WALKA Z CIENIEM czyli MOBBINGU w "Ekonomie" ciąg
dalszy
Wśród wielu szkół średnich
na Żywiecczyźnie mamy Zespół Szkół
Ekonomiczno-Gastronomicznych. Szkołę z dużymi tradycjami i
to szkołę, która kształci na dzień dzisiejszy 1066 uczniów
w 11 zawodach rozsianych
w 36 klasach oraz posiada 2 oddziały tzw. technikum uzupełniającego.
Słowem - kolos.
Naukę prowadzi 59
nauczycieli zatrudnionych w pełnym wymiarze czasu oraz 11
tzw. dochodzących. Zaś pod względem techniczno -
administracyjnym Zespół obsługuje 12 osób. Już te cyfry
świadczą o wielkości Zespołu.
Na mapie szkół województwa
bielskiego szkoła znajduje poczesne miejsce i jako jedna z
trzech na Żywiecczyźnie posiada certyfikat Śląska Szkoła
Jakości, co jest najwyższym wyróżnieniem dla placówki
szkolnej. O wartości tej szkoły świadczy fakt, że o jedno
miejsce ubiega się aż trzech kandydatów, podczas gdy niektóre
szkoły w Żywcu nie mają pełnego stanu. Absolwenci nie mają
specjalnych kłopotów w dostaniu się na studia, choć trudno
jest statystycznie ustalić aktualnie ich liczbę.
Również systematycznie w
ostatnich latach zmienia się obiekt szkolny pod względem
kubaturowym. Zagospodarowanie poddasza dało efekt w postaci
dodatkowych 8 sal lekcyjnych, pomieszczenia na archiwum i
radiowęzeł.
Wszystkie gabinety i sale
lekcyjne zostały wyposażone w nowoczesny sprzęt i pomoce
dydaktyczne.
W trakcie budowy jest sala
gimnastyczna, wprawdzie o niezbyt imponujących rozmiarach,
ale jest to wynik jej usytuowania i tym samym ograniczenia możliwości
zagospodarowania terenu wynikających z przepisów prawa
budowlanego. Ale i tak jest to największa sala gimnastyczna w
Żywcu.
Szkoła jako jedyna na Żywiecczyźnie
w ramach Euroregionu podjęła i utrzymuje współpracę z
podobną szkołą w Czadcy (Słowacja), gdzie uczniowie i
nauczyciele mają możliwość poznania tamtejszych form kształcenia
i odwrotnie. Organizują wspólne spotkania i imprezy
sportowo-turystyczne. W sumie z tej formy współpracy
skorzystało już ponad trzystu uczniów i nauczycieli.
Obecnie ta współpraca
odbywa się pod hasłem "INTERREG IIIA Polska - Słowacja",
który nosi nazwę programu edukacji uczniów na pograniczu
polsko-słowackim. Opis tego programu to materiał do odrębnej
prezentacji na łamach naszego pisma.
I kiedy wydawałoby się, że
jest sielsko i anielsko, że należy wystawiać klapy do orderów,
we wnętrzu tej placówki zasiano zamęt. A wszystko za sprawą
przedłużenia kontraktu dla urzędującego dyrektora szkoły
Józefa Bieguna. Współtwórca przedstawionych osiągnięć,
pełniący funkcję najpierw wicedyrektora, a później
dyrektora, jako jeden z ośmiu dyrektorów szkół na Żywiecczyźnie
dostał przedłużenie funkcji dyrektorskiej o jeden rok. I tu
zawrzało.
Grupa osób pragnących
zdobyć władzę w szkole (odwrotnie od tej krajowej trzymającej
władzę) postanowiła nie dopuścić do tego. Zaczęto bardzo
prozaicznie, czyli od anonimowego pisma do Kuratorium Oświaty
w Katowicach, a następnie wciągając w to prasę, czyli
Dziennik Zachodni i Kronikę.
Przeciętny czytelnik mógł
sobie wyobrazić, jakie to straszne rzeczy tam się dzieją.
Magiczne słowo mobbing, które po raz pierwszy użyła
"uczona" metodyczka z tej szkoły, powoli zaczęło
robić na czytelnikach wrażenie. Dla niektórych zaczęło się
to kojarzyć z molestowaniem seksualnym (zdecydowana część
zatrudnionych to przecież kobiety) i Bóg jeden wie, co tam
jeszcze.
Ciekawym w tym wszystkim
jest to, że tarczą był i jest jeden wszechmocny dyrektor
znany z imienia i nazwiska, czyli Józef Biegun, zaś
napastnicy ukryli się skwapliwie za parawanem poufności. I
tu już widać jak jest nieczysta to gra. Tłumaczenie się
obawą o utratę pracy jest dla mnie śmieszne i pachnie tchórzostwem.
Jeśli się wyciąga armatę to niech się pokaże kanonier,
którego i tak wszyscy znają, a grupa(ka) chcących zdobyć władzę
jest malutka i stanowi niecałe 10% grona nauczycielskiego,
choć w przypadku jej zdemaskowania pewnie połowa by się
szybko wycofała.
