Nad Sołą i Koszarawą - nr 20 (219) - 15 Października 2007

|poprzedni artykuł|  |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|



Ukraina widziana z okien autobusu

Byłem uczestnikiem wycieczki autokarowej, zorganizowanej przez Zarząd Oddziału Związku Nauczycielstwa Polskiego w Żywcu w południowo-zachodnie zakątki Ukrainy, historycznie związanej z losami Rzeczypospolitej Polskiej.

Ukraina, niepodległe państwo od 1991 roku. Duży kraj w Europie wschodniej o powierzchni 603 700 km kw. i liczbie ludności około 47 milionów. Przez Ukrainę przepływają dwie wielkie rzeki Dniepr i Dniestr, ale sieć rzeczna jest uboższa od naszej, czego dowodem jest m.in. deficyt wody we Lwowie. Miasto to ma racjonowaną 2 razy dziennie wodę. Po rozpadzie Związku Radzieckiego warunki podróżowania w tamte strony nieco się poprawiły, toteż Polacy ciągną tam coraz większym strumieniem. Jedni z sentymentów rodzinnych, inni z ciekawości historycznych losów tamtych stron leżących niegdyś w granicach I i II Rzeczypospolitej, a w latach 1772-1918 w granicach Galicji, będącej częścią składową monarchii Austro Węgierskiej. Zakodowany gdzieś w genach sentyment do Ukrainy uzewnętrznia się często w śpiewach biesiadnych, gdzie obok "Góralu czy ci nie żal, usłyszeć można "Czerwony pas" i "Na zielonej Ukrainie".

Tylko w naszej kilkudziesięcioosobowej grupie wycieczkowiczów spotkałem dwóch takich, którzy w Iwanowo Frankowsku (Stanisławowie) szukali swoich korzeni, bo jeden z nich tu się urodził, a matka tego drugiego tu, nie tak znów dawno, zamieszkiwała. Politycznie Ukraina jest rozdarta, poszukuje swojego miejsca w Europie, szuka odpowiedzi na pytanie czy swoje losy wiązać z Zachodem i UE, czy z Rosją. Podobne dylematy miał w XVII wieku Bohdan Chmielnicki - wybrał Rosję. Ja osobiście optowałbym za rozwiązaniem pierwszym. Przygarnięcie Ukrainy do UE stępiłoby ostrze naszych wzajemnych pretensji, bólu i ran, które wzajemnie sobie w przeszłości dawnej i bliższej zadawaliśmy, zaś sama Ukraina otrzymałaby szansę na szybsze wyrwanie się z marazmu odziedziczonego po Związku Radzieckim. Z wyjątkiem Karpat Wschodnich i Krymu, Ukraina to kraj równinny lub lekko pofalowany. Ziemia tu urodzajna. 60% powierzchni zajmują słynne ukraińskie czarnoziemy. Taka Ukraina mogłaby wyżywić pół Europy. Ale tak nie jest i prędko nie będzie. Patrząc z okna autobusu w trzeciej dekadzie września spodziewałem się widoku krzątania się w polu przy zbiorach okopowych, siewie ozimin i licznych stad bydła na rozległych pastwiskach. Nic z tego, lub niewiele z tego można było zobaczyć, a głównie był to zbiór z niewielkich poletek kukurydzy, dyni i buraków cukrowych. Imponujące były stada pasących się gęsi.

Wieś ukraińska obserwowana przeze mnie na trasie przejazdu Lwów - Kamieniec Podolski przez Tarnopol jest uboga, pokołchozowa, bez ogrodów i sadów przydomowych, budynków inwentarskich i sprzętu rolniczego. Młodzi nie chcą pracować na roli, uciekają na Zachód. Domki są tu malutkie, w 90% kryte falistym eternitem. Uwagę zwracają wiejskie cerkiewki i przydrożne kapliczki budowane na cerkiewny kształt, starannie odnowione, błyszczące złotem i ulubionym przez Ukraińców - ciemnoniebieskim kolorem. W drodze powrotnej przez Buczacz, Czortków i Iwonowo Frankowsk wieś prezentowała się znacznie lepiej. Rolnictwo ukraińskie wymaga wielkich nakładów finansowych. Zarobki na Ukrainie są niskie, utrzymują się w granicach 100 do 200 dolarów miesięcznie, ale ceny w sklepach też są odpowiednio niższe. Polak ze swoim skromnym portfelem może być dumny, że przyjechał z bogatego kraju. Polski autobus jest zauważany i na postoju otaczany jest przez biedaków proszących o parę groszy, kanapkę czy bułkę, sprytniejsi zaś oferują pocztówki i foldery, oczywiście w języku polskim. Język polski, szczególnie w miastach, jest powszechnie znany. Polak na Ukrainie nie ma problemów z porozumiewaniem się z miejscowymi.

W czasie kilkudniowego pobytu na Ukrainie odwiedziliśmy Lwów, Chocim, Kamieniec Podolski i Stanisławów, obecnie Iwanowo Frankowsk. Muszę przyznać, że Lwów peryferyjny zrobił na mnie przygnębiające wrażenie. Natomiast jego centrum, stare miasto, to Europa, porównywalna z Krakowem. Te dwa miasta przez wieki ze sobą rywalizowały i oba pełniły rolę stolicy kraju, centrów uniwersyteckich i skupisk intelektualistów najwyższych lotów. Najlepiej odzwierciedla to Cmentarz Łyczakowski - najokazalsza i najpiękniejsza nekropolia na świecie, wpisana na listę zabytków UNESCO. Obok zaś Cmentarz Orląt, świeżo odbudowany staraniem władz polskich, przy znanych oporach władz samorządowych Lwowa. Więcej na ten temat mam zamiar napisać w numerze listopadowym.

Chocim i Kamieniec Podolski to twierdze kresowe, gdzie w XVII wieku ścierały się interesy tureckie, polskie, kozackie, tatarskie i rosyjskie. Są to tereny zamieszkałe przez mieszankę narodowościową, wyznaniową i kulturową. To tu nad Dniestrem ówczesna Rzeczpospolita brała na swoje barki stawianie tamy inwazji tureckiej i muzułmańskiej na Bałkany i serce Europy. To tu pod Cecorą, Chocimiem i w Kamieńcu Podolskim życie złożyli na ołtarzu Ojczyzny: Hetman Wielki Litewski Jan Karol Chodkiewicz i Hetman Wielki Koronny Stanisław Żółkiewski, tu pobił Turków hetman Jan Sobieski, które to zwycięstwo utorowało mu drogę do korony polskiej. Swój talent i kunszt bojowy pokazał następnie w odsieczy wiedeńskiej 1683 roku. Żaden z nich nie ma tu swojego pomnika, a ma go w przykatedralnym parku w Kamieńcu Jan Paweł II i Pan Jerzy (Michał) Wołodyjowski, hetman kozacki Piotr Sahajdaczny Konaszewicz przy twierdzy chocimskiej.

Obie twierdze chocimska i kamieniecka - przyznać muszę - trzymają się dobrze, są zadbane, na bieżąco remontowane i służą obu miastom kresowym jako źródło dochodu z turystyki.

Hieronim Woźniak

.

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.