projektowanie stron wwwhttp://www.tenit.com.pl>tworzenie stron www nieruchomościhttp://www.son.com.pl>nieruchomości

Nad Sołą i Koszarawą - nr 19 (218) - 1 X 2007

  |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|



TUŁACZY LOS c.d.

W nr 18(217) naszego dwutygodnika przedstawiłem los Zofii Iskierki (z domu Chruścickiej), jednej z wielu Polek, które przeżyły galicyjską biedę, tułaczkę za chlebem, wywózkę i pobyt w syberyjskim łagrze.
Po zawarciu przez gen. Władysława Sikorskiego w lipcu 1941 roku układu z rządem radzieckim, mężczyźni zdolni do służby wojskowej mogli się zgłaszać do Armii Polskiej organizowanej w ZSRR. Mąż Zofii, jak i inni mężczyźni z łagru, odjechał do miejsca mobilizacji w marcu 1942 roku. Młodszy, dwuletni syn zmarł w łagrze. Zofia wraz z innymi zesłańcami z kolonii w Husiatynie i starszym synem Jankiem, często głodując, od jesieni 1942 roku poszukiwali jakichkolwiek warunków do życia, już nie na Syberii, ale w cieplejszym klimacie, w pobliżu granicy z Chinami i w Taszkiencie.
Rodziny wcielonych do wojska kierowano do Wrewska, gdzie był obóz wojskowy i ochronka dla dzieci. Jednak podróż to kolejna gehenna, głód i niejednokrotnie nocleg na poboczu drogi, strach przed powszechną kradzieżą. Jedzenie zdobywano sprzedając garderobę, a czasem wypraszano u tam stacjonujących, lecz obcych, polskich żołnierzy życzliwych. Przyjazd do Wrewska okazał się chybiony, gdyż grupa ich krewnych, a poszukiwanych żołnierzy była w Gorczakowie. Mimo tego dowództwo polskiego obozu wojskowego zdecydowało o umieszczeniu dzieci w ochronce. Zakwaterowanie poprzedzono zabiegami sanitarnymi, włącznie ze strzyżeniem głów, nawet kobietom. Było to konieczne z powodu brudu, wszawicy i innych insektów. Dzieci miały już znośne warunki, a dorośli pracowali w ogrodzie warzywnym, otrzymując przydział jednego kilograma chleba na dzień.
Polski kapelan, sprawujący nad nimi opiekę, odprawiał nabożeństwa i informował, że niedługo wyjadą do Afryki. Trwało to parę miesięcy i wielu już zwątpiło. Kiedy ziściła się ta nadzieja pozwolono na wyjazd Polakom, pozostawiając Żydów. W czasie postoju w Krasnoworsku dokonano spalenia wszelkiego odzienia, ludziom zorganizowano kąpiel, ubrano w koszule, przydzielając jedynie koc do okrycia. Po 6-kilometrowym marszu, już w porcie, spotkali się ze swymi dziećmi, gdyż ochronka podróżowała do portu innym transportem. Dalszą podróż odbywano statkiem, przez Morze Kaspijskie, do Pachlewy, gdzie był obóz przejściowy polskiego wojska. Podstawą wyżywienia był ryż na tłustej baraninie, przez co dużo ludzi chorowało. Po miesięcznym pobycie nastąpiła kolejna podróż ciężarówkami do Achwazu i za niedługo do Teheranu.
Dopiero w Teheranie zaczęło się lepsze życie. Poprzez Czerwony Krzyż przysłano z Ameryki i Anglii ubrania, wojskowe buty i koce. Ponieważ mąż Zofii był w tym czasie ze swym oddziałem w Palestynie, to dzięki wiadomościom przekazywanym przez Czerwony Krzyż, mieli ze sobą kontakt, a nawet przyjechał na krótki urlop. Pobyt w Teheranie nie trwał długo. Następny etap podróży to Karaczi w Pakistanie (wówczas Indie), skąd po tygodniu nastąpiła daleka podróż przez Ocean Indyjski do Afryki. Miejscem docelowym była miejscowość Rusape w Rodezji. W transporcie było 350 osób, przede wszystkim matek z dziećmi i kilku starszych mężczyzn. Wszyscy byli z rodzin wojskowych. Podobnie było w drugim transporcie, który dotarł tam za rok. Warunki w obozie były dobre. Dzieci uczyły się w polskiej szkole. Młodzi ludzie pracowali na potrzeby obozu, za co otrzymywali 2 szylingi na miesiąc. Gospodarze obozu i nauczyciele byli Anglikami, a było ich 20 osób. Zofia pracowała w kuchni i na stołówce dla Anglików. Jedzenia, a zwłaszcza owoców było pod dostatkiem. Gdy przy obozie założono gospodarstwo Zofia zmieniła pracę. Doiła krowy, wyplatała kapelusze z morskiej trawy, niewiele zarabiając. Uczyła pracować w gospodarstwie dziewczęta, które nie podejmowały nauki poza podstawowym wykształceniem.
