Nad Sołą i Koszarawą - nr 23 (222) - 1 Grudzień 2007

 | poprzedni  artykuł|  |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł| 

 

       CZWARTA STRONA ŚWIATA MOUNT EVERESTU cd      
                        

Zaczynam pakowanie wyprawy w Himalaje. Zebrało się tego sporo: dwa plecaki, duży i podręczny - szturmowy, łącznie ponad 42 kg. Jak na mnie spory ciężar, ale trzeba - muszę sobie dać z tym radę i nie ma nawet przed kim ponarzekać, bo sam tego chciałem.

Z Żywca pociągiem do Warszawy i dalej samolotem przez Moskwę, Pekin do Lhasy, łącznie prawie trzydzieści godzin podroży.

Lhasa powitała mnie deszczową pogodą, a jak na dole leje to w górze pada śnieg, wszystkie szczyty wokół Lhasy białe. No trudno, trzeba będzie czekać, to się zaczeka aż będzie dobrze. I tak pierwszy dzień upłynął na oczekiwaniu na bagaż, który do Lhasy przyleciał dopiero następnego dnia.

W początkowej fazie organizacyjnej nic bardziej nie denerwuje jak bezczynność nie zawiniona, a tu komunikaty pogodowe są smutne na cały najbliższy tydzień. Do Bazy Camp Mt Everest w Rongbuk nie ma możliwości dojazdu. Drogi zasypane śniegiem, zima w pełni. Trochę Lhasą pożyłem i co dalej. Ale ja tak mam, mimo że nic nie robię, to coś robię, bo myślę.

Więc wymyśliłem sposób na aklimatyzację. Wprawdzie Lhasa leży na wysokości 3.660 m n.p.m., ale to jest mało, trzeba mi chodzić wyżej. Jak się tylko da, będę jeździł do klasztorów Gandan położonych na wysokości 4.500 m n.p.m. i dalej na szczycik nad klasztorami o 400 m wyżej, czyli razem 4.900 m n.p.m., a to już wyżej niż dach Europy, czyli Mt Blanc 4.807 m n.p.m., to już coś. Przejazd autobusem do Gandan 60 km, około 1 i pół godziny za jedyne 20 juanów czyli 7.40 zł. I tak co drugi dzień jak tylko lepsza pogoda była to robiłem, bo tak się właśnie pogoda przewijała. Aklimatyzacja połączona ze strawą duchową, bo klasztory w Gandan to drugie po Lhasie klejnoty buddyzmu tybetańskiego. Jeden dzień poświęcam na klasztory w Samye. Tam udaję się autobusem około 120 km od Lhasy do miejscowości Zetang, z której łodzią trzeba się przeprawić przez Brahmaputrę około 1.5 godziny, a następnie jeepem przejazd prawie 1 godzinę do klasztorów. Wspaniała wycieczka, a dodatkowa atrakcja to to, że na niej zapoznałem serdecznych Chińczyków i zaprzyjaźniłem z dostojnym lamą, który nawet obdarował mnie drewnianym różańcem buddyjskim o 108 koralikach. Samye to pierwsze klasztory buddyjskie powstałe w 779 roku, gdzie król Tybetu nadaje buddyzmowi status religii państwowej, a co zostało zapisane na pamiątkowym kamieniu, który do dzisiaj stoi przed wejściem do klasztoru. Po wspaniałych przeżyciach wracam do Lhasy.

Mając na uwadze obniżkę kosztów przejazdu do Rongbuk 600 km z Lhasy, oraz kosztów przewodnika, bez którego nie ma mowy o żadnym wyjeździe, daję ogłoszenie w hotelach i w biurze podróży, że szukam 1 lub 2 ludzi chętnych na przejazd do Rongbuk i na treking w góry. Już na drugi dzień na moim ogłoszeniu jest dopisek "pozdrawiamy pokój nr 303". Oczywiście natychmiast tam się udaję. Spotykam dwoje młodych ludzi w pokoju zastawionym rowerami. Myślę, co jest grane, po chwili już wiem wszystko. To Magda i Paweł w podróży dookoła świata na rowerach!!! Wspaniali ludzie, podziwiam i gratuluję. W Lhasie obchodzili rocznicę od wyjazdu z Polski, a planowali, że za rok dokonają tego fantastycznego dzieła, którego powodzenia im serdecznie życzyłem.
Z nimi też miałem przyjemność spędzić jeden dzień aklimatyzacyjny w Gandan, z którego byli bardzo zadowoleni, bo spacer na 4.900 m n.p.m. i zwiedzanie kompleksu klasztornego bardzo im przypadły do gustu.

