Nad Sołą i Koszarawą - nr 21 (220) - 1 Listopad 2007

|poprzedni artykuł|   |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|

 

Odeszła Stanisława Białożyt

Z wykształcenia i powołania nauczycielka - polonistka. W latach młodości znana i ceniona instruktorka harcerska i świetny organizator zajęć pozaszkolnych i pozalekcyjnych dla dzieci z miejscowej szkoły. Pasjonatka lokalnej historii. Autorka i redaktorka kroniki rodzinnej, kroniki Milówki i OSP. Redaktor i wydawca "Wspólnoty Milowieckiej", współredaktor "Gazety Żywieckiej", "Kalendarza Żywieckiego" i "Słownika Biograficznego Żywiecczyzny".

Urodziła się 15 kwietnia 1928 r. w Milówce jako córka Karola Grzegorzka i Anny z Jopków. Była jednym z ich 9-rga dzieci, z czego troje zmarło we wczesnym dzieciństwie na panujący wtedy dyfteryt. Pozostała przy życiu szóstka, w tym i Stanisława, od wczesnego dzieciństwa była wdrażana do pełnienia różnych obowiązków na miarę swoich sił i możliwości. Najpierw jako kilkuletnia dziewczynka musiała niańczyć troje swego młodszego rodzeństwa, a stopniowo była przyzwyczajana przez rodziców do pracy w polu i na gospodarstwie. Każdą wolną chwilę wykorzystywała na czytanie starych, znalezionych na strychu książek i czasopism, tym bardziej, że podczas okupacji przez parę miesięcy korzystała z tajnego nauczania do czasu aresztowania i wywiezienia do Oświęcimia nauczyciela Czesława Litwińskiego.

Ojciec widząc jej zapał do nauki, zaraz po przejściu frontu w kwietniu 1945 roku, zawiózł ją furmanką do Bielska-Białej, zapisał do otwartego już Gimnazjum Handlowego i wynajął stancję u znajomych pp. Soblów. I choć w drodze powrotnej rosyjscy żołnierze zabrali mu konia, pogrążając całą rodzinę w biedzie, nigdy jej tego nie wypomniał.

Po zdaniu małej matury w 1947 roku, na propozycję dawnej nauczycielki Janiny Koczur, Stanisława podjęła naukę w Szkole Podstawowej w Kamesznicy, gdyż w szkolnictwie powojennym były wielkie braki kadrowe, a młodzieży przestarzałych roczników bardzo dużo. Uczyła więc tam z kierownikiem Ziębą i jego żoną. Ale po dwóch latach przeniosła się do pobliskiej wsi Szare - bo tam było jeszcze gorzej, gdyż uczyła tu tylko jedna nauczycielka, też niewykwalifikowana - Stefania Stańco. Co gorsza, nie było nawet budynku szkolnego, więc lekcje odbywały się w pożydowskiej karczmie i w dwu wynajętych, znacznie odległych od siebie, chałupach. Do tego doszły jeszcze wieczorowe kursy dla analfabetów. W rezultacie tego obie nauczycielki pracowały
w szkole niemal od rana do wieczora. Stanisława musiała jeszcze około półtorej godziny poświęcić na dojście do szkoły tam i z powrotem, bo autobusy wówczas nie kursowały. Po wyboistych drogach trzeba iść - mróz, śnieg czy deszcz. Po trzech latach pracy uskładała sobie pieniędzy na rower i nim wiosną i jesienią dojeżdżała do pracy, bo zimą się nie dało.

Pracując na pełnych obrotach, musiała jeszcze znaleźć czas na samokształcenie, bowiem zapisała się na zaoczną naukę w Liceum Pedagogicznym w Bielsku-Białej, gdzie dojeżdżała pociągiem dwa razy w tygodniu na konsultacje i egzaminy. Uwieńczeniem tej nauki oraz kursów wakacyjnych był egzamin maturalny w 1949 r. W tymże roku w jesieni zapisała się na Wyższy Kurs Nauczycielski z biologii i geografii zorganizowany w Żywcu, zakończony w 1951 r., gdyż i tych przedmiotów musiała w szkole uczyć.

W międzyczasie wyszła za mąż za porucznika Wojska Polskiego Józefa Białożyta, który zawodowo służył w wojsku, najpierw w Rzeszowie, potem w Jarosławiu, Nysie, a na końcu w Cieszynie. W ciągu 5 lat urodziła trzech synów - Jarosława, Adama i Pawła. Było oczywiste, że musiała przejść na urlop bezpłatny. Po pięciu latach, gdy synkowie podrośli na tyle, że mogła ich umieścić w miejscowym przedszkolu, wróciła do pracy zawodowej w Szkole Podstawowej w Milówce, a w niepełnym wymiarze w miejscowej szkole rolniczej.

