Odeszła Stanisława
Białożyt
Z
wykształcenia i powołania nauczycielka - polonistka.
W latach młodości znana i ceniona instruktorka
harcerska i świetny organizator zajęć pozaszkolnych
i pozalekcyjnych dla dzieci z miejscowej szkoły.
Pasjonatka lokalnej historii. Autorka i redaktorka
kroniki rodzinnej, kroniki Milówki i OSP. Redaktor i
wydawca "Wspólnoty Milowieckiej", współredaktor
"Gazety Żywieckiej", "Kalendarza Żywieckiego"
i "Słownika Biograficznego Żywiecczyzny".
Urodziła się 15
kwietnia 1928 r. w Milówce jako córka Karola
Grzegorzka i Anny z Jopków. Była jednym z ich 9-rga
dzieci, z czego troje zmarło we wczesnym dzieciństwie
na panujący wtedy dyfteryt. Pozostała przy życiu szóstka,
w tym i Stanisława, od wczesnego dzieciństwa była
wdrażana do pełnienia różnych obowiązków na miarę
swoich sił i możliwości. Najpierw jako kilkuletnia
dziewczynka musiała niańczyć troje swego młodszego
rodzeństwa, a stopniowo była przyzwyczajana przez
rodziców do pracy w polu i na gospodarstwie. Każdą
wolną chwilę wykorzystywała na czytanie starych,
znalezionych na strychu książek i czasopism, tym
bardziej, że podczas okupacji przez parę miesięcy
korzystała z tajnego nauczania do czasu aresztowania
i wywiezienia do Oświęcimia nauczyciela Czesława
Litwińskiego.
Ojciec widząc jej
zapał do nauki, zaraz po przejściu frontu w kwietniu
1945 roku, zawiózł ją furmanką do Bielska-Białej,
zapisał do otwartego już Gimnazjum Handlowego i
wynajął stancję u znajomych pp. Soblów. I choć w
drodze powrotnej rosyjscy żołnierze zabrali mu
konia, pogrążając całą rodzinę w biedzie, nigdy
jej tego nie wypomniał.
Po zdaniu małej
matury w 1947 roku, na propozycję dawnej nauczycielki
Janiny Koczur, Stanisława podjęła naukę w Szkole
Podstawowej w Kamesznicy, gdyż w szkolnictwie
powojennym były wielkie braki kadrowe, a młodzieży
przestarzałych roczników bardzo dużo. Uczyła więc
tam z kierownikiem Ziębą i jego żoną. Ale po dwóch
latach przeniosła się do pobliskiej wsi Szare - bo
tam było jeszcze gorzej, gdyż uczyła tu tylko jedna
nauczycielka, też niewykwalifikowana - Stefania Stańco.
Co gorsza, nie było nawet budynku szkolnego, więc
lekcje odbywały się w pożydowskiej karczmie i w dwu
wynajętych, znacznie odległych od siebie, chałupach.
Do tego doszły jeszcze wieczorowe kursy dla analfabetów.
W rezultacie tego obie nauczycielki pracowały
w szkole niemal od rana do wieczora. Stanisława musiała
jeszcze około półtorej godziny poświęcić na dojście
do szkoły tam i z powrotem, bo autobusy wówczas nie
kursowały. Po wyboistych drogach trzeba iść - mróz,
śnieg czy deszcz. Po trzech latach pracy uskładała
sobie pieniędzy na rower i nim wiosną i jesienią
dojeżdżała do pracy, bo zimą się nie dało.
Pracując na pełnych
obrotach, musiała jeszcze znaleźć czas na samokształcenie,
bowiem zapisała się na zaoczną naukę w Liceum
Pedagogicznym w Bielsku-Białej, gdzie dojeżdżała
pociągiem dwa razy w tygodniu na konsultacje i
egzaminy. Uwieńczeniem tej nauki oraz kursów
wakacyjnych był egzamin maturalny w 1949 r. W tymże
roku w jesieni zapisała się na Wyższy Kurs
Nauczycielski z biologii i geografii zorganizowany w
Żywcu, zakończony w 1951 r., gdyż i tych przedmiotów
musiała w szkole uczyć.
