Nad Sołą i Koszarawą - nr 24 (223) - 15 Grudzień 2007

 |poprzdni artykuł|   |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł| 

 

Prosto z mostu

Wydawało się, że wraz z wyborami parlamentarnymi i zmianą ekipy rządzącej będzie wreszcie w kraju spokój. Okazało się, że to nie tak. Przegrany obóz, czyli partia, która w swej nazwie ma słowa Prawo i Sprawiedliwość oraz dwie przystawki Samoobrona i Liga Rodzin Polskich przestały rządzić. O ile te dwie ostatnie zostały całkowicie "pożarte" i ich liderzy pogodzili się z totalną klęską, o tyle partia "wodzowska" z "królem" Jarosławem Kaczyńskim z tą sytuacją nie pogodziła się.

Ja rozumiem "króla", który musi oddać ciepły tron, że jest mu po prostu żal tej synekury. Ale jak twierdzą ludzie inteligentni: przegrać trzeba umieć. Ale do tego jeszcze wrócimy. Natomiast nie mogę za cholerę zrozumieć "cesarza", czyli pana prezydenta, który obraził się prawie na cały świat, że wyborcy "wykopali" mu na aut jego brata, czyli mniejszego z "małych braci".

Kultura nakazuje po wyborach powiedzieć choć dwa słowa do ludu i pogratulować zwycięzcom wyborów, na których zagłosowało bądź co bądź ponad 7 milionów rodaków. Tego gestu niestety "cesarz" nie wykonał.

Idąc dalej prawie, że spostponował kandydata na premiera, czyli Donalda Tuska wręczając mu akt, by mógł kompletować rząd. Było to żałosne. Spotkanie tak niezwykle w swej istocie ważne trwało 39 sekund. I co przeciętny śmiertelnik czy zwykły wyborca mógł o tym sądzić.

O wiele wyżej ceniłem swojego prezydenta, człowieka z tytułem profesorskim, człowieka mieniącego się prezydentem wszystkich Polaków. Czarę goryczy przelał w momencie zaprzysiężenia rządu, gdzie w swym krótkim wystąpieniu więcej uwagi poświęcił poprzedniej ekipie niż oczekiwaniom ze strony aktualnej władzy rządowej. Słowem "błogosławieństwa" nie było. Świadczy to o tym, że "cesarz" jest nagi.

Brak jego obecności w Sejmie w czasie ważnej debaty, jaką jest exposé nowego premiera odbił się echem w prasie światowej, gdyż w państwach demokratycznych, a do takich Polska się zalicza, jest to niespotykane.

Ja rozumiem, że żal za braciszkiem jest zjawiskiem normalnym i wytłumaczalnym, ale stosunki rodzinne a polityka krajowa oglądana prawie na całym świecie to jednak dwie różne rzeczy.

Nie do końca mogę zrozumieć gesty pana prezydenta, kiedy to mianując na szefa swojej kancelarii panią Fotygę zrobił w pałacu prawie że spektakl. A w sumie dotyczyło to osoby, która na poprzednim stanowisku ministra spraw zagranicznych wypadła bardzo, a bardzo blado.

"Cesarz" dał nam do zrozumienia jak niewiele liczy się dla niego opinia społeczna wyrażona w demokratycznych wyborach. Dalsze jego poczynania lub ich brak świadczą wyraźnie, że jest to "mały" politycznie człowiek.

Te parę spostrzeżeń wskazuje wyraźnie, że prezydent jest w wyraźnej opozycji do rządu. Mogę domniemywać, że jest to zasługą jego dworzaninów, którzy wyraźnie panoszą się w pałacu prezydenckim.

Ta taktyka niewiele przyniesie pożytku krajowi i będzie hamulcem na drodze wprowadzania reform, które mają przynieść pożytek dla społeczeństwa polskiego.

