kompleksu Starego Zamku i Parku Habsburgów w Żywcu

Nad Sołą i Koszarawą - nr 2 (225) - 15 Styczeń 2008

 |poprzedni artykuł|   |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|     |następny  artykuł| 


 

Spotykamy w życiu różnych ludzi. Miałem zaszczyt poznać człowieka szlachetnego, Polaka urodzonego na Litwie, najpierw tęskniącego za Polską, później Polskę godnie reprezentującego.

MARZENIA O POLSCE

Andrzej Firewicz urodził się w Lidzie 2 stycznia 1941 roku jako piąte i najmłodsze dziecko w rodzinie kolejarza. Dziadkowie, rodzice ojca pochodzili z Kowna, podobnie jak rodzice matki z Ciechanowiczów, zubożałej polskiej rodziny szlacheckiej. Oto jego wspomnienia.

Moja rodzina okupację niemiecką spędziła w Lidzie z wyjątkiem najstarszego brata Czesława, który po kampanii wrześniowej wrócił z frontu do domu i w czerwcu 1940 roku został aresztowany przez NKWD pod zarzutem przynależności do nielegalnej organizacji. Po procesie został skazany do obozu kopalni węgla - Inta w Peczorskim Zagłębiu Węglowym w obwodzie archangielskim. Stamtąd później trafił do II Korpusu gen. Andersa. Ojciec Ireneusz Firewicz był związany z konspiracją od 1939 roku. Najpierw pomagał uciekającym z niewoli żołnierzom i oficerom, a potem jako kolejarz współpracował z łącznikami i kurierami Armii Krajowej. Pomagały mu w tym córki Irena i Maria oraz syn Grzegorz. Jego pomoc w ucieczce czterech warszawiaków z lidzkiego więzienia opisał Stanisław Jankowski w książce Strzały pod więzieniem. Po śmierci mamy w 1945 roku rodzina rozpadła się. Rosjanie aresztowali ojca i brata Grzegorza. Jak przez mgłę pamiętam rewizję w domu, kiedy znaleźli ukrywany pod oknem pistolet. Obaj znaleźli się w więzieniu, a siostra Irena ukrywała się. Mnie zabrała do Kowna siostra matki, niezamężna ciocia Wera. Siostrę Marię nazywaną Miśką inna ciotka, ze strony ojca, zabrała do Grodna. Im się powiodło, gdyż obie w ramach pierwszej repatriacji w 1946 roku wyjechały do Polski.

W Kownie znalazłem się latem 1946 roku. Mieszkaliśmy w dzielnicy Wiliampol, często zalewanej przez wody Wilii przy ujściu do Niemna. Była to dzielnica biedoty, przed wojną gęsto zamieszkana przez Żydów. Była też spora kolonia polska, a nawet polskie gimnazjum. U cioci Wery, jak i w całej dzielnicy, nie było jeszcze elektryczności. Mieszkanie oświetlano łuczywem. Strugaliśmy nożem cienkie wiązki drzewa sosnowego, misternie je przeplatając, aby potem suszyć i przechowywać. Dopiero później cieszyliśmy się z instalacji elektrycznej i blasku pierwszych żarówek. Naszym mieszkaniem była część budynku gospodarczego przystosowanego przez dziadka do tymczasowego zamieszkania po pożarze domu w 1921 roku. Dziadek, choć zajmował się budową domów, nowego domu nie wybudował umierając niedługo po pożarze.

Naukę w szkole rozpocząłem dopiero w 1949 roku, z rocznym opóźnieniem spowodowanym zapaleniem opłucnej. Przeżyłem dzięki zastrzykom nowego wówczas leku - penicyliny - otrzymywanym w szpitalu, gdzie siostra Irena pracowała jako pielęgniarka. Jako Polak do litewskiej szkoły zostałem przyjęty dzięki protekcji poprzez znajomą cioci Wery, miejscowy autorytet, prof. Wandę Skirgajłło. Przez pierwsze dni nauki nic nie rozumiałem, co mówiła nauczycielka i inne dzieci. W klasie pierwszej na język litewski składały się trzy przedmioty: czytanie, pisanie i kaligrafia. Dość szybko opanowałem naukę i byłem bardzo dobrze oceniany. W drugiej klasie (1950/51 r.) program obejmował jeden przedmiot języka litewskiego, ale wprowadzono już język rosyjski, którego nauczała bardzo wymagająca nauczycielka. Władza radziecka troszczyła się o szybkie nauczanie dzieci języka państwowego. Druki świadectw szkolnych z I i II klasy były wykonane w języku litewskim. Od klasy III wprowadzono druki dwujęzyczne, litewsko-rosyjskie z nowym herbem Litewskiej Soc. Rep. Radzieckiej. Od klasy piątej uczyliśmy się języka francuskiego, jednak z pobłażliwym traktowaniem przedmiotu. Byłem wyróżniony wśród najlepszych uczniów w szkole. Moje zdjęcie wraz z innymi przodownikami nauki przez kilka lat wisiało na tablicy honorowej.

Byłem jedynym Polakiem w szkole, co stwarzało okazję szkolnym łobuziakom przezywania mnie słowami "lenkas, lenkas ..." (Polak, Polak). Nie długo tak było. Opanowałem język litewski i miałem dobre wyniki w nauce, jedynie przedmioty ścisłe "nie leżały" mi od początku i tak zostało aż do matury. Dużo zawdzięczam naszej wychowawczyni, miłej i tolerancyjnej, której nie przeszkadzało, że jestem Polakiem i początkowo miałem trudności z opanowaniem języka litewskiego.