W międzyczasie wyszła
za mąż za porucznika Wojska Polskiego Józefa Białożyta,
który zawodowo służył w wojsku, najpierw w
Rzeszowie, potem w Jarosławiu, Nysie, a na końcu w
Cieszynie. W ciągu 5 lat urodziła trzech synów -
Jarosława, Adama i Pawła. Było oczywiste, że musiała
przejść na urlop bezpłatny. Po pięciu latach, gdy
synkowie podrośli na tyle, że mogła ich umieścić
w miejscowym przedszkolu, wróciła do pracy zawodowej
w Szkole Podstawowej w Milówce, a w niepełnym
wymiarze w miejscowej szkole rolniczej.
W miarę jak dzieci
rosły i usamodzielniały się, podjęła też pracę
społeczną w organizacji harcerskiej. Urządzała
wycieczki, podchody, obozy i zbiórki, na które
zabierała również swoich synków, najpierw jako
zuchów, a później harcerzy. Za15 lat działalności
w harcerstwie dosłużyła się stopnia harcmistrza. Później
swą aktywność zwróciła w stronę komitetu
rodzicielskiego, którego przewodniczącym z wyboru był
jej mąż Józef Białożyt, angażujący się także
w organizacji harcerskiej jako kapitan Wojska
Polskiego. Jako żona i nauczycielka pomagała mu w
organizacji akcji społecznych, a szczególnie spotkań
i zabaw karnawałowych, których dochód przeznaczony
był głównie na wycieczki krajoznawcze po Polsce, w
czym też uczestniczyła jako opiekunka.
W latach następnych
z powodu zapotrzebowania szkoły na polonistkę podjęła
zaoczną naukę w studium nauczycielskim w Krakowie,
które ukończyła w roku 1960. Był to wstęp do
rozpoczęcia studiów zaocznych na Wyższej Szkole
Pedagogicznej w Krakowie, które ukończyła obroną
pracy magisterskiej w 1969 roku na temat "Idea
patriotyzmu w powieściach dla dzieci i młodzieży o
tematyce wojennej i okupacyjnej", gdyż idea ta
była jej szczególnie bliska. Realizowała ją
poprzez lekcje i działalność harcerską.
Na propozycję władz
oświatowych w Żywcu podjęła też uczestnictwo w
akcji odczytów pedagogicznych i w latach 1963 - 1975
napisała ich osiem. Za pierwszy z nich "Jak osiągam
bardzo dobre wyniki w nauczaniu ortografii"
otrzymała pierwszą nagrodę w skali województwa
krakowskiego, a trzecią w skali kraju.
Za dwa następne odczyty otrzymała pierwszą i drugą
nagrodę w skali województwa, a za pozostałe wyróżnienia.
Były to m.in. takie tematy jak: "Tajna oświata
jako wyraz walki o ocalenie polskiej kultury",
"Powtarzanie jest matką nauczania",
"Jak łączę nauczanie ortografii z gramatyką i
poprawą wypracowań".
W 1972 r. władze
powiatowe w Żywcu powierzyły jej funkcję wizytatora
metodyka języka polskiego, by na szerszym polu mogła
propagować swe nowoczesne metody nauczania języka
polskiego. Jeździła więc po szkołach powiatu,
wizytowała nauczycieli - polonistów, udzielając im
szerokiego instruktażu, sama też prowadziła lekcje
pokazowe u nich i w swojej szkole w Milówce. Sporządzała
i demonstrowała nauczycielom własnoręcznie wykonane
pomoce naukowe w postaci plansz, wykresów i zestawów
z literatury, gramatyki i ortografii. Przygotowywała
też młodzież do konkursów: czytelniczych,
recytatorskich i gramatyczno-ortograficznych tak na
terenie swojej szkoły, jak na terenie rejonu,
powiatu, a nawet województwa krakowskiego.
