CZWARTA
STRONA ŚWIATA MOUNT EVERESTU
Na 2007 rok zaprogramowałem
zdobycie mego wymarzonego ośmiotysięcznika, którym był Cho Oyu
/8201 m n.p.m./, a nazwę tłumaczymy "BOGINI TURKUSOWEJ GÓRY".
Szczyt położony jest na granicy Tybetu i Nepalu i jest to szósty
szczyt Ziemi, ale uchodzący za stosunkowo "łatwy".
Aklimatyzację mam robić na przełęczy
Lho La /6026 m n.p.m./ u stóp Everestu. Mt Everest to najwyższy góra
Ziemi /8848 m n.p.m./, którą Nepalczycy zwą Sagarmatha, a Tybetańczycy
Chomolungma czyli "BOGINI MATKA ZIEMI". To fascynujący
szczyt, urokliwy, wręcz zachwycający z każdej strony świata, a
mnie brakowało tej jednej zachodniej od strony Lho La.
Na zeszłorocznej wyprawie
himalajskiej do Tybetu "złapałem" wyzwanie zdobycia tego
szczytu, tym bardziej, że otrzymałem ofertę od tybetańskiego
przewodnika bardzo zachęcającą, z której należało skorzystać -
oby tylko Bozia dała zdrowie. Wyzwanie podjąłem do realizacji.
Jak przed każdą wyprawą himalajską
tak i tym razem organizuję wyprawę w Alpy, aby złapać trochę
aklimatyzacji. Tym razem wybór padł na DOM /4545 m n.p.m./, a ta
wysokość plasuje ten szczyt na szóstej pozycji Alp. Ten
majestatyczny szczyt, którego nazwę tłumaczy się
"KATEDRA", to skalno-lodowa piramida, pod względem
technicznym niezbyt wymagający, określany w przewodnikach symbolem
PD - nieco trudny, i jest najwyższym szczytem Szwajcarii. Słynie z
częstych burz, a dostępu do góry dodatkowo bronią liczne szczeliny
i seraki. To wszystko sprawia, że na szczyt dane jest dotrzeć tylko
wybranym oraz wytrwałym alpinistom.
W programie planowane były jeszcze
dwa szczyty, a to: Dufourspitze - drugi szczyt Alp i Nordend - trzeci
szczyt Alp. Program ambitny, ale jak przystało na doborowy skład
zespołu, możliwy do realizacji. I tak: EDEK z Suchej - wybitny
Goprowiec, chodzący już po Himalajach z K. Wielickim, zdobywca pięciotysięczników,
SEBEK z Żywca - Taternik "ŁOJĄCY" ściany o trudności V
i VI, JUREK z Krakowa - zaangażowany działacz PTTK z tej najwyższej
półki, ale też wspaniały turysta górski i moja skromna osoba. Ze
względu na wysokość obawy miałem o Jurka i Sebka, którzy powyżej
Tatr jeszcze nie chodzili, ale program wyprawy wszystkim był znany,
jak i warunki, i to zostało przyjęte do realizacji.
Początkiem sierpnia, skoro świt,
wyruszamy w drogę przez Zwardoń, Słowację, Austrię do Szwajcarii,
przez najwyższą przełęcz drogową Furkapas /2451 m n.p.m./. Jako
pierwszy za kierownicą zasiada Edek - właściciel samochodu. Po sześciu
godzinach jazdy o dobrej średniej 100 km na godzinę, przejechanych
600 km, widzę, że Edek jest zmęczony, a powód nie tylko
kierownica, ale problemy zdrowotne siostry, nad którą to sprawuje
opiekę. Tak więc proponuję, że poprowadzę samochód, co Edek z chęcią
przyjmuje i przekazuje mi kierownicę. Do celu 650 km, ale trudną
drogą, zaczęły się strome serpentyny. Do Zermatt - Randa na
kamping docieramy na godz. 23. Jestem non stop 11 godzin za kierownicą,
ale wszystko jest w porządku.
Szybko rozbijamy namioty i śpimy
jak susły. Nazajutrz rankiem pakujemy sprzęt i wyruszamy na
wspinaczkę, podjeżdżając na parking samochodem. Plecaki ciężkie,
bo chcemy nocować w namiotach powyżej schroniska Dom położonego na
wys. 2940 m n.p.m. Takie rozwiązanie pozwala rozpocząć atak na
szczyt o świcie. Trafiło się dobre miejsce pod namiot i do tego
jeszcze bieżąca woda, możliwa do picia. Wysokość około 3200 m
n.p.m., noc przespana dobrze, a to dobry zwiastun. Godzina 3.00,
pierwsze zespoły wychodzące ze schroniska zaczynają mijać nasze
stanowisko. Powoli organizujemy się, by o świcie wyruszyć. Przed
nami ciężka praca w skale, stali i lodzie. Powoli się rozkręcamy,
jedynie Jurek ma problemy z rakami, popełnił poważny błąd przed
wyjazdem - nie przymierzył raków do butów i te stale mu spadały.
Podziwiałem jego zacięcie, jak z uporem ciągnie do przodu. Miałem
poważne obawy, aby przy pokonywaniu ścian skalnych czy lodowych to
utrudnienie nie spowodowało zagrożenia. Trudna przełęcz Festijoch
już /3723 m n.p.m./ pokonana bez problemu, jest dobrze.
W drodze na szczyt utrzymujemy dobre
równe tempo, 40, 50 kroków i oddech. W pewnym momencie gdzieś 4200
m n.p.m. Jurek proponuje zwolnienie tempa. Pomyślałem, Boże, byle
nie choroba wysokościowa, chociaż to i tak rekord życiowy Jurka.
