Spotykamy w życiu różnych
ludzi. Miałem zaszczyt poznać człowieka szlachetnego,
Polaka urodzonego na Litwie, najpierw tęskniącego za Polską,
później Polskę godnie reprezentującego.
MARZENIA O POLSCE
Andrzej Firewicz urodził się w Lidzie 2
stycznia 1941 roku jako piąte i najmłodsze dziecko w
rodzinie kolejarza. Dziadkowie, rodzice ojca pochodzili z
Kowna, podobnie jak rodzice matki z Ciechanowiczów, zubożałej
polskiej rodziny szlacheckiej. Oto jego wspomnienia.
Moja rodzina okupację
niemiecką spędziła w Lidzie z wyjątkiem najstarszego brata
Czesława, który po kampanii wrześniowej wrócił z frontu
do domu i w czerwcu 1940 roku został aresztowany przez NKWD
pod zarzutem przynależności do nielegalnej organizacji. Po
procesie został skazany do obozu kopalni węgla - Inta w
Peczorskim Zagłębiu Węglowym w obwodzie archangielskim.
Stamtąd później trafił do II Korpusu gen. Andersa. Ojciec
Ireneusz Firewicz był związany z konspiracją od 1939 roku.
Najpierw pomagał uciekającym z niewoli żołnierzom i
oficerom, a potem jako kolejarz współpracował z łącznikami
i kurierami Armii Krajowej. Pomagały mu w tym córki Irena i
Maria oraz syn Grzegorz. Jego pomoc w ucieczce czterech
warszawiaków z lidzkiego więzienia opisał Stanisław
Jankowski w książce Strzały pod więzieniem. Po śmierci
mamy w 1945 roku rodzina rozpadła się. Rosjanie aresztowali
ojca i brata Grzegorza. Jak przez mgłę pamiętam rewizję w
domu, kiedy znaleźli ukrywany pod oknem pistolet. Obaj znaleźli
się w więzieniu, a siostra Irena ukrywała się. Mnie zabrała
do Kowna siostra matki, niezamężna ciocia Wera. Siostrę
Marię nazywaną Miśką inna ciotka, ze strony ojca, zabrała
do Grodna. Im się powiodło, gdyż obie w ramach pierwszej
repatriacji w 1946 roku wyjechały do Polski.
W Kownie znalazłem się
latem 1946 roku. Mieszkaliśmy w dzielnicy Wiliampol, często
zalewanej przez wody
Wilii przy ujściu do Niemna. Była to
dzielnica biedoty, przed wojną gęsto zamieszkana przez Żydów.
Była też spora kolonia polska, a nawet polskie gimnazjum. U
cioci Wery, jak i w całej dzielnicy, nie było jeszcze
elektryczności. Mieszkanie oświetlano łuczywem. Strugaliśmy
nożem cienkie wiązki drzewa sosnowego, misternie je
przeplatając, aby potem suszyć i przechowywać. Dopiero później
cieszyliśmy się z instalacji elektrycznej i blasku
pierwszych żarówek. Naszym mieszkaniem była część
budynku gospodarczego przystosowanego przez dziadka do
tymczasowego zamieszkania po pożarze domu w 1921 roku.
Dziadek, choć zajmował się budową domów, nowego domu nie
wybudował umierając niedługo po pożarze.
Naukę w szkole rozpocząłem
dopiero w 1949 roku, z rocznym opóźnieniem spowodowanym
zapaleniem opłucnej. Przeżyłem dzięki zastrzykom nowego wówczas
leku - penicyliny - otrzymywanym w szpitalu, gdzie siostra
Irena pracowała jako pielęgniarka. Jako Polak do litewskiej
szkoły zostałem przyjęty dzięki protekcji poprzez znajomą
cioci Wery, miejscowy autorytet, prof. Wandę Skirgajłło.
Przez pierwsze dni nauki nic nie rozumiałem, co mówiła
nauczycielka i inne dzieci. W klasie pierwszej na język
litewski składały się trzy przedmioty: czytanie, pisanie i
kaligrafia. Dość szybko opanowałem naukę i byłem bardzo
dobrze oceniany. W drugiej klasie (1950/51 r.) program
obejmował jeden przedmiot języka litewskiego, ale
wprowadzono już język rosyjski, którego nauczała bardzo
wymagająca nauczycielka. Władza radziecka troszczyła się o
szybkie nauczanie dzieci języka państwowego. Druki świadectw
szkolnych z I i II klasy były wykonane w języku litewskim.
Od klasy III wprowadzono druki dwujęzyczne,
litewsko-rosyjskie z nowym herbem Litewskiej Soc. Rep.
Radzieckiej. Od klasy piątej uczyliśmy się języka
francuskiego, jednak z pobłażliwym traktowaniem przedmiotu.
Byłem wyróżniony wśród najlepszych uczniów w szkole.
Moje zdjęcie wraz z innymi przodownikami nauki przez kilka
lat wisiało na tablicy honorowej.
Byłem jedynym Polakiem w
szkole, co stwarzało okazję szkolnym łobuziakom przezywania
mnie słowami "lenkas, lenkas ..." (Polak, Polak).
Nie długo tak było. Opanowałem język litewski i miałem
dobre wyniki w nauce, jedynie przedmioty ścisłe "nie leżały"
mi od początku i tak zostało aż do matury. Dużo zawdzięczam
naszej wychowawczyni, miłej i tolerancyjnej, której nie
przeszkadzało, że jestem Polakiem i początkowo miałem
trudności z opanowaniem języka litewskiego.