W domu wraz z ciocią nie mającą stałej pracy żyliśmy w niedostatku. Podstawowym wyżywieniem były ziemniaki z własnego ogródka, gotowane lub tarte na placki. Jadło się suchary z czarnego chleba, a kawałek słoniny lub mięsa z kiszoną kapustą lub ogórkami to była prawdziwa uczta, podobnie jak czerwona końska kiełbasa.

Brakowało pieniędzy na lepszą żywność, ale brakowało ich też na zeszyty i podręczniki. Znalazłem sposób na zdobywanie pieniędzy na szkolne potrzeby. Niedaleko nas był punkt skupu surowców wtórnych. W wolnym czasie zacząłem zbierać złom i kości, aby je sprzedawać. Złomu było niewiele, ale na brzegu rzeki Wilii były wysypiska śmieci, gdzie można było znaleźć kości wśród odpadów domowych. Gdy zebrałem 10 kg otrzymywałem 3 ruble, a to starczało na jeden podręcznik i kilka zeszytów. Za dobrą naukę otrzymałem szkolne nagrody w postaci książek z dedykacją. Były to m. in.: Jak hartowała się stal Nikołaja Ostrowskiego i Młoda Gwardia Aleksandra Fadiejewa. Bardzo lubiłem czytać. Korzystałem z biblioteki szkolnej, a później miejskiej. Tam korzystałem z literatury w języku litewskim. Ciocia Wera bardzo wcześnie uczyła mnie czytać i śpiewać patriotyczne piosenki w języku naszych ojców, po polsku. Pożółkłe karty Pana Tadeusza, z zaokrąglonymi od wielokrotnego w przeszłości czytania narożnikami były moją ukochaną książką, na której uczyłem się po polsku czytać.

Spotkał mnie wielki zaszczyt, gdy w 1955 roku w szkole litewskiej, w setną rocznicę śmierci Adama Mickiewicza, na okolicznościowej akademii, pozwolono mi deklamować wybrany fragment Pana Tadeusza w oryginalnym wydaniu. Pisał po polsku i w tym języku z dumą deklamowałem:

Litwo, Ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie: (...)

Czytałem wybrane fragmenty Księgi Pierwszej, o Matce Boskiej Ostrobramskiej, Nowogródzkiej ...

Czytając marzyłem o zwiedzaniu tych miejsc, tak cudnie opisanych przez wieszcza. Imponowała mi też nauka geografii i w tej dziedzinie odnosiłem sukcesy na szkolnych konkursach.

W szkole nabrałem przekonania, że nauka się opłaca. Brakowało na jedzenie, zimą marzłem z braku butów i odzieży. Fakt ten zauważono w szkole i za szkolne czy komitetu rodzicielskiego pieniądze, zakupiono mi zimowe buty. Kupnem zajęła się osobiście nauczycielka. To były moje pierwsze buty, a byłem już w czwartej klasie. Latem chodziłem boso, a zimą dotychczas w kapciach wykonanych przez ciocię lub kaloszach dużych rozmiarów. Gdy miałem 14 czy 15 lat, otrzymałem od cioci Heli z Warszawy mięciutki czarny sweter i spodnie wujka. Ten ubiór długo mi służył. Niekiedy ciocia przysyłała też paczki żywnościowe, a nawet sąsiedzi i mieszkający blisko nas brat cioci, Szczepan, widząc naszą biedę czasem coś darowali. Moim kolegą szkolnym i podwórkowym był Vytas, syn aktora z miejskiego teatru. Graliśmy w szachy i rozczytywali się w przygodowych powieściach.

Ciocia Wera była praktykującą katoliczką i zadbała, abym przystąpił do pierwszej komunii, a potem do bierzmowania. Pilnowała, abym co niedzielę uczestniczył we Mszy. W drodze z kościoła zbaczałem na miejscowe lotnisko, gdyż bardzo mnie interesowały samoloty, chciałem je widzieć z bliska.
W Kownie było lotnisko wojskowe, na którym bazowały samoloty transportowe Li-2. Imponowały mi w czasie lotów ćwiczebnych, najczęściej w szyku trójkowym. Wymykałem się też na łąki nad Niemnem, gdzie grupa szybowników rozpoczynała naukę latania. W dzień obserwowałem zajęcia, a wieczorami podkradałem się do nie pilnowanego szybowca, aby bawiąc się sterami wyobrażać sobie latanie. Podjąłem się poznawania wiedzy lotniczej korzystając ze sfabularyzowanej instrukcji dla chłopców pragnących zostać lotnikami. Miałem zaprzyjaźnionych pilotów, od których dowiedziałem się dlaczego ciężki samolot lata, dlaczego skrzydło ma niesymetryczny profil, co to jest siła nośna i siła ciągu. Moją ulubioną zabawą było udawanie latania samolotem myśliwskim. Imitacją kabiny była stara skrzynia uwiązana pod krokwią naszej szopy, a karabinem maszynowym strzykawka z wodą. W skrzyni była też imitacja drążka sterowego, orczyków i manetki gazu, oczywiście mojej roboty. Wiedziałem, że muszę się dużo uczyć, by w przyszłości być pilotem.

Z książki LITWA PO RAZ DRUGI autorstwa Andrzeja Firewicza wybrał: Józef Pszczółka

PS Dalsze losy autora przedstawimy w kolejnych artykułach

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.