Nad Sołą i Koszarawą - nr 24 (223) - 15 Grudzień 2007

  |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł| 

 

Zwyczaje bożonarodzeniowe na Żywiecczyźnie

Podobnie jak święta wielkanocne, szczególnie uroczyście obchodzone były na Żywiecczyźnie święta Bożego Narodzenia. Nasi przodkowie, żyjąc w zgodzie z rytmem przyrody, upływ czasu mierzyli ważniejszymi świętami i okresami, które po nich następowały lub je poprzedzały.

Najważniejsze z nich były Gody - "święta rodziny i sąsiedztwa, święta dzieci i służby" - rozpoczynające się wigilią. Do świąt tych każdy musiał się odpowiednio przygotować i przeżyć radosny czas oczekiwania - adwentu. Okres poprzedzający moment narodzin Chrystusa był czasem wyczekiwania, który mógł rzutować na cały nadchodzący rok, bowiem radosne i gwarne Gody (ta starożytna nazwa ma związek z zetknięciem się dwóch lat - godów starego i nowego) poprzedzał magiczny okres, który w kulturze górali żywieckich był wyrocznią pogody, powodzenia, zapowiedzi zdrowia, klęsk czy urodzajów.

Cały ten pięciotygodniowy okres na Żywiecczyźnie cechowały zwyczajowe zachowania wypływające z podstaw religijnych i wymogów lokalnej obyczajowości. Przestrzegano surowych postów (zwłaszcza w piątki, środy i soboty), milkło muzykowanie i wesołe śpiewki, nie noszono barwnych, paradnych strojów. Starzy ludzie napominali, aby w adwencie nie ruszać uśpionej ziemi, bo spowoduje to ogromne nieurodzaje. Urozmaicenie monotonnych dni i nocy wprowadzały tradycyjne obchody związane z dniem św. Andrzeja, Łucji, Mikołaja oraz z dniem św. Tomasza. Jak podaje lokalny przekaz ustny, w wigilię św. Andrzeja (30 XI) z "dawien dawna" popularne były panieńskie wróżby. Najbardziej rozpowszechnione było lanie wosku
i odczytywanie przyszłości poprzez analizę zastygłej woskowej bryły.

Popularnym sposobem wróżenia było chowanie pod odwrócone dnem do góry garnuszki: grudki soli (ciężkie życie), mirtu (radość), kawałka gliny (śmierć), pierścionka (ślub), różańca (klasztor), lalki z gałganków (dziecko).

Przekładano kolejno przez izbę kierpce, wnoszono gąsiora z zawiązanym łbem, do której panny podszedł, ta jako pierwsza za mąż wyszła.

Na noc układały dziewczęta trzy kawałki drewna (jeden z korą, drugi na wpół z niej obdarty, trzeci całkiem gładki). Rano dziewczyna wyjmowała jeden z kawałków, co symbolizowało: ten z korą (bogatego męża), odkorowany (biedaka), gładki (męża średnio zamożnego).

Na św. Mikołaja istniał zwyczaj wkładania pod poduszkę skromnych upominków (najczęściej parę cukierków, jabłek czy suszonych owoców). "Piernikowe" mikołajki uchodziły za przejaw luksusu.

W tradycyjnych wyobrażeniach mieszkańców Beskidu Żywieckiego dzień św. Łucji (13 XII) rozpoczynał ciąg szczególnych dwunastu dni poprzedzających Boże Narodzenie. Gospodarze robili codziennie obserwacje pogody, bowiem przez analogię odgadywano, jaka będzie pogoda w pierwszych połowach wszystkich kolejnych miesięcy kalendarzowych.

Drugą połowę prognozowano robiąc takie obserwacje przez dwanaście dni pomiędzy Bożym Narodzeniem, a świętem Trzech Króli.

Gospodarze w tym okresie wierzyli, iż jest to czas wzmożonego działania sił magicznych. Praktykowano różne zabiegi, mające na celu wykrycie czarownic odbierających krowom mleko. Jeżeli zjawiła się w tym dniu pod byle pretekstem jakaś kobieta, uważana była za czarownicę.