W domu wraz z ciocią nie
mającą stałej pracy żyliśmy w niedostatku. Podstawowym wyżywieniem
były ziemniaki z własnego ogródka, gotowane lub tarte na
placki. Jadło się suchary z czarnego chleba, a kawałek słoniny
lub mięsa z kiszoną kapustą lub ogórkami to była
prawdziwa uczta, podobnie jak czerwona końska kiełbasa.
Brakowało pieniędzy na
lepszą żywność, ale brakowało ich też na zeszyty i podręczniki.
Znalazłem sposób na zdobywanie pieniędzy na szkolne
potrzeby. Niedaleko nas był punkt skupu surowców wtórnych.
W wolnym czasie zacząłem zbierać złom i kości, aby je
sprzedawać. Złomu było niewiele, ale na brzegu rzeki Wilii
były wysypiska śmieci, gdzie można było znaleźć kości wśród
odpadów domowych. Gdy zebrałem 10 kg otrzymywałem 3 ruble,
a to starczało na jeden podręcznik i kilka zeszytów. Za
dobrą naukę otrzymałem szkolne nagrody w postaci książek
z dedykacją. Były to m. in.: Jak hartowała się stal Nikołaja
Ostrowskiego i Młoda Gwardia Aleksandra Fadiejewa. Bardzo
lubiłem czytać. Korzystałem z biblioteki szkolnej, a później
miejskiej. Tam korzystałem z literatury w języku litewskim.
Ciocia Wera bardzo wcześnie uczyła mnie czytać i śpiewać
patriotyczne piosenki w języku naszych ojców, po polsku. Pożółkłe
karty Pana Tadeusza, z zaokrąglonymi od wielokrotnego w
przeszłości czytania narożnikami były moją ukochaną książką,
na której uczyłem się po polsku czytać.
Spotkał mnie wielki
zaszczyt, gdy w 1955 roku w szkole litewskiej, w setną
rocznicę śmierci Adama Mickiewicza, na okolicznościowej
akademii, pozwolono mi deklamować wybrany fragment Pana
Tadeusza w oryginalnym wydaniu. Pisał po polsku i w tym języku
z dumą deklamowałem:
Litwo, Ojczyzno moja, ty
jesteś jak zdrowie: (...)
Czytałem wybrane fragmenty
Księgi Pierwszej, o Matce Boskiej Ostrobramskiej, Nowogródzkiej
...
Czytając marzyłem o
zwiedzaniu tych miejsc, tak cudnie opisanych przez wieszcza.
Imponowała mi też nauka geografii i w tej dziedzinie odnosiłem
sukcesy na szkolnych konkursach.
W szkole nabrałem
przekonania, że nauka się opłaca. Brakowało na jedzenie,
zimą marzłem z braku butów i odzieży. Fakt ten zauważono
w szkole i za szkolne czy komitetu rodzicielskiego pieniądze,
zakupiono mi zimowe buty. Kupnem zajęła się osobiście
nauczycielka. To były moje pierwsze buty, a byłem już w
czwartej klasie. Latem chodziłem boso, a zimą dotychczas w
kapciach wykonanych przez ciocię lub kaloszach dużych
rozmiarów. Gdy miałem 14 czy 15 lat, otrzymałem od cioci
Heli z Warszawy mięciutki czarny sweter i spodnie wujka. Ten
ubiór długo mi służył. Niekiedy ciocia przysyłała też
paczki żywnościowe, a nawet sąsiedzi i mieszkający blisko
nas brat cioci, Szczepan, widząc naszą biedę czasem coś
darowali. Moim kolegą szkolnym i podwórkowym był Vytas, syn
aktora z miejskiego teatru. Graliśmy w szachy i rozczytywali
się w przygodowych powieściach.
Ciocia Wera była praktykującą
katoliczką i zadbała, abym przystąpił do pierwszej
komunii, a potem do bierzmowania. Pilnowała, abym co niedzielę
uczestniczył we Mszy. W drodze z kościoła zbaczałem na
miejscowe lotnisko, gdyż bardzo mnie interesowały samoloty,
chciałem je widzieć z bliska.
W Kownie było lotnisko wojskowe, na którym bazowały
samoloty transportowe Li-2. Imponowały mi w czasie lotów ćwiczebnych,
najczęściej w szyku trójkowym. Wymykałem się też na łąki
nad Niemnem, gdzie grupa szybowników rozpoczynała naukę
latania. W dzień obserwowałem zajęcia, a wieczorami
podkradałem się do nie pilnowanego szybowca, aby bawiąc się
sterami wyobrażać sobie latanie. Podjąłem się poznawania
wiedzy lotniczej korzystając ze sfabularyzowanej instrukcji
dla chłopców pragnących zostać lotnikami. Miałem zaprzyjaźnionych
pilotów, od których dowiedziałem się dlaczego ciężki
samolot lata, dlaczego skrzydło ma niesymetryczny profil, co
to jest siła nośna i siła ciągu. Moją ulubioną zabawą
było udawanie latania samolotem myśliwskim. Imitacją kabiny
była stara skrzynia uwiązana pod krokwią naszej szopy, a
karabinem maszynowym strzykawka z wodą. W skrzyni była też
imitacja drążka sterowego, orczyków i manetki gazu, oczywiście
mojej roboty. Wiedziałem, że muszę się dużo uczyć, by w
przyszłości być pilotem.
Z książki LITWA PO RAZ
DRUGI autorstwa Andrzeja Firewicza wybrał: Józef Pszczółka
PS Dalsze losy autora przedstawimy w
kolejnych artykułach