Prosto z mostu
Wydawało się, że wraz z
wyborami parlamentarnymi i zmianą ekipy rządzącej będzie
wreszcie w kraju spokój. Okazało się, że to nie tak.
Przegrany obóz, czyli partia, która w swej nazwie ma słowa
Prawo i Sprawiedliwość oraz dwie przystawki Samoobrona i
Liga Rodzin Polskich przestały rządzić. O ile te dwie
ostatnie zostały całkowicie "pożarte" i ich
liderzy pogodzili się z totalną klęską, o tyle partia
"wodzowska" z "królem" Jarosławem Kaczyńskim z tą sytuacją
nie pogodziła się.
Ja rozumiem "króla",
który musi oddać ciepły tron, że jest mu po prostu żal
tej synekury. Ale jak twierdzą ludzie inteligentni: przegrać
trzeba umieć. Ale do tego jeszcze wrócimy. Natomiast nie mogę
za cholerę zrozumieć "cesarza", czyli pana
prezydenta, który obraził się prawie na cały świat, że
wyborcy "wykopali" mu na aut jego brata, czyli
mniejszego z "małych braci".
Kultura nakazuje po wyborach
powiedzieć choć dwa słowa do ludu i pogratulować zwycięzcom
wyborów, na których zagłosowało bądź co bądź ponad 7
milionów rodaków. Tego gestu niestety "cesarz" nie
wykonał.
Idąc dalej prawie, że
spostponował kandydata na premiera, czyli Donalda Tuska wręczając
mu akt, by mógł kompletować rząd. Było to żałosne.
Spotkanie tak niezwykle w swej istocie ważne trwało 39
sekund. I co przeciętny śmiertelnik czy zwykły wyborca mógł
o tym sądzić.
O wiele wyżej ceniłem
swojego prezydenta, człowieka z tytułem profesorskim, człowieka
mieniącego się prezydentem wszystkich Polaków. Czarę
goryczy przelał w momencie zaprzysiężenia rządu, gdzie w
swym krótkim wystąpieniu więcej uwagi poświęcił
poprzedniej ekipie niż oczekiwaniom ze strony aktualnej władzy
rządowej. Słowem "błogosławieństwa" nie było.
Świadczy to o tym, że "cesarz" jest nagi.
Brak jego obecności w
Sejmie w czasie ważnej debaty, jaką jest exposé nowego
premiera odbił się echem w prasie światowej, gdyż w państwach
demokratycznych, a do takich Polska się zalicza, jest to
niespotykane.
Ja rozumiem, że żal za
braciszkiem jest zjawiskiem normalnym i wytłumaczalnym, ale
stosunki rodzinne a polityka krajowa oglądana prawie na całym
świecie to jednak dwie różne rzeczy.
Nie do końca mogę zrozumieć
gesty pana prezydenta, kiedy to mianując na szefa swojej
kancelarii panią Fotygę zrobił w pałacu prawie że
spektakl. A w sumie dotyczyło to osoby, która na poprzednim
stanowisku ministra spraw zagranicznych wypadła bardzo, a
bardzo blado.
"Cesarz" dał nam
do zrozumienia jak niewiele liczy się dla niego opinia społeczna
wyrażona w demokratycznych wyborach. Dalsze jego poczynania
lub ich brak świadczą wyraźnie, że jest to "mały"
politycznie człowiek.
Te parę spostrzeżeń
wskazuje wyraźnie, że prezydent jest w wyraźnej opozycji do
rządu. Mogę domniemywać, że jest to zasługą jego
dworzaninów, którzy wyraźnie panoszą się w pałacu
prezydenckim.
Ta taktyka niewiele
przyniesie pożytku krajowi i będzie hamulcem na drodze
wprowadzania reform, które mają przynieść pożytek dla społeczeństwa
polskiego.
Wróćmy jednak do "króla"
zostawiając "cesarza". Otóż ten pan zachował się
prawie, jak pajac, zapominając o tym, że wychodząc ze
swojego "wyrka" trzeba po sobie posprzątać. Jak można
porzucić swoje stanowisko nie przekazując go swojemu następcy.