Szczególnie niebezpieczny był sam dzień św. Łucji, bowiem według wierzeń, w tym dniu najbardziej czarownice grasowały po wsi, usiłując coś ukraść albo podrzucić czary w postaci: uschniętej żaby, kości z nieboszczyka, powodując tym ogromne straty w gospodarstwie. Dlatego w tym dniu szczególnie pilnowano zagród, ściśle przestrzegano zakazu pożyczania czegokolwiek, a strachliwe gospodynie codziennie przez dwanaście dni odkładały po jednej szczapie drewna opałowego, by po wieczerzy wigilijnej rozpalić nimi w piecu.

Dzień św. Tomasza (21 XII), będący najkrótszym dniem roku słonecznego, traktowany był jako szczególne święto wprowadzające w nastrój świąt Bożego Narodzenia. W tym dniu rozpoczynały się charakterystyczne dla górali żywieckich powinszowania, które w nieco zmienionej formie przetrwały do dziś.

Wchodzący do domu zobowiązany był mówić: "Na scyńści, na zdrowi, na tego świntygo Tomasza, zebyście byli zdrowi, weseli jako w niebie janieli. Hop, hop, hop." Ostatnim słowom towarzyszyły trzy podskoki do góry z mocnym tupnięciem, co miało zapewnić pomyślność domownikom, którzy na takie życzenia odpowiadali: "Tak to Boze dej".

Nie było jednak obojętne, kim była pierwsza życząca osoba: młody, żwawy chłopak (rok zapowiadał się szczęśliwie), kobieta lub grubo odziany człowiek (nie wróżyło to dobrze).

"Święty Toma siedzi doma" mówili drwale i robotnicy jeżdżący do lasu i pod żadnym pozorem nie wychodzili poza gospodarstwo. Zakaz ten był respektowany bardzo ściśle, bowiem ten, kto wtedy zaryzykował i pojechał do lasu, zginąć miał w nieszczęśliwym wypadku. Górale wierzyli również, iż przywiezienie w tym dniu czegokolwiek z lasu może sprowadzić do gospodarstwa gady (węże i żmije).

Najbardziej magicznym dniem była i jest Wigilia Bożego Narodzenia. Górale mówili "Jaka wigilia taki cały rok", dlatego w tym dniu nie wolno ociągać się z robotą, kłócić ani przeklinać. Gdy dopisywała pogoda powtarzano: "Jak we wigilię jasno, to w stodole ciasno".

Symboliczne słowa wypowiedziane w dobrej intencji nabierały pozytywnej, magicznej mocy. Dlatego od rana chłopcy przychodzili zawinszować, a dzieci z biednych rodzin biegały po całej wsi, bo coś chciały sobie zarobić. Jeszcze przed wschodem słońca gospodarz szedł do lasu po połaźnicę, ścinając przy okazji wierzchołki mniejszych jodełek, które były przeznaczone do ozdoby świętych obrazów w izbie. Przyniesione
drzewko pozostawało w sieni, dopóki nie zdjęto ze strychu ubiegłorocznej połaźnicy oraz gałązek zza obrazów, mówiąc: "Wychodź gościu stary, bo tam pójdzie nowy".

Następnie połamane suche gałązki zapalano, a domownicy grzali nogi, aby ich nie bolały. Później wnoszono nową połaźnicę i strojono ją na święta. Wieszano na niej najpierw tylko jabłka i kulisty świat (symboliczna ozdoba wyklejona z opłatków), później ciastka z foremek, kostki cukru czy kwacka owiniętego w kolorowy papier. Do dnia dzisiejszego zwraca się uwagę na tradycyjne przygotowanie stołu wigilijnego, na którym rozkłada się grubą warstwę siana (żeby Jezusowi było miękko lub żeby siano w przyszłym roku było bogate). Do siana kładzie się owies dosypywany później do ziarna siewnego na urodzaj, kładzie się także pieniądze, aby ich w ciągu roku nie brakowało. Dawniej wkładano też główki czosnku i cebuli, aby byli wszyscy zdrowi. Wszystko to nakrywa się płachtą do siana - obecnie obrusem.