W nauczaniu
literatury szczególnie preferowała przyswajanie
przez uczniów na pamięć najpiękniejszych fragmentów
zarówno poezji, jak i artystycznej prozy, zwłaszcza
polskich klasyków: Mickiewicza, Norwida,
Sienkiewicza, Konopnickiej, Tuwima i Staffa. Zgodnie z
zasadą, że słowa uczą, a tylko przykłady pociągają,
sama w ciągu 44 lat i 7 miesięcy pracy pedagogicznej
nauczyła się na pamięć większości programowej
obowiązującej literatury pięknej, oczywiście tej
wierszowanej, łącznie z epopeją A. Mickiewicza -
Pan Tadeusz. Uczyła się jej na pamięć po 30 wierszów
dziennie w ciągu trzech lat, przyswoiła go sobie w
całości, a utrwalała na lekcjach w klasie siódmej.
Równie pociągała ją poezja J. Słowackiego, zwłaszcza
takie jego utwory jak: Zachód słońca, Smutno mi Boże,
Sowiński w okopach Woli, a nade wszystko Ojciec zadżumionych.
Recytowała te
wiersze nie tylko na lekcjach języka polskiego i
historii, ale także na rocznicowych akademiach z
okazji okrągłych rocznic urodzin lub śmierci ich
autorów, a także z okazji obchodów świąt państwowych.
Recytowane ze sceny strofy poetyckie wywoływały w słuchaczach
wzruszenie, które malowało się w ich płonących
oczach i napiętym wyrazie twarzy.
Poznawszy siłę
poetyckiego oddziaływania poprzez scenę, założyła
z młodzieżą licealną teatr amatorski. Wyreżyserowała
w nim dramat Stefana Żeromskiego "Uciekła mi
przepióreczka" dla uczczenia przypadającej w
1964 roku 100. rocznicy urodzin pisarza. Wystawiono ją
najpierw w Milówce, a potem w okolicznych szkołach i
domach kultury oraz w Żywcu.
W tamtych latach
opiekowała się także zespołem instrumentalnym
akordeonistów, do którego należeli też jej trzej
synowie - uczniowie szkoły podstawowej. Nauczycielem
muzyki był p. Krawczyk z Łodygowic, który 2 razy w
tygodniu przyjeżdżał do Milówki. Chłopcy nie
tylko uczyli się grać, ale występowali publicznie,
uświetniając swoimi melodiami obchody świąt
narodowych w szkole i środowisku.
Podczas
organizowania różnych imprez Stanisława Białożyt
zrozumiała, że do artystycznej działalności garną
się także ludzie dorośli, więc i ku nim skierowała
swą wrodzoną aktywność, tym bardziej, że w większości
byli to ludzie ciężkiej pracy fizycznej - głównie
na roli, a częściowo też w zakładach pracy. Sięgnęła
więc do folkloru, który był bliski ich sercu i
stanowił wiew ich młodości. Kierując się lokalnym
patriotyzmem, postanowiła reaktywować ruch
artystyczny, zapoczątkowany przed laty przez nieżyjącego
już milowieckiego Sabałę - Józefa Szczotkę. Sięgnęła
więc do jego dorobku i założyła zespół
teatralny, który przybrał nazwę
"Gronicki". Wziął on na warsztat jego
najpopularniejszą sztukę pt. "Wesele góralskie",
które wystawiał jeszcze przed wojną. Po żmudnej
pracy w wyszukaniu odpowiednich aktorów, po
rozpisaniu ról, zaczęły się próby, które po półrocznej
harówce doprowadziły do finału. 25 aktorów 8
czerwca 1986 r. stanęło podczas obchodów "Dni
Milówki" na scenie. Sukces przeszedł wszelkie
oczekiwania. Sala Domu Strażaka wypełniona była po
brzegi, widzowie obsiedli wszystkie parapety. Po zakończeniu
spektaklu oklaskom nie było końca. Aktorzy musieli
śpiewać, a niektóre sceny bisować.
