Zwyczaje bożonarodzeniowe na Żywiecczyźnie
Podobnie jak święta
wielkanocne, szczególnie uroczyście obchodzone były na Żywiecczyźnie
święta Bożego Narodzenia. Nasi przodkowie, żyjąc w
zgodzie z rytmem przyrody, upływ czasu mierzyli ważniejszymi
świętami i okresami, które po nich następowały lub je
poprzedzały.
Najważniejsze z nich były
Gody - "święta rodziny i sąsiedztwa, święta dzieci i
służby" - rozpoczynające się wigilią. Do świąt
tych każdy musiał się odpowiednio przygotować i przeżyć
radosny czas oczekiwania - adwentu. Okres poprzedzający
moment narodzin Chrystusa był czasem wyczekiwania, który mógł
rzutować na cały nadchodzący rok, bowiem radosne i gwarne
Gody (ta starożytna nazwa ma związek z zetknięciem się dwóch
lat - godów starego i nowego) poprzedzał magiczny okres, który
w kulturze górali żywieckich był wyrocznią pogody,
powodzenia, zapowiedzi zdrowia, klęsk czy urodzajów.
Cały ten pięciotygodniowy
okres na Żywiecczyźnie cechowały zwyczajowe zachowania wypływające
z podstaw religijnych i wymogów lokalnej obyczajowości.
Przestrzegano surowych postów (zwłaszcza w piątki, środy i
soboty), milkło muzykowanie i wesołe śpiewki, nie noszono
barwnych, paradnych strojów. Starzy ludzie napominali, aby w
adwencie nie ruszać uśpionej ziemi, bo spowoduje to ogromne
nieurodzaje. Urozmaicenie monotonnych dni i nocy wprowadzały
tradycyjne obchody związane z dniem św. Andrzeja, Łucji,
Mikołaja oraz z dniem św. Tomasza. Jak podaje lokalny
przekaz ustny, w wigilię św. Andrzeja (30 XI) z "dawien
dawna" popularne były panieńskie wróżby. Najbardziej
rozpowszechnione było lanie wosku
i odczytywanie przyszłości poprzez analizę zastygłej
woskowej bryły.
Popularnym sposobem wróżenia
było chowanie pod odwrócone dnem do góry garnuszki: grudki
soli (ciężkie życie), mirtu (radość), kawałka gliny (śmierć),
pierścionka (ślub), różańca (klasztor), lalki z gałganków
(dziecko).
Przekładano kolejno przez
izbę kierpce, wnoszono gąsiora z zawiązanym łbem, do której
panny podszedł, ta jako pierwsza za mąż wyszła.
Na noc układały dziewczęta
trzy kawałki drewna (jeden z korą, drugi na wpół z niej
obdarty, trzeci całkiem gładki). Rano dziewczyna wyjmowała
jeden z kawałków, co symbolizowało: ten z korą (bogatego męża),
odkorowany (biedaka), gładki (męża średnio zamożnego).
Na św. Mikołaja istniał
zwyczaj wkładania pod poduszkę skromnych upominków (najczęściej
parę cukierków, jabłek czy suszonych owoców).
"Piernikowe" mikołajki uchodziły za przejaw
luksusu.
W tradycyjnych wyobrażeniach
mieszkańców Beskidu Żywieckiego dzień św. Łucji (13 XII)
rozpoczynał ciąg szczególnych dwunastu dni poprzedzających
Boże Narodzenie. Gospodarze robili codziennie obserwacje
pogody, bowiem przez analogię odgadywano, jaka będzie pogoda
w pierwszych połowach wszystkich kolejnych miesięcy
kalendarzowych.
Drugą połowę prognozowano
robiąc takie obserwacje przez dwanaście dni pomiędzy Bożym
Narodzeniem, a świętem Trzech Króli.
Gospodarze w tym okresie
wierzyli, iż jest to czas wzmożonego działania sił
magicznych. Praktykowano różne zabiegi, mające na celu
wykrycie czarownic odbierających krowom mleko. Jeżeli zjawiła
się w tym dniu pod byle pretekstem jakaś kobieta, uważana
była za czarownicę.