Na nakrytym stole musi leżeć bochen swojskiego chleba, niegdyś cztery, w każdym rogu jeden (aby ze wszystkich czterech stron świata dar Boży szedł do domu), obok chleba leżą opłatki, miód, masło oraz łyżki - jedna dla przybysza. Pod stołem stoi kosz z ziemniakami przeznaczonymi do sadzenia. Niektórzy górale przestrzegali tego, aby przy wigilijnym stole było wszystko, co się sieje i sadzi. Gdy na niebie zabłyśnie pierwsza gwiazda, gospodarz idzie do szopy, aby bydłu dać chleb z opłatkiem, bowiem w tę noc zwierzę może przemówić ludzkim głosem. Z myślą o duszach zmarłych lub o bliżej nieokreślonym przybyszu stawiano na stole jedno nakrycie więcej, a wspólną modlitwę kończono odmówieniem: "Wieczne odpoczywanie..."

Przy wigilijnym stole najważniejszą rolę pełnił najstarszy mężczyzna, posiadający przywilej obdzielania pozostałych opłatkiem, którym następnie się dzielono. Po tym od "godniego chleba" rozpoczynano wieczerzę. Gospodarz odkrawał z bochenka "piętkę", okrajek, w którą wkładano opłatek (godni okrajek) i chowano go pod obrus. Okrajek ten miał czarodziejską moc, pokruszony do ziarna siewnego chronił zboże od żywiołów, a pokruszony wraz z kadzidłem zapewniał pomyślny chów bydła. Odłożywszy okrajek, gospodarz rozdawał wszystkim (według starszeństwa) kolejne kromki. Należało je smarować grubo masłem, żeby krowy dobrze się doiły przez cały rok. Później podawano kolejne potrawy, ogółem musiało ich być 12 (tyle, ilu jest apostołów).

Składało się na to wszystko to, co w polu rosło. Z każdej potrawy, pierwsze trzy łyżki przeznaczano dla bydła, a tam gdzie były blisko lasy, także dla wilka, aby owiec nie pozabijał. W trakcie jedzenia rozmowy powinny toczyć się tylko wokół spraw gospodarskich. Jedząc ziemniaki ustalali, gdzie je będą sadzić, żur - gdzie będą siali owies itp. Wierzono, iż te rozmowy wpłyną na urodzaj.

W czasie spożywania tego obrzędowego posiłku obowiązywały różne wzory zachowań np. nie wolno było wstawać od stołu, aby nie spowodować czyjejś śmierci lub swojej, nie wolno było upuścić łyżki, bo wróżyło to śmierć.

Obserwowano również płomienie świec i dym po ich ugaszeniu: dym unoszący się do góry oznaczał zdrowie, dym ścielący się ku ziemi lub drzwiom oznaczał chorobę lub śmierć.

Wieczerza kończyła się wspólną modlitwą, po której przychodził czas wróżb i magicznych praktyk. Kawalerowie wychodzili przed dom postrzelać z batów, panny nasłuchiwały szczekania psów (z tej strony miał zjawić się mąż), szły do chlewika, aby po chrząkaniu świni dowiedzieć się, za ile lat będą świętować własne śluby. Szczególne ryzyko łączono z wróżbą znaną pod nazwą "poznawanie losu". Każdy, kto chciał zobaczyć, co go czeka, zachowując po wieczerzy milczenie musiał obiec dom trzy razy i za trzecim razem mógł zajrzeć przez szczytowe okno. Co zobaczył, miało być jego przeznaczeniem. Gospodyni po wieczerzy zanosiła bydłu odłożone jadło, gospodarz szedł do sadu z siekierką, przystawał z nią obok źle rodzącego drzewa i straszył je, aby lepiej zaczęło owocować, bo inaczej jego los jest przesądzony. Noc była pełna czarów i tajemnic.

Opowiadano, że bydło o północy gada ludzkim głosem, a woda zamienia się w wino. Szli więc do studni, żeby napić się wody, a rankiem w Boże Narodzenie wrzucali do niej srebrny pieniądz i wszyscy się w niej myli, aby być zdrowymi. O północy kto mógł, szedł na pasterkę.

W szczególnym nastroju górale obchodzili Boże Narodzenie. Nie można było nic robić w domu ani hałasować. Nie można było spać i leżeć w łóżku (bo się owies walił). Gospodarz, wracając do domu z kościoła, musiał: pomieszać w skrzyniach zboże, żeby lepiej dojrzewało, pogłaskać bydło, żeby dobrze się chowało, wchodząc do domu, winszować i kropić cztery kąty, by diabła wypędzić.