W miarę jak dzieci rosły i usamodzielniały się, podjęła też pracę społeczną w organizacji harcerskiej. Urządzała wycieczki, podchody, obozy i zbiórki, na które zabierała również swoich synków, najpierw jako zuchów, a później harcerzy. Za15 lat działalności w harcerstwie dosłużyła się stopnia harcmistrza. Później swą aktywność zwróciła w stronę komitetu rodzicielskiego, którego przewodniczącym z wyboru był jej mąż Józef Białożyt, angażujący się także w organizacji harcerskiej jako kapitan Wojska Polskiego. Jako żona i nauczycielka pomagała mu w organizacji akcji społecznych, a szczególnie spotkań i zabaw karnawałowych, których dochód przeznaczony był głównie na wycieczki krajoznawcze po Polsce, w czym też uczestniczyła jako opiekunka.

W latach następnych z powodu zapotrzebowania szkoły na polonistkę podjęła zaoczną naukę w studium nauczycielskim w Krakowie, które ukończyła w roku 1960. Był to wstęp do rozpoczęcia studiów zaocznych na Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie, które ukończyła obroną pracy magisterskiej w 1969 roku na temat "Idea patriotyzmu w powieściach dla dzieci i młodzieży o tematyce wojennej i okupacyjnej", gdyż idea ta była jej szczególnie bliska. Realizowała ją poprzez lekcje i działalność harcerską.

Na propozycję władz oświatowych w Żywcu podjęła też uczestnictwo w akcji odczytów pedagogicznych i w latach 1963 - 1975 napisała ich osiem. Za pierwszy z nich "Jak osiągam bardzo dobre wyniki w nauczaniu ortografii" otrzymała pierwszą nagrodę w skali województwa krakowskiego, a trzecią w skali kraju.
Za dwa następne odczyty otrzymała pierwszą i drugą nagrodę w skali województwa, a za pozostałe wyróżnienia. Były to m.in. takie tematy jak: "Tajna oświata jako wyraz walki o ocalenie polskiej kultury", "Powtarzanie jest matką nauczania", "Jak łączę nauczanie ortografii z gramatyką i poprawą wypracowań".

W 1972 r. władze powiatowe w Żywcu powierzyły jej funkcję wizytatora metodyka języka polskiego, by na szerszym polu mogła propagować swe nowoczesne metody nauczania języka polskiego. Jeździła więc po szkołach powiatu, wizytowała nauczycieli - polonistów, udzielając im szerokiego instruktażu, sama też prowadziła lekcje pokazowe u nich i w swojej szkole w Milówce. Sporządzała i demonstrowała nauczycielom własnoręcznie wykonane pomoce naukowe w postaci plansz, wykresów i zestawów z literatury, gramatyki i ortografii. Przygotowywała też młodzież do konkursów: czytelniczych, recytatorskich i gramatyczno-ortograficznych tak na terenie swojej szkoły, jak na terenie rejonu, powiatu, a nawet województwa krakowskiego.

W nauczaniu literatury szczególnie preferowała przyswajanie przez uczniów na pamięć najpiękniejszych fragmentów zarówno poezji, jak i artystycznej prozy, zwłaszcza polskich klasyków: Mickiewicza, Norwida, Sienkiewicza, Konopnickiej, Tuwima i Staffa. Zgodnie z zasadą, że słowa uczą, a tylko przykłady pociągają, sama w ciągu 44 lat i 7 miesięcy pracy pedagogicznej nauczyła się na pamięć większości programowej obowiązującej literatury pięknej, oczywiście tej wierszowanej, łącznie z epopeją A. Mickiewicza - Pan Tadeusz. Uczyła się jej na pamięć po 30 wierszów dziennie w ciągu trzech lat, przyswoiła go sobie w całości, a utrwalała na lekcjach w klasie siódmej. Równie pociągała ją poezja J. Słowackiego, zwłaszcza takie jego utwory jak: Zachód słońca, Smutno mi Boże, Sowiński w okopach Woli, a nade wszystko Ojciec zadżumionych.

Recytowała te wiersze nie tylko na lekcjach języka polskiego i historii, ale także na rocznicowych akademiach z okazji okrągłych rocznic urodzin lub śmierci ich autorów, a także z okazji obchodów świąt państwowych. Recytowane ze sceny strofy poetyckie wywoływały w słuchaczach wzruszenie, które malowało się w ich płonących oczach i napiętym wyrazie twarzy.

Poznawszy siłę poetyckiego oddziaływania poprzez scenę, założyła z młodzieżą licealną teatr amatorski. Wyreżyserowała w nim dramat Stefana Żeromskiego "Uciekła mi przepióreczka" dla uczczenia przypadającej w 1964 roku 100. rocznicy urodzin pisarza. Wystawiono ją najpierw w Milówce, a potem w okolicznych szkołach i domach kultury oraz w Żywcu.

W tamtych latach opiekowała się także zespołem instrumentalnym akordeonistów, do którego należeli też jej trzej synowie - uczniowie szkoły podstawowej. Nauczycielem muzyki był p. Krawczyk z Łodygowic, który 2 razy w tygodniu przyjeżdżał do Milówki. Chłopcy nie tylko uczyli się grać, ale występowali publicznie, uświetniając swoimi melodiami obchody świąt narodowych w szkole i środowisku.