Szczególnie niebezpieczny
był sam dzień św. Łucji, bowiem według wierzeń, w tym
dniu najbardziej czarownice grasowały po wsi, usiłując coś
ukraść albo podrzucić czary w postaci: uschniętej żaby,
kości z nieboszczyka, powodując tym ogromne straty w
gospodarstwie. Dlatego w tym dniu szczególnie pilnowano zagród,
ściśle przestrzegano zakazu pożyczania czegokolwiek, a
strachliwe gospodynie codziennie przez dwanaście dni odkładały
po jednej szczapie drewna opałowego, by po wieczerzy
wigilijnej rozpalić nimi w piecu.
Dzień św. Tomasza (21
XII), będący najkrótszym dniem roku słonecznego,
traktowany był jako szczególne święto wprowadzające w
nastrój świąt Bożego Narodzenia. W tym dniu rozpoczynały
się charakterystyczne dla górali żywieckich powinszowania,
które w nieco zmienionej formie przetrwały do dziś.
Wchodzący do domu zobowiązany
był mówić: "Na scyńści, na zdrowi, na tego świntygo
Tomasza, zebyście byli zdrowi, weseli jako w niebie janieli.
Hop, hop, hop." Ostatnim słowom towarzyszyły trzy
podskoki do góry z mocnym tupnięciem, co miało zapewnić
pomyślność domownikom, którzy na takie życzenia
odpowiadali: "Tak to Boze dej".
Nie było jednak obojętne,
kim była pierwsza życząca osoba: młody, żwawy chłopak
(rok zapowiadał się szczęśliwie), kobieta lub grubo
odziany człowiek (nie wróżyło to dobrze).
"Święty Toma siedzi
doma" mówili drwale i robotnicy jeżdżący do lasu i
pod żadnym pozorem nie wychodzili poza gospodarstwo. Zakaz
ten był respektowany bardzo ściśle, bowiem ten, kto wtedy
zaryzykował i pojechał do lasu, zginąć miał w nieszczęśliwym
wypadku. Górale wierzyli również, iż przywiezienie w tym
dniu czegokolwiek z lasu może sprowadzić do gospodarstwa
gady (węże i żmije).
Najbardziej magicznym dniem
była i jest Wigilia Bożego Narodzenia. Górale mówili
"Jaka wigilia taki cały rok", dlatego w tym dniu
nie wolno ociągać się z robotą, kłócić ani przeklinać.
Gdy dopisywała pogoda powtarzano: "Jak we wigilię
jasno, to w stodole ciasno".
Symboliczne słowa
wypowiedziane w dobrej intencji nabierały pozytywnej,
magicznej mocy. Dlatego od rana chłopcy przychodzili
zawinszować, a dzieci z biednych rodzin biegały po całej
wsi, bo coś chciały sobie zarobić. Jeszcze przed wschodem słońca
gospodarz szedł do lasu po połaźnicę, ścinając przy
okazji wierzchołki mniejszych jodełek, które były
przeznaczone do ozdoby świętych obrazów w izbie.
Przyniesione
drzewko pozostawało w sieni, dopóki nie zdjęto ze strychu
ubiegłorocznej połaźnicy oraz gałązek zza obrazów, mówiąc:
"Wychodź gościu stary, bo tam pójdzie nowy".
Następnie połamane suche
gałązki zapalano, a domownicy grzali nogi, aby ich nie bolały.
Później wnoszono nową połaźnicę i strojono ją na święta.
Wieszano na niej najpierw tylko jabłka i kulisty świat
(symboliczna ozdoba wyklejona z opłatków), później ciastka
z foremek, kostki cukru czy kwacka owiniętego w kolorowy
papier. Do dnia dzisiejszego zwraca się uwagę na tradycyjne
przygotowanie stołu wigilijnego, na którym rozkłada się
grubą warstwę siana (żeby Jezusowi było miękko lub żeby
siano w przyszłym roku było bogate). Do siana kładzie się
owies dosypywany później do ziarna siewnego na urodzaj, kładzie
się także pieniądze, aby ich w ciągu roku nie brakowało.
Dawniej wkładano też główki czosnku i cebuli, aby byli
wszyscy zdrowi. Wszystko to nakrywa się płachtą do siana -
obecnie obrusem.