Sebek dzielnie wspina się i jest daleko przed nami, ale widzę, że
tempo mu wyraźnie zmalało. Gdzieś na wysokości 4350 - 4400 m
n.p.m. Jurek oświadcza, że nie jest w stanie dalej się wspinać i
że zostaje. Mam dylemat, czy możemy Jurka zostawać samego, aby
wolno schodził w dół, bo na tą chorobę to jedyne lekarstwo,
zresztą Jurek o tym równie doskonale wie. Do szczytu mamy około
godziny drogi, czyli na prawie dwie godziny musimy Jurka zostawić
samego. Tym gorsza sytuacja, gdyż wszystkie zespoły już z góry
zeszły. Jurek zdecydowanie twierdzi, że da sobie radę, a my mamy iść
na szczyt. Naprawdę z bijącym mocno sercem podejmuję decyzję, że
Jurek zostaje sam. Edek myśli podobnie jak ja z racji swej
goprowskiej profesji. Sebek jest daleko w przodzie i nawet nie wie co
tu się dzieje. Rozumiemy, że jest to wyprawa partnerska, ale jest
zespół i są jakieś zasady. Jurek jednak oświadcza, że się już
poczuł lepiej, że zostaje sam i będzie na nas czekał w promieniach
pięknie operującego słoneczka. Tak więc idziemy dalej na szczyt,
trochę podkręcam tempo, na siodle podszczytowym dochodzimy Sebka i
już razem na lekko, bo plecaki zostawiamy na sidle, pniemy się
szczytową granią, stromą jak drabina. Na szczycie stajemy o
godzinie 12.50 czyli o 10 minut przed planowanym czasem. Serdeczne uściski
i wzajemne gratulacje, zwłaszcza dla Sebka bijącego swój rekord
wysokości. Tutaj mamy wspaniałą ucztę widokową, widoki chłoniemy
łapczywie, wręcz zachłannie, by coś z nich nie umknęło. No, ja
mam dylemat, że zgubiłem aparat fotograficzny lub zostawiłem w
namiocie i nikt z nas nie ma aparatu, by to wszystko zarejestrować.
Mam kamerę, która pozwoliła mi to co zobaczyliśmy utrwalić.
Musimy się trochę pośpieszyć, bo na dole Jurek jest sam i nie
wiemy
w jakim jest stanie. Krótka kontemplacja przy krzyżu i schodzimy.
Dochodzimy do Jurka, jest w dobrym
stanie i humorze. Jest zadowolony ze swego rekordu wysokości /4400 m
n.p.m./, to już dużo jak na pierwszy raz. Zdobył wiele wiedzy i doświadczenia,
nam serdecznie gratuluje szczytu.
Spięci liną, dalej razem schodzimy
w dół, gdzie czeka na nas zasłużony odpoczynek w przyjaznych
"ścianach" namiotów.
Jak zwykle przy zejściu często
bywa, są różne problemy, tak i mnie to spotkało, najtrudniejsze ścianki
zostały pokonane, schodzimy dalej bez liny i raków, wszystko
spakowane w plecakach. Sebek, Jurek, Edek i ja na końcu, dobrze się
nam idzie, jeszcze słoneczko świeci, skała sucha, cieplutka i miła,
jest płyta, trochę pochyła z uskokiem, pod nią stoi Edek. Pytam:
"Edek, co tak stoisz?" "No, czekam na ciebie".
"O, bardzo mi miło, że o mnie pamiętasz". Nie zauważyłem,
że na płycie było trochę żwirku i na tym żwirku po pierwszym
kroku wpadłem w poślizg. Całe szczęście, że Edek czekał i właściwie
w locie złapał mnie za kołnierz jak przysłowiowego królika i
uratował od upadku w dół, co mogło się skończyć różnie. Byłem
i jestem mu za to mocno wdzięczny, a on skromnie skomentował:
"To było i jest moją powinnością jako GOPROWCA" i dodał:
Chyba zauważyłeś, że w trudniejszych miejscach tak zawsze było,
że czekałem na ostatniego". Jeszcze raz Edziu, dzięki za tą właśnie
postawę!!!
Dochodzimy do namiotów, noc
przespana dobrze, ale pogoda się załamała. We mgle, deszczu, a
czasem i śniegu schodzimy do parkingu w Randzie, gdzie mamy samochód.
Dojeżdżamy do kampingu, leje niemiłosiernie, w samochodzie spożywamy
jakiś posiłek. Edek z Sebkiem śpią w namiocie, który stał tu od
poprzedniego noclegu, ja z Jurkiem śpimy w samochodzie. Następne dni
to wyjście na Nordend i Dufaurspitze, ale komunikaty pogodowe są złe,
ma lać przez najbliższe cztery dni. Zwiedzamy trochę Zermatt,
wracamy na kemping. Dalej leje i następna noc bez zmian - namiot i
samochód.
Zastanawiamy się nad powrotem,
droga zasypana śniegiem, przez przełęcze nie ma mowy o jeździe bez
opon zimowych, a śnieg utrzymuje się bardzo nisko. Podejmujemy
decyzję, wracamy drogą okrężną przez Berno, Zurich, trochę
dalej, ale bezpieczniej, i tak dojechaliśmy do Żywca.
Szczęśliwie skończyła się
przygoda z Alpami, wszyscy zadowoleni, a jak będzie w Himalajach,
gdzie czeka na mnie ośmiotysięcznik?
cdn.
Edmund Zaiczek