CZWARTA STRONA ŚWIATA
MOUNT EVERESTU cd
Zaczynam pakowanie wyprawy w
Himalaje. Zebrało się tego sporo: dwa plecaki, duży i podręczny
- szturmowy, łącznie ponad 42 kg. Jak na mnie spory ciężar,
ale trzeba - muszę sobie dać z tym radę i nie ma nawet
przed kim ponarzekać, bo sam tego chciałem.
Z Żywca pociągiem do
Warszawy i dalej samolotem przez Moskwę, Pekin do Lhasy, łącznie
prawie trzydzieści godzin podroży.
Lhasa powitała mnie
deszczową pogodą, a jak na dole leje to w górze pada śnieg,
wszystkie szczyty wokół Lhasy białe. No trudno, trzeba będzie
czekać, to się zaczeka aż będzie dobrze. I tak pierwszy
dzień upłynął na oczekiwaniu na bagaż, który do Lhasy
przyleciał dopiero następnego dnia.
W początkowej fazie
organizacyjnej nic bardziej nie denerwuje jak bezczynność
nie zawiniona, a tu komunikaty pogodowe są smutne na cały
najbliższy tydzień. Do Bazy Camp Mt Everest w Rongbuk nie ma
możliwości dojazdu. Drogi zasypane śniegiem, zima w pełni.
Trochę Lhasą pożyłem i co dalej. Ale ja tak mam, mimo że
nic nie robię, to coś robię, bo myślę.
Więc wymyśliłem sposób
na aklimatyzację. Wprawdzie Lhasa leży na wysokości 3.660 m
n.p.m., ale to jest mało, trzeba mi chodzić wyżej. Jak się
tylko da, będę jeździł do klasztorów Gandan położonych
na wysokości 4.500 m n.p.
m. i dalej na szczycik nad
klasztorami o 400 m wyżej, czyli razem 4.900 m n.p.m., a to
już wyżej niż dach Europy, czyli Mt Blanc 4.807 m n.p.m.,
to już coś. Przejazd autobusem do Gandan 60 km, około 1 i pół
godziny za jedyne 20 juanów czyli 7.40 zł. I tak co drugi
dzień jak tylko lepsza pogoda była to robiłem, bo tak się
właśnie pogoda przewijała. Aklimatyzacja połączona ze
strawą duchową, bo klasztory w Gandan to drugie po Lhasie
klejnoty buddyzmu tybetańskiego. Jeden dzień poświęcam na
klasztory w Samye. Tam udaję się autobusem około 120 km od
Lhasy do miejscowości Zetang, z której łodzią trzeba się
przeprawić przez Brahmaputrę około 1.5 godziny, a następnie
jeepem przejazd prawie 1 godzinę do klasztorów. Wspaniała
wycieczka, a dodatkowa atrakcja to to, że na niej zapoznałem
serdecznych Chińczyków i zaprzyjaźniłem z dostojnym lamą,
który nawet obdarował mnie drewnianym różańcem buddyjskim
o 108 koralikach. Samye to pierwsze klasztory buddyjskie
powstałe w 779 roku, gdzie król Tybetu nadaje buddyzmowi
status religii państwowej, a co zostało zapisane na pamiątkowym
kamieniu, który do dzisiaj stoi przed wejściem do klasztoru.
Po wspaniałych przeżyciach wracam do Lhasy.
Mając na uwadze obniżkę
kosztów przejazdu do Rongbuk 600 km z Lhasy, oraz kosztów
przewodnika, bez
którego nie ma mowy o żadnym wyjeździe,
daję ogłoszenie w hotelach i w biurze podróży, że szukam
1 lub 2 ludzi chętnych na przejazd do Rongbuk i na treking w
góry. Już na drugi dzień na moim ogłoszeniu jest dopisek
"pozdrawiamy pokój nr 303". Oczywiście natychmiast
tam się udaję. Spotykam dwoje młodych ludzi w pokoju
zastawionym rowerami. Myślę, co jest grane, po chwili już
wiem wszystko. To Magda i Paweł w podróży dookoła świata
na rowerach!!! Wspaniali ludzie, podziwiam i gratuluję. W
Lhasie obchodzili rocznicę od wyjazdu z Polski, a planowali,
że za rok dokonają tego fantastycznego dzieła, którego
powodzenia im serdecznie życzyłem.