Na nakrytym stole musi leżeć
bochen swojskiego chleba, niegdyś cztery, w każdym rogu
jeden (aby ze wszystkich czterech stron świata dar Boży szedł
do domu), obok chleba leżą opłatki, miód, masło oraz łyżki
- jedna dla przybysza. Pod stołem stoi kosz z ziemniakami
przeznaczonymi do sadzenia. Niektórzy górale przestrzegali
tego, aby przy wigilijnym stole było wszystko, co się sieje
i sadzi. Gdy na niebie zabłyśnie pierwsza gwiazda, gospodarz
idzie do szopy, aby bydłu dać chleb z opłatkiem, bowiem w tę
noc zwierzę może przemówić ludzkim głosem. Z myślą o
duszach zmarłych lub o bliżej nieokreślonym przybyszu
stawiano na stole jedno nakrycie więcej, a wspólną modlitwę
kończono odmówieniem: "Wieczne odpoczywanie..."
Przy wigilijnym stole najważniejszą
rolę pełnił najstarszy mężczyzna, posiadający przywilej
obdzielania pozostałych opłatkiem, którym następnie się
dzielono. Po tym od "godniego chleba" rozpoczynano
wieczerzę. Gospodarz odkrawał z bochenka "piętkę",
okrajek, w którą wkładano opłatek (godni okrajek) i
chowano go pod obrus. Okrajek ten miał czarodziejską moc,
pokruszony do ziarna siewnego chronił zboże od żywiołów,
a pokruszony wraz z kadzidłem zapewniał pomyślny chów bydła.
Odłożywszy okrajek, gospodarz rozdawał wszystkim (według
starszeństwa) kolejne kromki. Należało je smarować grubo
masłem, żeby krowy dobrze się doiły przez cały rok. Później
podawano kolejne potrawy, ogółem musiało ich być 12 (tyle,
ilu jest apostołów).
Składało się na to
wszystko to, co w polu rosło. Z każdej potrawy, pierwsze
trzy łyżki przeznaczano dla bydła, a tam gdzie były blisko
lasy, także dla wilka, aby owiec nie pozabijał. W trakcie
jedzenia rozmowy powinny toczyć się tylko wokół spraw
gospodarskich. Jedząc ziemniaki ustalali, gdzie je będą
sadzić, żur - gdzie będą siali owies itp. Wierzono, iż te
rozmowy wpłyną na urodzaj.
W czasie spożywania tego
obrzędowego posiłku obowiązywały różne wzory zachowań
np. nie wolno było wstawać od stołu, aby nie spowodować
czyjejś śmierci lub swojej, nie wolno było upuścić łyżki,
bo wróżyło to śmierć.
Obserwowano również płomienie
świec i dym po ich ugaszeniu: dym unoszący się do góry
oznaczał zdrowie, dym ścielący się ku ziemi lub drzwiom
oznaczał chorobę lub śmierć.
Wieczerza kończyła się
wspólną modlitwą, po której przychodził czas wróżb i
magicznych praktyk. Kawalerowie wychodzili przed dom postrzelać
z batów, panny nasłuchiwały szczekania psów (z tej strony
miał zjawić się mąż), szły do chlewika, aby po chrząkaniu
świni dowiedzieć się, za ile lat będą świętować własne
śluby. Szczególne ryzyko łączono z wróżbą znaną pod
nazwą "poznawanie losu". Każdy, kto chciał
zobaczyć, co go czeka, zachowując po wieczerzy milczenie
musiał obiec dom trzy razy i za trzecim razem mógł zajrzeć
przez szczytowe okno. Co zobaczył, miało być jego
przeznaczeniem. Gospodyni po wieczerzy zanosiła bydłu odłożone
jadło, gospodarz szedł do sadu z siekierką, przystawał z
nią obok źle rodzącego drzewa i straszył je, aby lepiej
zaczęło owocować, bo inaczej jego los jest przesądzony.
Noc była pełna czarów i tajemnic.
Opowiadano, że bydło o północy
gada ludzkim głosem, a woda zamienia się w wino. Szli więc
do studni, żeby napić się wody, a rankiem w Boże
Narodzenie wrzucali do niej srebrny pieniądz i wszyscy się w
niej myli, aby być zdrowymi. O północy kto mógł, szedł
na pasterkę.
W szczególnym nastroju górale
obchodzili Boże Narodzenie. Nie można było nic robić w
domu ani hałasować. Nie można było spać i leżeć w łóżku
(bo się owies walił). Gospodarz, wracając do domu z kościoła,
musiał: pomieszać w skrzyniach zboże, żeby lepiej dojrzewało,
pogłaskać bydło, żeby dobrze się chowało, wchodząc do
domu, winszować i kropić cztery kąty, by diabła wypędzić.