Odtąd przez 5 lat
"Wesele" nie schodziło ze sceny. Ze swym
kierownikiem - Stanisławą Białożyt zespół
Gronicek objeżdżał okoliczne domy kultury i szkoły
w całym powiecie żywieckim. Wszędzie wesele spotykało
się z entuzjastycznym przyjęciem, bo niosło z sobą
radość życia, góralski wigor i entuzjazm młodości,
muzykę i śpiew, i pełen temperamentu góralski
taniec - "obyrtka". Wielu aktorów amatorów
ujawniło tu drzemiące w nich zdolności aktorskie.
Wesele corocznie grane było tak zimą, jak i latem
dla wczasowiczów i kolonii. Oprócz tego zespół
"Gronicki" zapraszany był na występy do różnych
miast polskich, m.in. do Skierniewic
i Lipiec Reymontowskich. W roku 1987 w Nowym Sączu
odbył się IV Sejmik, w którym brało udział 9
zespołów teatralnych z 7 województw południowej
Polski. Trzy zespoły ten konkurs wygrały,
w tym "Gronicek" z województwa bielskiego.
W ten sposób zakwalifikował się do Sejmiku
Centralnego w Tarnogrodzie pod patronatem Ministerstwa
Kultury i Sztuki. Tam "Gronicek" wzbudził
zachwyt i otrzymał zaproszenie do Warszawy, gdzie
zagrał "Wesele" na scenie teatru Komedia w
dniu 25 stycznia 1988 r. u Olgi Lipińskiej. Po całej
Warszawie rozklejone były afisze reklamujące występ
artystów z Milówki. Po spektaklu widzowie nie
chcieli opuszczać teatru prosząc o bis. Zachwyciły
ich: weselny obrząd, muzyka, stroje, tańce i
uczuciowa aura. Do kroniki zespołu zapisywali takie
oto wrażenia: "Tak wspaniałego zespołu dawno
nie miała Warszawa. Życzymy dalszych sukcesów".
W szkolnictwie
przepracowała łącznie 44 lata i 7 miesięcy. Na
emeryturę odeszła w 1991 roku. Ponieważ kochała
pracę, więc dalej udzielała się społecznie jako
redaktor naczelny, wydawca i kolporter w jednej osobie
lokalnej gazety pt. "Wspólnota Milowiecka".
Współpracowała z redakcją wychodzącego w Żywcu
dwutygodnika "Nad Sołą i Koszarawą" oraz
redakcją Kalendarza Żywieckiego i "Słownika
biograficznego". W jej domu rodzinnym w Milówce
przy ulicy 1000 lecia 8, gdzie ostatnio dość często
zaglądałem, miałem możliwość obejrzenia
redagowanej przez nią kroniki miejscowej OSP oraz własnej,
bogato ilustrowanej autobiografii pokazanej na
szerokim tle dziejów Milówki z okresu jej działalności
w tym środowisku. To tu zgromadziła pamiątki
swojego bogatego życia, szkoły i swojej rodzinnej
wsi, i całej gminy milowieckiej.
Do chwili złamania
nogi dużo podróżowała po kraju ojczystym i po całym
świecie. Z podróży tych w oddzielnych albumach
pozostawiła bogato ilustrowane opisy, spostrzeżenia
i refleksje. Potem przyszła ta straszliwa choroba. Była
przykładem człowieka marzyciela, o bogatym życiu
wewnętrznym, wielkim duchu i wielkim sercu. Ukochała
swoją Milówkę, jej mieszkańcom tym najmłodszym i
starszym starała się dać cząstkę samej siebie, im
przede wszystkim poświęciła kawał swojego
pracowitego i owocnego życia. Odwdzięczyli się jej
za to nadaniem tytułu Człowieka Roku - niestety, pośmiertnie.
W czasie moich pobytów w Milówce często zaglądałem
do jej domu na pogawędki przy kawie. Tak dużo mieliśmy
sobie zawsze do powiedzenia.
Będzie mi Ciebie
brakowało.
Hieronim Woźniak