Z nimi też miałem przyjemność spędzić jeden dzień
aklimatyzacyjny w Gandan, z którego byli bardzo zadowoleni,
bo spacer na 4.900 m n.p.m. i zwiedzanie kompleksu
klasztornego bardzo im przypadły do gustu.
No cóż, po ustabilizowaniu
się pogody, zaczynam załatwiać swoje sprawy, bo już mija
sporo dni, a ja dalej na miejscu. Udaję się do biura podróży,
by ustalić ostateczny termin wyjazdu do Bazy Rongbuk. Tutaj
jak grom z jasnego nieba spada na mnie informacja, że nie ma
możliwości przekroczenia granicy bazy. Pytam - co jest,
dlaczego? Proszę nie pytać, w miejscu bazy hotelowej jest
baza militarna, wojskowa - koniec "cytatu".
Trochę nogi mi się ugięły,
mina zrzedła, co robić dalej?
Tenzin, szef biura, a kuzyn
Dorjje z Bazy Rongbuk, proponuje przyjazd do Bazy i dalej do
Kharty i tam od strony wschodniej, która była
"wolna", robić treking. Odpowiadam, że mnie Kharta
nie interesuje, bo tam byłem w roku ubiegłym i to jest mi
znane, a ja chcę jako minimum robić przełęcz Lho La lub
Chang La, a miało być Cho Oyu. Po wielkich negocjacjach
telefonicznych Dorjje proponuje przyjazd do Bazy i dalej będziemy
coś działać. Tutaj nagle iskierka nadziei się zatliła.
Podejmuję ryzyko, przede wszystkim kosztowe. Ustalam termin
wyjazdu, nie ma chętnych do współudziału - jadę sam. Po
dwóch dniach jazdy stawiam się w Rongbuk. Po drodze przeżywam
wspaniałe uroczysko z przełęczy Changma La 5.248 m n.p.m.
Wspaniały widok, chyba jeden z najwspanialszych w świecie górskim.
Pięć z 14-tu ośmiotysięczników staje przed nami, przed
naszymi oczyma, a nad nimi wszystkimi panuje niepodzielnie
BOGINI MATKA ZIEMI - Chomolungma z tybetańskiego, z
nepalskiego Sagarmatha, a z "naszego" Everest. To
niezapomniany widok, brak słów, aby mogły sprostać opisowi
tego uroczyska.
W Rongbuk Dorjje na miejscu
nie ma, gdzieś załatwia swoje sprawy. Ja idę na spacer do
Bazy Mt Everestu jak to jest z tą bazą militarną. Z bazy
hotelowej to godzina drogi, ok. 5 km. Pogodę mam dobrą,
przybywam na miejsce i faktycznie wszystko wymiecione co
trzeba i w to miejsce stanęła baza, szlaban i bez
komentarza. Jestem zdruzgotany, bo mam wątpliwości czy
Dorjje coś jest w stanie załatwić, a mnie przypomina się
Turcja, kiedy byłem z córką Gosią i wybuchł konflikt z
Grecją o Cypr, ale akurat tam turyści nie mieli żadnego
problemu z tego tytułu, a mnie tutaj musiało tak dostać.
No nic, pomyślałem, wróci
Dorjje, zobaczymy. Przynajmniej tą Lho La 6.026 m n.p.m. przełęcz
zachodnia, choć w bezpośrednim tłumaczeniu Lho La to
"południowa przełęcz". Ale tak już jest od 1924
roku, kiedy Brytyjczycy szturmowali Mt Everest tak tą przełęcz
nazwali. Ta przełęcz jest dla mnie bardzo ważna i
upragniona, jeśli się uda to zamknę - obejmę Mt Everest Z
CZTERECH STRON ŚWIATA. Południową, wschodnią i północną
już widziałem - przeżywałem w czasie trzech poprzednich
wypraw w Himalaje.
cdn.
Edmund Zaiczek