Podczas organizowania różnych imprez Stanisława Białożyt zrozumiała, że do artystycznej działalności garną się także ludzie dorośli, więc i ku nim skierowała swą wrodzoną aktywność, tym bardziej, że w większości byli to ludzie ciężkiej pracy fizycznej - głównie na roli, a częściowo też w zakładach pracy. Sięgnęła więc do folkloru, który był bliski ich sercu i stanowił wiew ich młodości. Kierując się lokalnym patriotyzmem, postanowiła reaktywować ruch artystyczny, zapoczątkowany przed laty przez nieżyjącego już milowieckiego Sabałę - Józefa Szczotkę. Sięgnęła więc do jego dorobku i założyła zespół teatralny, który przybrał nazwę "Gronicki". Wziął on na warsztat jego najpopularniejszą sztukę pt. "Wesele góralskie", które wystawiał jeszcze przed wojną. Po żmudnej pracy w wyszukaniu odpowiednich aktorów, po rozpisaniu ról, zaczęły się próby, które po półrocznej harówce doprowadziły do finału. 25 aktorów 8 czerwca 1986 r. stanęło podczas obchodów "Dni Milówki" na scenie. Sukces przeszedł wszelkie oczekiwania. Sala Domu Strażaka wypełniona była po brzegi, widzowie obsiedli wszystkie parapety. Po zakończeniu spektaklu oklaskom nie było końca. Aktorzy musieli śpiewać, a niektóre sceny bisować.

Odtąd przez 5 lat "Wesele" nie schodziło ze sceny. Ze swym kierownikiem - Stanisławą Białożyt zespół Gronicek objeżdżał okoliczne domy kultury i szkoły w całym powiecie żywieckim. Wszędzie wesele spotykało się z entuzjastycznym przyjęciem, bo niosło z sobą radość życia, góralski wigor i entuzjazm młodości, muzykę i śpiew, i pełen temperamentu góralski taniec - "obyrtka". Wielu aktorów amatorów ujawniło tu drzemiące w nich zdolności aktorskie. Wesele corocznie grane było tak zimą, jak i latem dla wczasowiczów i kolonii. Oprócz tego zespół "Gronicki" zapraszany był na występy do różnych miast polskich, m.in. do Skierniewic
i Lipiec Reymontowskich. W roku 1987 w Nowym Sączu odbył się IV Sejmik, w którym brało udział 9 zespołów teatralnych z 7 województw południowej Polski. Trzy zespoły ten konkurs wygrały,
w tym "Gronicek" z województwa bielskiego. W ten sposób zakwalifikował się do Sejmiku Centralnego w Tarnogrodzie pod patronatem Ministerstwa Kultury i Sztuki. Tam "Gronicek" wzbudził zachwyt i otrzymał zaproszenie do Warszawy, gdzie zagrał "Wesele" na scenie teatru Komedia w dniu 25 stycznia 1988 r. u Olgi Lipińskiej. Po całej Warszawie rozklejone były afisze reklamujące występ artystów z Milówki. Po spektaklu widzowie nie chcieli opuszczać teatru prosząc o bis. Zachwyciły ich: weselny obrząd, muzyka, stroje, tańce i uczuciowa aura. Do kroniki zespołu zapisywali takie oto wrażenia: "Tak wspaniałego zespołu dawno nie miała Warszawa. Życzymy dalszych sukcesów".

W szkolnictwie przepracowała łącznie 44 lata i 7 miesięcy. Na emeryturę odeszła w 1991 roku. Ponieważ kochała pracę, więc dalej udzielała się społecznie jako redaktor naczelny, wydawca i kolporter w jednej osobie lokalnej gazety pt. "Wspólnota Milowiecka". Współpracowała z redakcją wychodzącego w Żywcu dwutygodnika "Nad Sołą i Koszarawą" oraz redakcją Kalendarza Żywieckiego i "Słownika biograficznego". W jej domu rodzinnym w Milówce przy ulicy 1000 lecia 8, gdzie ostatnio dość często zaglądałem, miałem możliwość obejrzenia redagowanej przez nią kroniki miejscowej OSP oraz własnej, bogato ilustrowanej autobiografii pokazanej na szerokim tle dziejów Milówki z okresu jej działalności w tym środowisku. To tu zgromadziła pamiątki swojego bogatego życia, szkoły i swojej rodzinnej wsi, i całej gminy milowieckiej.

Do chwili złamania nogi dużo podróżowała po kraju ojczystym i po całym świecie. Z podróży tych w oddzielnych albumach pozostawiła bogato ilustrowane opisy, spostrzeżenia i refleksje. Potem przyszła ta straszliwa choroba. Była przykładem człowieka marzyciela, o bogatym życiu wewnętrznym, wielkim duchu i wielkim sercu. Ukochała swoją Milówkę, jej mieszkańcom tym najmłodszym i starszym starała się dać cząstkę samej siebie, im przede wszystkim poświęciła kawał swojego pracowitego i owocnego życia. Odwdzięczyli się jej za to nadaniem tytułu Człowieka Roku - niestety, pośmiertnie. W czasie moich pobytów w Milówce często zaglądałem do jej domu na pogawędki przy kawie. Tak dużo mieliśmy sobie zawsze do powiedzenia.

Będzie mi Ciebie brakowało.

Hieronim Woźniak

 

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.