Aby dać "popalić"
dyrektorowi szkoły dziwnym trafem w obiekcie pojawiła się
Państwowa Inspekcja Pracy, która przez całe 8 dni
kontrolowała szkołę i w efekcie wydała nakaz, czyli
zalecenie wykonania "aż" 20 punktów, z których
takie bardzo ważne są m.in. nakaz zwrócenia jednej z pań
51 groszy oraz nakaz zakupu obuwia ochronnego dla jednej z
pracownic obsługi.
Zapomnieli inspektorzy
(jeden to mgr inż. i jeden mgr), że nigdy nie kupuje się
obuwia ochronnego przed przyjęciem pracownika do pracy, gdyż
oznaczałoby to, że trzeba dobrać pracownika do butów, a
nie odwrotnie.
Znamiennym jest fakt, że załącznikami
do tego protokołu jest 10 przesłuchań pracowników i to
przesłuchań poufnych, których treść zna tylko prokurator.
W konkluzji protokołu PIP-owskiego znalazło się
stwierdzenie: ....W trakcie przesłuchań uzyskano informacje
m o g ą c e w s k a z y-w a ć na przejawy mobbingu
stosowanego przez dyrektora Zespołu Szkół wobec świadków......
Czyli sam wnioskodawca ma już
wątpliwości, co do zasadności uzyskanych informacji w przesłuchaniach.
W rozmowie z dyrektorem Biegunem wyczuwam, że dąży on do
tego, aby w końcu w cztery oczy spotkać się
z adwersarzami i wreszcie wyjaśnić wszystkie sporne kwestie.
Rozmawiałem również z dwoma przypadkowo spotkanymi
nauczycielkami o dużym stażu pracy w tejże szkole, które
stwierdziły wprost "niech ta banda zamknie już swoje
dzioby i pozwoli wreszcie, aby placówka funkcjonowała
normalnie".
Nie dziwię się im, że
zastrzegły sobie swoją anonimowość.
Dodatkowego kolorytu dodaje
pismo podpisane przez niejakiego Przewodniczącego Śląskiej
Społecznej Rady Oświatowej pana Krzysztofa Śnioszek, który
"obudził się" 3 grudnia ubiegłego roku występując
z pismem do Wojewody Śląskiego pana Zygmunta Łukaszczyka,
zawiadamiając go o istotnym naruszeniu prawa przez Zarząd
Powiatu Żywieckiego w sprawie powierzenia stanowiska
dyrektora Zespołu Szkół Ekonomiczno-Gastronomicznych w Żywcu.
Szybkość reakcji na to zdarzenie jest imponująca.
Minęło bowiem pięć miesięcy
od momentu podjęcia decyzji przez Zarząd (2 lipca 2007 r.) aż
tu nagle jakiś tam społeczny organ reprezentowany przez
niejakiego pana Śnioszek podnosi larum w sprawie, której
bieg dawno się zakończył. Czyżby kolejny ruch "grupy
chcących zdobyć władzę"?
Moja rozmowa z dyrektorem
Biegunem jest nijaka. Jest rozżalony, że jak dotychczas nikt
nie chce z nim rozmawiać. Z jednej strony ma wiele aktów
pochwalnych oraz widoczne efekty tak w sferze dydaktycznej,
jak i tej pomocniczej, wyrażającej się w stałym
wzbogacaniu infrastruktury wewnętrznej, jak i zewnętrznej
obiektu. Z drugiej zaś wspomniana "grupka" za życia
bezcześci jego dorobek i co gorsze nie chce się odsłonić,
chociaż wszyscy wiedzą, kto jej przewodzi. Twierdzi, że po
ustaleniu personaliów sprawę kieruje do sądu z powództwa
cywilnego.
Gdyby takowe sytuacje zdarzały
się w partiach czy organach samorządowych to pal licho, bo
tam życie to walka, ale dzieje się to na oczach tysięcznej
rzeszy uczniów, w gronie prawie setki dorosłych ludzi
pracowników tej placówki, gdzie ludzie z zewnątrz mówią:
to po prostu wstyd!
Nie mam zamiaru tym artykułem
zamykać tej dla mnie haniebnej historii, gdzie z jednej
strony jest osoba wystawiona na widok publiczny, z drugiej zaś
"grupka" tchórzy, którzy w imię pojętych dla
siebie wartości rozpętali burzę obniżając wartość
etyczną całej placówki.
Nie ma idealnych kolektywów
pracowniczych, gdyż każdy z nas ma inny charakter, ale w
zawodzie nauczycielskim tchórzostwo jest wadą, gorzej - jest
dyskwalifikacją pedagoga. A jeśli za tym kryje się interes
własny, dążność do władzy za wszelką cenę, to jest to
żałosne.
Wykreowane przez jedną z
metodyczek słowo mobbing, którego interpretacja jest żywo
zerżnięta z internetu, akurat nie pasuje do sytuacji, o której
piszę. To słowo jest nośne dzisiaj w naszych nie zawsze
ciekawych czasach i ktoś skrzętnie je wykorzystał.
I na koniec moja własna
refleksja. Rzadko się w mobbingu zdarza, aby był kat, a
ofiar nie było. Coś tu chyba nie tak. Ale to już zostawiam
osądowi Czytelników. A swoją drogą: tchórze, wyjdźcie
wreszcie z ukrycia!
"Mobbingowiec" Kazimierz Semik