W każdym zwykłym zakładzie pracy, a za taki na pewno można
uznać kancelarię pana premiera, jest zwyczaj, że przekazuje
się nie tylko klucze, ale również wyposażenie. Świadczy
to o zwykłej kulturze i nie tylko. Świadczy to również o
poszanowaniu prawa pracy, w czym zresztą specjalizował się
większy z "małych braci" uzyskując tytuł
profesora z zakresu prawa pracy.
Nie mając w tej materii
zbyt wielkiego doświadczenia porzucenie pracy zgodnie z art.
52 §1 obliguje pracodawcę do zwolnienia dyscyplinarnego. I
co się okazuje, pracodawca, czyli Sejm, z tej możliwości
nie skorzystał. Jestem tylko ciekaw czy pan ex premier dostał
odprawę z tytułu utraty pracy.
Moje dywagacje są może śmieszne,
gdyż temat traktuję trochę na wesoło z uwagi na zbliżające
się święta Bożego Narodzenia. Ale nie ma w nich ani krzty
kpin, gdyż ludzie widzą to na co dzień. Czekałem z
pisaniem felietonu na koniec kongresu PIS-u. I czego się
doczekałem. Przyparci do muru delegaci wysłuchali z uwagą
wystąpienia wodza, które było dostępne dla "szaraczków"
takich między innymi jak ja, by później ustami klakierów
(Cymański, Kurski) wytłumaczyć narodowi, że to, co
dotychczas było robione, to było och i ach.
Świąteczny charakter tego
wydania gazety nie pozwala mi na rozprawę w sensie
definitywnym z przeszłością, która miała miejsce przed
wrześniowymi wyborami. Przegrane "przystawki",
czyli Samoobrona i LPR powoli schodzą ze sceny. Ale robią to godnie, tak
premier Lepper, który chciał zapłacić traktorem za seks,
którego podobno nie uprawiał, jak i premier Giertych za
swoje mundurki szkolne, których młodzież nie bardzo chce
nosić. Odeszli ze sceny politycznej i chwała im za to.
Ateista powiedziałby: cześć ich pamięci!
Martwi mnie co innego. W
tzw. opozycji znalazł się tzw. LiD - formacja lewicowa, która
jest całkowicie nie reprezentatywna dla ludzi o
zapatrywaniach lewicowych. Konglomerat ludzi naprędce
pozbieranych rozwalił do końca Sojusz Lewicy Demokratycznej,
a zbitka przypadkowych nazwisk w tzw. LiD dała taki, a nie inny wynik w ostatnich wyborach.
Nigdy nie byłem entuzjastą
partii chłopskiej, jaką jest PSL, chociaż od zawsze
mieszkam na wsi i nigdy z tej wsi się nie wyprowadziłem. Ale
podziwiam ludzi, czy jak kto woli, działaczy tej partii, którzy
twardo trzymają się swoich rdzennych korzeni. To prawda, że
był okres w tej partii, gdzie była również "przystawką",
a może nawet przynętą dla rządzących ugrupowań, ale przeżyła
i dziś ma się dobrze. Nawet "hulaszcza"
Samoobrona, która w gumiakach weszła na warszawskie salony
nie pozbawiła PSL-u swojej tożsamości.
Dlatego też polska lewica
zrzeszona pod szyldem Sojuszu Lewicy Demokratycznej powinna
oczyścić się z "pijawek", zrobić sobie spokojnie
rachunek sumienia, poszukać ideowego przywódcy i w spokoju,
będąc rozsądną opozycją, budować program dla ludzi
pracy, przygotować się do startu w kolejnych wyborach
parlamentarnych.
Nie wiem czy nie warto
porzucić zgranych politycznie nazwisk, a wrócić np. do pana
Włodzimierza Cimoszewicza, który mógłby poprowadzić tą
partię do przodu, oczywiście nie rezygnując z młodych,
utalentowanych działaczy, którzy będą przyszłością tej
partii. Kończąc swoje rozważania chciałbym z okazji zbliżających
się świąt Bożego Narodzenia życzyć moim Czytelnikom dużo
radości oraz spełnienia najskrytszych marzeń. Zaś
politykom życzę, aby okres świat spożytkowali na rozważaniach,
co by zrobić, by nam, Polakom, lepiej się żyło.
Wesołych Świąt życzy
Kazimierz Semik