Dzień ten świętowany był
w domach w spokoju i z radością. W przeciwieństwie do
powagi święta Bożego Narodzenia wesoło obchodzono dzień
świętego Szczepana. W tym dniu odwiedzano się, śpiewając
kolędy, sypiąc owsem po domach. W kościele święcono
owies, który dodawany do zasiewów, powodował ich urodzaj, a
rzucony na rolę ze słowami: "Uciekoj diable z ostem, bo
tu idzie święty Scepon z łowsem" miał odchwaszczać
pola.
Przed kościołem młodzież
rzucała w siebie owsem na pamiątkę ukamienowania pierwszego
męczennika. Wczesnym popołudniem rozpoczynało się (do dziś
popularne) "śpiwanie poza okno". Kolędować mógł
każdy, kto potrafił coś stosownego zaśpiewać. Obok grupek
kolędujących chodzili kolędnicy z szopką oraz tzw.
"pastuszki". Do tej pory na Żywiecczyźnie obowiązuje
zwyczaj przebierania się za pastuszków: Żyda, śmierć,
anioła, św. Józefa i kolędowanie po wsi. Dzień ten
rozbrzmiewał po góralskich osadach śpiewem i radością.
Górale szczególną czcią
otaczali także ostatni dzień starego roku (Sylwestra).
Powszechnie przyjęty był tu zwyczaj urządzania kolacji przy
świecach z modlitwą, podczas której spożywano
"nowelatko" (bułka drożdżowa). Aby urodzaje były
obfite, wbijano kłos zboża w nowelatko. Niektórzy nieśli
go na strych, aby umieszczone pod strzechą, chroniło dom
przed silnymi wiatrami.
Przełom starego i nowego
roku w Beskidzie Żywieckim to barwne korowody przebierańców
zwane dziadami. Dziady były chętnie przyjmowane przez
wszystkich, bowiem odgrywane przez nich sceny wprawiały słuchających
w radosny nastrój, a wygłaszane życzenia snuły wizje
spokojnego i zamówionego przez przebierańców życia.
Kolejnym dniem w cyklu
Godnych Świąt na terenie Beskidu Żywieckiego, bogatym w
obrzędy, jest Nowy Rok. Od rana obowiązuje składanie
bliskim powinszowań, które, podobnie jak w wigilię, mają
zapewnić szczęście, pomyślność i zdrowie. I tu uwagę
przywiązuje się do pierwszej osoby, która odwiedzi dom.
Mile widziany jest chłopiec, podczas gdy nadejście starej
kobiety zwiastuje chorobę, niepomyślność.
Święto Trzech Króli
(6.I.) praktycznie zamyka w obrzędowości ludowej okres
Godnych Świąt, choć kolędowanie może trwać jeszcze do
Matki Bożej Gromnicznej. Na Trzech Króli święcono dawniej
w kościele tylko wodę, kredę i kadzidło. Obecnie
powszechny jest zwyczaj przynoszenia do domu święconej wody,
która służy do wszystkiego (kropi się nią ziarno przed
siewem, ziemniaki przed sadzeniem, bydło wygonione na pole).
Do czasów obecnych popularne są wizyty w domach
trzyosobowych grupek ludzi, najczęściej dzieci, przebranych
za królów. Obowiązkiem było i jest nagradzanie śpiewających
wrzuceniem im do skarbonki pieniędzy albo częstowanie ich
przygotowanymi w domu potrawami.
"Gromniczna" (święto
oczyszczenia NMP, 2.II.) nie wyróżnia się niczym szczególnym
wśród innych regionów Karpat. W tym dniu święci się
gromnice, które zapala się, by zażegnać burzę z piorunami
albo przy umierającym człowieku. W tym też dniu przestawano
śpiewać kolędy, a wszystko, co żyło, zaczynało wypatrywać
mającej nadchodzić wiosny, którą poprzedzał również
bogaty w zwyczaje, barwny i radosny okres zwany w Beskidzie Żywieckim
mięsopustem, a w tej chwili karnawałem.
Przedruk z: Danuta Sałamacha, Maria Mrowiec
na podstawie: "Górale Beskidu Żywieckiego" Red. D.
Tylkowa. "Karta Groni " 1989 nr XIV.