Nad Sołą i Koszarawą - nr 22 (221) - 15 Listopad 2007

 |poprzedni artykuł|  |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|


                   CZWARTA STRONA ŚWIATA MOUNT EVERESTU

Na 2007 rok zaprogramowałem zdobycie mego wymarzonego ośmiotysięcznika, którym był Cho Oyu /8201 m n.p.m./, a nazwę tłumaczymy "BOGINI TURKUSOWEJ GÓRY". Szczyt położony jest na granicy Tybetu i Nepalu i jest to szósty szczyt Ziemi, ale uchodzący za stosunkowo "łatwy".

Aklimatyzację mam robić na przełęczy Lho La /6026 m n.p.m./ u stóp Everestu. Mt Everest to najwyższy góra Ziemi /8848 m n.p.m./, którą Nepalczycy zwą Sagarmatha, a Tybetańczycy Chomolungma czyli "BOGINI MATKA ZIEMI". To fascynujący szczyt, urokliwy, wręcz zachwycający z każdej strony świata, a mnie brakowało tej jednej zachodniej od strony Lho La.

Na zeszłorocznej wyprawie himalajskiej do Tybetu "złapałem" wyzwanie zdobycia tego szczytu, tym bardziej, że otrzymałem ofertę od tybetańskiego przewodnika bardzo zachęcającą, z której należało skorzystać - oby tylko Bozia dała zdrowie. Wyzwanie podjąłem do realizacji.

Jak przed każdą wyprawą himalajską tak i tym razem organizuję wyprawę w Alpy, aby złapać trochę aklimatyzacji. Tym razem wybór padł na DOM /4545 m n.p.m./, a ta wysokość plasuje ten szczyt na szóstej pozycji Alp. Ten majestatyczny szczyt, którego nazwę tłumaczy się "KATEDRA", to skalno-lodowa piramida, pod względem technicznym niezbyt wymagający, określany w przewodnikach symbolem PD - nieco trudny, i jest najwyższym szczytem Szwajcarii. Słynie z częstych burz, a dostępu do góry dodatkowo bronią liczne szczeliny i seraki. To wszystko sprawia, że na szczyt dane jest dotrzeć tylko wybranym oraz wytrwałym alpinistom.

W programie planowane były jeszcze dwa szczyty, a to: Dufourspitze - drugi szczyt Alp i Nordend - trzeci szczyt Alp. Program ambitny, ale jak przystało na doborowy skład zespołu, możliwy do realizacji. I tak: EDEK z Suchej - wybitny Goprowiec, chodzący już po Himalajach z K. Wielickim, zdobywca pięciotysięczników, SEBEK z Żywca - Taternik "ŁOJĄCY" ściany o trudności V i VI, JUREK z Krakowa - zaangażowany działacz PTTK z tej najwyższej półki, ale też wspaniały turysta górski i moja skromna osoba. Ze względu na wysokość obawy miałem o Jurka i Sebka, którzy powyżej Tatr jeszcze nie chodzili, ale program wyprawy wszystkim był znany, jak i warunki, i to zostało przyjęte do realizacji.

Początkiem sierpnia, skoro świt, wyruszamy w drogę przez Zwardoń, Słowację, Austrię do Szwajcarii, przez najwyższą przełęcz drogową Furkapas /2451 m n.p.m./. Jako pierwszy za kierownicą zasiada Edek - właściciel samochodu. Po sześciu godzinach jazdy o dobrej średniej 100 km na godzinę, przejechanych 600 km, widzę, że Edek jest zmęczony, a powód nie tylko kierownica, ale problemy zdrowotne siostry, nad którą to sprawuje opiekę. Tak więc proponuję, że poprowadzę samochód, co Edek z chęcią przyjmuje i przekazuje mi kierownicę. Do celu 650 km, ale trudną drogą, zaczęły się strome serpentyny. Do Zermatt - Randa na kamping docieramy na godz. 23. Jestem non stop 11 godzin za kierownicą, ale wszystko jest w porządku.

Szybko rozbijamy namioty i śpimy jak susły. Nazajutrz rankiem pakujemy sprzęt i wyruszamy na wspinaczkę, podjeżdżając na parking samochodem. Plecaki ciężkie, bo chcemy nocować w namiotach powyżej schroniska Dom położonego na wys. 2940 m n.p.m. Takie rozwiązanie pozwala rozpocząć atak na szczyt o świcie. Trafiło się dobre miejsce pod namiot i do tego jeszcze bieżąca woda, możliwa do picia. Wysokość około 3200 m n.p.m., noc przespana dobrze, a to dobry zwiastun. Godzina 3.00, pierwsze zespoły wychodzące ze schroniska zaczynają mijać nasze stanowisko. Powoli organizujemy się, by o świcie wyruszyć. Przed nami ciężka praca w skale, stali i lodzie. Powoli się rozkręcamy, jedynie Jurek ma problemy z rakami, popełnił poważny błąd przed wyjazdem - nie przymierzył raków do butów i te stale mu spadały. Podziwiałem jego zacięcie, jak z uporem ciągnie do przodu. Miałem poważne obawy, aby przy pokonywaniu ścian skalnych czy lodowych to utrudnienie nie spowodowało zagrożenia. Trudna przełęcz Festijoch już /3723 m n.p.m./ pokonana bez problemu, jest dobrze.