Dzień ten świętowany był w domach w spokoju i z radością. W przeciwieństwie do powagi święta Bożego Narodzenia wesoło obchodzono dzień świętego Szczepana. W tym dniu odwiedzano się, śpiewając kolędy, sypiąc owsem po domach. W kościele święcono owies, który dodawany do zasiewów, powodował ich urodzaj, a rzucony na rolę ze słowami: "Uciekoj diable z ostem, bo tu idzie święty Scepon z łowsem" miał odchwaszczać pola.

Przed kościołem młodzież rzucała w siebie owsem na pamiątkę ukamienowania pierwszego męczennika. Wczesnym popołudniem rozpoczynało się (do dziś popularne) "śpiwanie poza okno". Kolędować mógł każdy, kto potrafił coś stosownego zaśpiewać. Obok grupek kolędujących chodzili kolędnicy z szopką oraz tzw. "pastuszki". Do tej pory na Żywiecczyźnie obowiązuje zwyczaj przebierania się za pastuszków: Żyda, śmierć, anioła, św. Józefa i kolędowanie po wsi. Dzień ten rozbrzmiewał po góralskich osadach śpiewem i radością.

Górale szczególną czcią otaczali także ostatni dzień starego roku (Sylwestra). Powszechnie przyjęty był tu zwyczaj urządzania kolacji przy świecach z modlitwą, podczas której spożywano "nowelatko" (bułka drożdżowa). Aby urodzaje były obfite, wbijano kłos zboża w nowelatko. Niektórzy nieśli go na strych, aby umieszczone pod strzechą, chroniło dom przed silnymi wiatrami.

Przełom starego i nowego roku w Beskidzie Żywieckim to barwne korowody przebierańców zwane dziadami. Dziady były chętnie przyjmowane przez wszystkich, bowiem odgrywane przez nich sceny wprawiały słuchających w radosny nastrój, a wygłaszane życzenia snuły wizje spokojnego i zamówionego przez przebierańców życia.

Kolejnym dniem w cyklu Godnych Świąt na terenie Beskidu Żywieckiego, bogatym w obrzędy, jest Nowy Rok. Od rana obowiązuje składanie bliskim powinszowań, które, podobnie jak w wigilię, mają zapewnić szczęście, pomyślność i zdrowie. I tu uwagę przywiązuje się do pierwszej osoby, która odwiedzi dom. Mile widziany jest chłopiec, podczas gdy nadejście starej kobiety zwiastuje chorobę, niepomyślność.

Święto Trzech Króli (6.I.) praktycznie zamyka w obrzędowości ludowej okres Godnych Świąt, choć kolędowanie może trwać jeszcze do Matki Bożej Gromnicznej. Na Trzech Króli święcono dawniej w kościele tylko wodę, kredę i kadzidło. Obecnie powszechny jest zwyczaj przynoszenia do domu święconej wody, która służy do wszystkiego (kropi się nią ziarno przed siewem, ziemniaki przed sadzeniem, bydło wygonione na pole). Do czasów obecnych popularne są wizyty w domach trzyosobowych grupek ludzi, najczęściej dzieci, przebranych za królów. Obowiązkiem było i jest nagradzanie śpiewających wrzuceniem im do skarbonki pieniędzy albo częstowanie ich przygotowanymi w domu potrawami.

"Gromniczna" (święto oczyszczenia NMP, 2.II.) nie wyróżnia się niczym szczególnym wśród innych regionów Karpat. W tym dniu święci się gromnice, które zapala się, by zażegnać burzę z piorunami albo przy umierającym człowieku. W tym też dniu przestawano śpiewać kolędy, a wszystko, co żyło, zaczynało wypatrywać mającej nadchodzić wiosny, którą poprzedzał również bogaty w zwyczaje, barwny i radosny okres zwany w Beskidzie Żywieckim mięsopustem, a w tej chwili karnawałem.

Przedruk z: Danuta Sałamacha, Maria Mrowiec na podstawie: "Górale Beskidu Żywieckiego" Red. D. Tylkowa. "Karta Groni " 1989 nr XIV.

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.