CZWARTA STRONA ŚWIATA MOUNT EVERESTU cd.
Wreszcie jest Dorjje,
serdeczne powitanie, przypomnienie zeszłorocznej wspinaczki
na Chang La (przełęcz Północna) i najważniejsze
oczekiwanie na jakąś nadzieję, co dalej? Dorjje głęboko
patrzy w me oczy, długo, bez słowa, wreszcie oświadcza:
"dobrze, ale będzie cię to kosztowało", pytam
natychmiast: ile? Chwila przerwy - 300 zielonych, i muszę to
zrobić w trzy dni. Dostałem mocny zastrzyk adrenaliny,
natychmiastowa decyzja - DOBRZE. Następuje drugi akt
"konferencji", negocjacje warunków - ceny
przewodnika i tragarza oraz namiotów, tutaj poszło szybko,
bez problemów. Wręczam gotówkę pod warunkiem, że Dorjje
idzie
z nami do szlabanu, wyraził zgodę. Wieczorem prosi mnie na
kolejną "konferencję", zapoznaje mnie z
przewodnikiem i tragarzem i oświadcza, że on jutro nie może
iść z nami, bo ma pilne sprawy, ale wręcza mi papier z
czerwoną okrągłą pieczęcią, co daje gwarancję udania się
na upragnioną Lho La. Przewodnika
i tragarza oceniłem jako bardzo drobnych ludzi, a tragarza zwłaszcza
jako dziecko 14-15 lat. No cóż, nie dyskutuję, bo Dorjje
wie co robi. Muszę stwierdzić, że dużo chodziłem po
Himalajach z tragarzem i przewodnikiem, ale takich opiekuńczych
jeszcze nie miałem. Jeżeli powiem, że zdejmowali i ubierali
mi buty i lacie, nie wyłączając raków to mało, bo z bagażu
to ja miałem tylko kijki, które były przecież konieczne w
czasie wspinaczki, nawet sprzęt fotograficzny mi nieśli.
Ja
miałem i tak bardzo wysoko postawioną poprzeczkę, bo uciążliwą
i trudną drogę. Były szczeliny i ścianki 3-4 m wysokości
do pokonania albo skokiem w dół. No, na mój wiek skok z
pierwszego piętra to trochę za wysoko, chociaż w młodości
nie było problemów, więc pokonywałem je w rakach, drogę
na minimum pięć dni ja musiałem pokonać w trzy dni. Musiałem
obietnicy dotrzymać, bo Dorjje mógłby mieć problemy,
gdybym na czas nie wrócił. Drodze jakoś sprostałem, gorsze
były te dwie noce, namiociki wiatrem podszyte, bez tropiku,
niewielka różnica temperatury wewnątrz i na zewnątrz, po
prostu ocieplenie dała dopiero skorupa śnieżno-lodowa, w
jaką się czasza namiotu przekształciła. Wszystko co było
płynne w namiocie zamieniło się w bryłę lodu. Jak to się
mówi, przemarzłem do szpiku kości, co spowodowało chyba
normalne jakieś zapalenie, które leczyłem zdwojoną dawką
aspiryny i panadolem. Ale przecież nie to było istotą,
istotą była PRZEŁĘCZ LHO LA, na której wreszcie stanąłem,
po lodowcu i śniegu której deptałem.
Znalazłem się przecież na
miejscu naszej narodowej górskiej największej tragedii. To
tutaj w 1989 roku dnia 27 maja zginęło 5-ciu w tym czasie
naszych wspaniałych HIMALAISTÓW przysypanych lawiną z
KHUMBUTSE, w tym nasz Zygmunt Andrzej HEINRICH, któremu
napisałem epitafium:
Gdzie jesteś ma Ziemio
Rodzinna?
Tam gdzie me serce i dusza dziecinna.
Gdzie mej kolebki ostały się zręby?
Tam gdzie szumiące smreki i dęby.
Gdzie wydeptane mą stopą ścieżyny?