W drodze na szczyt utrzymujemy dobre równe tempo, 40, 50 kroków i oddech. W pewnym momencie gdzieś 4200 m n.p.m. Jurek proponuje zwolnienie tempa. Pomyślałem, Boże, byle nie choroba wysokościowa, chociaż to i tak rekord życiowy Jurka. Sebek dzielnie wspina się i jest daleko przed nami, ale widzę, że tempo mu wyraźnie zmalało. Gdzieś na wysokości 4350 - 4400 m n.p.m. Jurek oświadcza, że nie jest w stanie dalej się wspinać i że zostaje. Mam dylemat, czy możemy Jurka zostawać samego, aby wolno schodził w dół, bo na tą chorobę to jedyne lekarstwo, zresztą Jurek o tym równie doskonale wie. Do szczytu mamy około godziny drogi, czyli na prawie dwie godziny musimy Jurka zostawić samego. Tym gorsza sytuacja, gdyż wszystkie zespoły już z góry zeszły. Jurek zdecydowanie twierdzi, że da sobie radę, a my mamy iść na szczyt. Naprawdę z bijącym mocno sercem podejmuję decyzję, że Jurek zostaje sam. Edek myśli podobnie jak ja z racji swej goprowskiej profesji. Sebek jest daleko w przodzie i nawet nie wie co tu się dzieje. Rozumiemy, że jest to wyprawa partnerska, ale jest zespół i są jakieś zasady. Jurek jednak oświadcza, że się już poczuł lepiej, że zostaje sam i będzie na nas czekał w promieniach pięknie operującego słoneczka. Tak więc idziemy dalej na szczyt, trochę podkręcam tempo, na siodle podszczytowym dochodzimy Sebka i już razem na lekko, bo plecaki zostawiamy na sidle, pniemy się szczytową granią, stromą jak drabina. Na szczycie stajemy o godzinie 12.50 czyli o 10 minut przed planowanym czasem. Serdeczne uściski i wzajemne gratulacje, zwłaszcza dla Sebka bijącego swój rekord wysokości. Tutaj mamy wspaniałą ucztę widokową, widoki chłoniemy łapczywie, wręcz zachłannie, by coś z nich nie umknęło. No, ja mam dylemat, że zgubiłem aparat fotograficzny lub zostawiłem w namiocie i nikt z nas nie ma aparatu, by to wszystko zarejestrować. Mam kamerę, która pozwoliła mi to co zobaczyliśmy utrwalić. Musimy się trochę pośpieszyć, bo na dole Jurek jest sam i nie wiemy w jakim jest stanie. Krótka kontemplacja przy krzyżu i schodzimy.

Dochodzimy do Jurka, jest w dobrym stanie i humorze. Jest zadowolony ze swego rekordu wysokości /4400 m n.p.m./, to już dużo jak na pierwszy raz. Zdobył wiele wiedzy i doświadczenia, nam serdecznie gratuluje szczytu.

Spięci liną, dalej razem schodzimy w dół, gdzie czeka na nas zasłużony odpoczynek w przyjaznych "ścianach" namiotów.

Jak zwykle przy zejściu często bywa, są różne problemy, tak i mnie to spotkało, najtrudniejsze ścianki zostały pokonane, schodzimy dalej bez liny i raków, wszystko spakowane w plecakach. Sebek, Jurek, Edek i ja na końcu, dobrze się nam idzie, jeszcze słoneczko świeci, skała sucha, cieplutka i miła, jest płyta, trochę pochyła z uskokiem, pod nią stoi Edek. Pytam: "Edek, co tak stoisz?" "No, czekam na ciebie". "O, bardzo mi miło, że o mnie pamiętasz". Nie zauważyłem, że na płycie było trochę żwirku i na tym żwirku po pierwszym kroku wpadłem w poślizg. Całe szczęście, że Edek czekał i właściwie w locie złapał mnie za kołnierz jak przysłowiowego królika i uratował od upadku w dół, co mogło się skończyć różnie. Byłem i jestem mu za to mocno wdzięczny, a on skromnie skomentował: "To było i jest moją powinnością jako GOPROWCA" i dodał: Chyba zauważyłeś, że w trudniejszych miejscach tak zawsze było, że czekałem na ostatniego". Jeszcze raz Edziu, dzięki za tą właśnie postawę!!!

Dochodzimy do namiotów, noc przespana dobrze, ale pogoda się załamała. We mgle, deszczu, a czasem i śniegu schodzimy do parkingu w Randzie, gdzie mamy samochód. Dojeżdżamy do kampingu, leje niemiłosiernie, w samochodzie spożywamy jakiś posiłek. Edek z Sebkiem śpią w namiocie, który stał tu od poprzedniego noclegu, ja z Jurkiem śpimy w samochodzie. Następne dni to wyjście na Nordend i Dufaurspitze, ale komunikaty pogodowe są złe, ma lać przez najbliższe cztery dni. Zwiedzamy trochę Zermatt, wracamy na kemping. Dalej leje i następna noc bez zmian - namiot i samochód.

Zastanawiamy się nad powrotem, droga zasypana śniegiem, przez przełęcze nie ma mowy o jeździe bez opon zimowych, a śnieg utrzymuje się bardzo nisko. Podejmujemy decyzję, wracamy drogą okrężną przez Berno, Zurich, trochę dalej, ale bezpieczniej, i tak dojechaliśmy do Żywca.

Szczęśliwie skończyła się przygoda z Alpami, wszyscy zadowoleni, a jak będzie w Himalajach, gdzie czeka na mnie ośmiotysięcznik? 
cdn.

Edmund Zaiczek

 

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.