach wsi.
W Ślemieniu na przykład koszt utrzymania kościoła i księdza
ustalono na kwotę 250 złotych, z czego tylko 27 złotych składali
mieszkańcy parafii, reszta należała do obowiązków właściciela.
Kiedy Żyd wykupił wieś i dwór, spadał na niego także i
obowiązek kolatorstwa. Ustawodawca bowiem nie przewidział
wcześniej takiego obrotu sprawy.
W diametralnie zmienionej
sytuacji ekonomicznej, po zniesieniu pańszczyzny chłopi w
Galicji, w tym także i w Gilowicach, nie mogli się odnaleźć.
Nikt ich nie pouczył racjonalnego postępowania w
odmienionych warunkach zarządzania gospodarstwem.
W Ślemieniu powołano do życia sąd, notariat i izbę
skarbową, która teraz inkasowała należne podatki. Chłopi
musieli sami zadbać o finanse nie tylko na swoje potrzeby,
ale i należność dla fiskusa. Ceny płodów rolnych gwałtownie
spadały w wyniku nadmiernej podaży i niedostatecznego
popytu, co skutkowało ubożeniem ludności.
Był wówczas w Gilowicach
przedsiębiorczy Żyd o nazwisku Wiesner, były dzierżawca
tutejszej dworskiej karczmy, który w lot pojął nadchodzącą
koniunkturę. Począł udzielać chłopom kredytu na
lichwiarski procent, a później skupywał także płody rolne
i zaopatrywał ludność w potrzebne towary, oczywiście po
cenach przez siebie ustalanych. Przyszedł wówczas do Gilowic
ksiądz ekspozyt Wojciech Dudziński. Przez dwa lata przyglądał
się "działalności" Izraelity i chcąc ulżyć
niedoli tutejszych mieszkańców, z których trzy czwarte było
już zadłużonych u Żyda po uszy, w porozumieniu ze światlejszymi
ludźmi postanowił założyć Kółko Rolnicze i przy nim
sklep, jako przeciwwagę pazerności obcego. W rok później
powołał także do życia Kasę Reiffeisena. Wiesner jednak
nie rezygnował. Sobie tylko znanymi koneksjami spowodował,
że ksiądz Dudziński musiał opuścić Gilowice. Był to
typowy przykład przejęcia przez innowierców wpływów nawet
w polskim Kościele.
Po odejściu księdza, Kółko
Rolnicze, sklep i kasa, wszystko uległo likwidacji, bo ksiądz
nie zdążył przygotować ludzi zdolnych do dalszego
prowadzenia założonych przez siebie instytucji. Wiesner
triumfował. Dopiero, kiedy całą sprawą zajęła się
wreszcie gmina, odebrała Żydowi dzierżawiony przez niego
budynek gminny i starano się opodatkować go od lichwy, ten
wyniósł się z Gilowic. Miejscowość nasza, jak już
wspomniałem, związana jest nierozerwalnie z istnieniem
parafii, zaś mieszkańcy Gilowic, ci dawniejsi i obecni,
zawdzięczają bardzo wiele tutejszym księżom, począwszy od
pierwszych ośmiu duchownych, pełniących obowiązki
duszpasterskie u nas tutaj jako ekspozyci, a szczególnie
wszystkim kolejnym proboszczom. To oni, jeszcze w okresie
zaborów, krzewili w umysłach tutejszych ludzi poczucie
patriotyzmu i oświaty społecznej. To nasi księża właśnie
byli inicjatorami powstawania tutaj zalążków późniejszych
instytucji takich jak Kółko Rolnicze, handel, Kasa
Reiffeisena, przemianowana później na Kasę Stefczyka, z której
bezpośrednio wywodzi się dzisiejszy Bank Spółdzielczy.
Dbali przede wszystkim o materialną substancję tutejszego kościoła,
rozbudowując go i wzbogacając jego wyposażenie, remontując
i upiększając wnętrza tej naszej zabytkowej perełki klasy
zerowej.
Dziś szczycimy się tym, że
Jego Ekscelencja Ksiądz Biskup Tadeusz Rakoczy, Ordynariusz
Diecezji Bielsko-Żywieckiej urodził się i spędził młode
lata w naszej miejscowości, tutaj także ukończył szkołę
podstawową, a który w drugiej połowie XX wieku zapoczątkował
dość liczne powołania kapłańskie duchownych, wywodzących
się właśnie od nas.
Bronisław Sroka