Wróćmy jednak do "króla" zostawiając "cesarza". Otóż ten pan zachował się prawie, jak pajac, zapominając o tym, że wychodząc ze swojego "wyrka" trzeba po sobie posprzątać. Jak można porzucić swoje stanowisko nie przekazując go swojemu następcy. W każdym zwykłym zakładzie pracy, a za taki na pewno można uznać kancelarię pana premiera, jest zwyczaj, że przekazuje się nie tylko klucze, ale również wyposażenie. Świadczy to o zwykłej kulturze i nie tylko. Świadczy to również o poszanowaniu prawa pracy, w czym zresztą specjalizował się większy z "małych braci" uzyskując tytuł profesora z zakresu prawa pracy.

Nie mając w tej materii zbyt wielkiego doświadczenia porzucenie pracy zgodnie z art. 52 §1 obliguje pracodawcę do zwolnienia dyscyplinarnego. I co się okazuje, pracodawca, czyli Sejm, z tej możliwości nie skorzystał. Jestem tylko ciekaw czy pan ex premier dostał odprawę z tytułu utraty pracy.

Moje dywagacje są może śmieszne, gdyż temat traktuję trochę na wesoło z uwagi na zbliżające się święta Bożego Narodzenia. Ale nie ma w nich ani krzty kpin, gdyż ludzie widzą to na co dzień. Czekałem z pisaniem felietonu na koniec kongresu PIS-u. I czego się doczekałem. Przyparci do muru delegaci wysłuchali z uwagą wystąpienia wodza, które było dostępne dla "szaraczków" takich między innymi jak ja, by później ustami klakierów (Cymański, Kurski) wytłumaczyć narodowi, że to, co dotychczas było robione, to było och i ach.

Świąteczny charakter tego wydania gazety nie pozwala mi na rozprawę w sensie definitywnym z przeszłością, która miała miejsce przed wrześniowymi wyborami. Przegrane "przystawki", czyli Samoobrona i LPR powoli schodzą ze sceny. Ale robią to godnie, tak premier Lepper, który chciał zapłacić traktorem za seks, którego podobno nie uprawiał, jak i premier Giertych za swoje mundurki szkolne, których młodzież nie bardzo chce nosić. Odeszli ze sceny politycznej i chwała im za to. Ateista powiedziałby: cześć ich pamięci!

Martwi mnie co innego. W tzw. opozycji znalazł się tzw. LiD - formacja lewicowa, która jest całkowicie nie reprezentatywna dla ludzi o zapatrywaniach lewicowych. Konglomerat ludzi naprędce pozbieranych rozwalił do końca Sojusz Lewicy Demokratycznej, a zbitka przypadkowych nazwisk w tzw. LiD dała taki, a nie inny wynik w ostatnich wyborach.

Nigdy nie byłem entuzjastą partii chłopskiej, jaką jest PSL, chociaż od zawsze mieszkam na wsi i nigdy z tej wsi się nie wyprowadziłem. Ale podziwiam ludzi, czy jak kto woli, działaczy tej partii, którzy twardo trzymają się swoich rdzennych korzeni. To prawda, że był okres w tej partii, gdzie była również "przystawką", a może nawet przynętą dla rządzących ugrupowań, ale przeżyła i dziś ma się dobrze. Nawet "hulaszcza" Samoobrona, która w gumiakach weszła na warszawskie salony nie pozbawiła PSL-u swojej tożsamości.

Dlatego też polska lewica zrzeszona pod szyldem Sojuszu Lewicy Demokratycznej powinna oczyścić się z "pijawek", zrobić sobie spokojnie rachunek sumienia, poszukać ideowego przywódcy i w spokoju, będąc rozsądną opozycją, budować program dla ludzi pracy, przygotować się do startu w kolejnych wyborach parlamentarnych.

Nie wiem czy nie warto porzucić zgranych politycznie nazwisk, a wrócić np. do pana Włodzimierza Cimoszewicza, który mógłby poprowadzić tą partię do przodu, oczywiście nie rezygnując z młodych, utalentowanych działaczy, którzy będą przyszłością tej partii. Kończąc swoje rozważania chciałbym z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia życzyć moim Czytelnikom dużo radości oraz spełnienia najskrytszych marzeń. Zaś politykom życzę, aby okres świat spożytkowali na rozważaniach, co by zrobić, by nam, Polakom, lepiej się żyło.

Wesołych Świąt życzy

Kazimierz Semik

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.