No cóż, po ustabilizowaniu się pogody, zaczynam załatwiać swoje sprawy, bo już mija sporo dni, a ja dalej na miejscu. Udaję się do biura podróży, by ustalić ostateczny termin wyjazdu do Bazy Rongbuk. Tutaj jak grom z jasnego nieba spada na mnie informacja, że nie ma możliwości przekroczenia granicy bazy. Pytam - co jest, dlaczego? Proszę nie pytać, w miejscu bazy hotelowej jest baza militarna, wojskowa - koniec "cytatu".

Trochę nogi mi się ugięły, mina zrzedła, co robić dalej?

Tenzin, szef biura, a kuzyn Dorjje z Bazy Rongbuk, proponuje przyjazd do Bazy i dalej do Kharty i tam od strony wschodniej, która była "wolna", robić treking. Odpowiadam, że mnie Kharta nie interesuje, bo tam byłem w roku ubiegłym i to jest mi znane, a ja chcę jako minimum robić przełęcz Lho La lub Chang La, a miało być Cho Oyu. Po wielkich negocjacjach telefonicznych Dorjje proponuje przyjazd do Bazy i dalej będziemy coś działać. Tutaj nagle iskierka nadziei się zatliła. Podejmuję ryzyko, przede wszystkim kosztowe. Ustalam termin wyjazdu, nie ma chętnych do współudziału - jadę sam. Po dwóch dniach jazdy stawiam się w Rongbuk. Po drodze przeżywam wspaniałe uroczysko z przełęczy Changma La 5.248 m n.p.m. Wspaniały widok, chyba jeden z najwspanialszych w świecie górskim. Pięć z 14-tu ośmiotysięczników staje przed nami, przed naszymi oczyma, a nad nimi wszystkimi panuje niepodzielnie BOGINI MATKA ZIEMI - Chomolungma z tybetańskiego, z nepalskiego Sagarmatha, a z "naszego" Everest. To niezapomniany widok, brak słów, aby mogły sprostać opisowi tego uroczyska.

W Rongbuk Dorjje na miejscu nie ma, gdzieś załatwia swoje sprawy. Ja idę na spacer do Bazy Mt Everestu jak to jest z tą bazą militarną. Z bazy hotelowej to godzina drogi, ok. 5 km. Pogodę mam dobrą, przybywam na miejsce i faktycznie wszystko wymiecione co trzeba i w to miejsce stanęła baza, szlaban i bez komentarza. Jestem zdruzgotany, bo mam wątpliwości czy Dorjje coś jest w stanie załatwić, a mnie przypomina się Turcja, kiedy byłem z córką Gosią i wybuchł konflikt z Grecją o Cypr, ale akurat tam turyści nie mieli żadnego problemu z tego tytułu, a mnie tutaj musiało tak dostać.

No nic, pomyślałem, wróci Dorjje, zobaczymy. Przynajmniej tą Lho La 6.026 m n.p.m. przełęcz zachodnia, choć w bezpośrednim tłumaczeniu Lho La to "południowa przełęcz". Ale tak już jest od 1924 roku, kiedy Brytyjczycy szturmowali Mt Everest tak tą przełęcz nazwali. Ta przełęcz jest dla mnie bardzo ważna i upragniona, jeśli się uda to zamknę - obejmę Mt Everest Z CZTERECH STRON ŚWIATA. Południową, wschodnią i północną już widziałem - przeżywałem w czasie trzech poprzednich wypraw w Himalaje.

cdn.

Edmund Zaiczek

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.