Tam gdzie ulotne kwilenie ptaszyny.
Gdzie jest ma droga życia skromnego?
Gdzie me posłanie do snu wiecznego?
Kochałem góry tak bardzo, - głęboko,
Wybrałem szlaki podniebne, - wysoko,
To za nie złożyłem me serce i życie,
Przy upragnionym cudownym mym szczycie,
Lawina okrutna porwała me ciało,
Tam w Himalajach na wieki zostało,
Porwała me serce, porwała me ciało,
Czyż więc dla Moich nic nie pozostało?
Dla kogo me czyny, sukcesy dla kogo?
Które okupiłem tak okrutnie drogo.
Czy tylko pustka, czy tylko wspomnienie,
A może potomnym zadośćuczynienie?
Mą Ziemią Rodzinną, to Ziemia Żywiecka,
Ją pokochałem miłością czystą, miłością dziecka.
To Ona jak Matka schronienie mi dała,
I w zamian jak Matka, nic nie zażądała.
To Ona, Jej ludzie rzeźbią przyszłość moją.
To Ona, w trudach życia mego była mi ostoją.
Wam jestem wdzięczny za dar mej osobowości,
To Wam jestem winien ogrom mej miłości.
Cóż w wiecznym hołdzie Mej Ziemi mam złożyć,
Cóż w Moją Ziemię mogę dziś położyć?
Może w symbolicznym grobie kamień Everestu
A ja wdzięczny z Niebiosów nie złożę protestu.
Pod POŁUDNIOWĄ PRZEŁĘCZĄ u Everestu nóg,
Tam na wspinaczki niebiańskie powołał mnie Bóg,
By wspinać się wyżej, bez raków i liny,
Na Boskie szczyty do niebiańskiej Dziedziny.
Szukałem na Przełęczy
czegoś, co by upamiętniało tą tragedię, jakąś tablicę,
obelisk, cokolwiek, nic nie znalazłem, może śniegi zasypały,
tak jak ciała naszych rodaków? Pozostało mi jedynie poświęcić
trochę czasu na odrobinę przemyśleń i zadumy, głębokiej
zadumy nad przemijaniem przede wszystkim, bo moja nawet
ekstaza i szczęście ze zdobycia tej upragnionej Przełęczy,
też przeminęła i to jest trochę przykre uczucie, uczucie
przemijania i tego się nie da zatrzymać, to już stało się
przeszłością, po prostu jest już historią. To tylko dla
tych pięciu czas się zatrzymał, ale ONI na to nie mieli wpływu,
tak chciał los, tak chciały góry, tak chciał BÓG. Jestem
u podnóża KRÓLA GÓR na Jego wspaniałym dziedzińcu i to
ON częstuje mnie tutaj cudownymi darami, jak na Króla Gór -
BOGINIĘ MATKĘ ZIEMI przystało i nasycony tymi darami z tęsknotą
i pragnieniem za, jeszcze wracam i myślę, czy jeszcze tu
kiedykolwiek wrócę?
Jestem szczęśliwy, widzę,
że i moi wspaniali ludzie cieszą się z tego, że ja jestem
szczęśliwy, o zmęczeniu i mrozie się nie pamięta, nie
czuje!
Wracamy do bazy hotelowej -
namiotowej, Dorjje nas oczekuje, wita i wielce gratuluje, ja
mu serdecznie dziękuję i wręczam skromny upominek - biało-czerwoną
czapeczkę z pięknie wyhaftowanym ORŁEM i napisem POLSKA.
Wracam do kraju, może mogło być więcej, ale z nadzieją i
z myślą, że na potem coś trzeba zostawić, oby tylko Bozia
zdrowie dała.
Przeżycia cudowne, wspaniałe,
jakich i Czytelnikom serdecznie życzę, a z którymi pragnął
się podzielić piszący te słowa Edmund Zaiczek.
PS. Szanownej Redakcji
serdeczne dzięki za możliwość publikacji.
Edmund Zaiczek