Organizacja Czerwonego Krzyża czyniła starania o połączenie rodzin rozdzielonych wojną. Dlatego cały obóz przetransportowano pociągiem do Gatomy, gdzie wraz z innym obozem - razem 1.500 osób - blisko rok oczekiwano na wyjazd do Anglii. Do portu w Beira dojechali pociągiem, do Egiptu statkiem i dalej do Aleksandrii samochodami wojskowymi. Mimo, że podróże były dobrze zorganizowane, były jednak męczące. Podróżowano z nadzieją na odnalezienie mężów i ojców. Ta nadzieja miała się spełnić tam, w Anglii. Płynęli statkiem z Aleksandrii do Liver-poolu. Przepływając obok Gibraltaru wspominali tragiczną śmierć gen. Sikorskiego, z wdzięcznością wspominając, że to on wybawił ich z łagru na nieludzkiej ziemi i ocalił od niechybnej tam śmierci, a do tego przyczynił się do zorganizowania polskich oddziałów wojskowych.
Z Liverpoolu syberyjskich tułaczy przewieziono do Hamston, gdzie przebywali polscy żołnierze, których tam zgrupowano po zakończeniu walk w Afryce i we Włoszech. W Hamston Zofia wreszcie spotkała się ze swoim mężem. Mąż już pracował w miejscowej cegielni. Syn Janek rozpoczął naukę w angielskiej szkole. Życie w Anglii nie było łatwe, a do Polski nie mieli gdzie wracać. Ich gospodarstwo na kolonii w Husiatynie nad Zbruczem było już poza wschodnią granicą Polski. Nie skorzystali też z proponowanego w 1946 roku dla wszystkich, podobnych im wygnańców, wyjazdu i osiedlenia się w Australii. Po 5 miesiącach osiedlony w Kanadzie brat męża postarał się o dokumenty potrzebne rodzinie Iskierków na wyjazd do Kanady. Zamieszkali u niego w Davies, leżącym w północnej części prowincji Saskatchewan. Po 2 miesiącach zatrudnili się w gospodarstwie rolnym jednego z wielu tamtejszych Anglików, pracując ponad siły. Niedługo zmienili pracę na lepszą, w zmechanizowanym gospodarstwie Francuza. Z tej pracy byli zadowoleni. Przez trzy lata zarobili 5.000 dolarów i za to kupili gospodarstwo 60-hektarowe, bo mniejszych tam nie można posiadać. Rodzina utrzymywała się z uprawy pszenicy i hodowli bydła na kupionym i drugim, dzierżawionym 60-hektarowym polu. Doznali dużo życzliwości od mieszkającej tam rodziny męża i sąsiadów, którzy doceniali ich pracowitość. Stali się uznanymi farmerami, wybudowali pomieszczenia gospodarcze, i nowy dom dla syna Romana.
W dalekiej Kanadzie, po ciężkich latach pracy, żyli wreszcie dostatnio. Tam przyszli na świat kolejni synowie - Władysław i wspomniany Roman, który przejął gospodarstwo, gdy rodzice zostali już emerytami. Synowie założyli swoje rodziny. Urodzony przed wojną w Polsce Jan wyjechał do Calgary, a Władek mieszka w Prince Albert. Mąż Zofii zmarł w 1995 roku.
Zofia, w 1991 roku odwiedziła swoich krewnych w Polsce. Wówczas jej bratanica Ludwika Ś. (nazwisko znane redakcji) zanotowała jej bardzo obszerne, nieraz drobiazgowe wspomnienia. Być może strudzona tułaczym życiem, 75-letnia kobieta niezbyt dokładnie pamiętała nazwy niektórych, obco brzmiących małych miejscowości, co trudno sprawdzić. Trudno też zliczyć odległości, jakie w swym życiu przebyła. Od Nienadowej pod Przemyślem, przez Francję, Syberię, do granicy z Chinami, Iran, Indie, Rodezję, Anglię po Kanadę. A ile razy spała pod gołym niebem i z pustym żołądkiem? Kto zliczy podobnych jej ludzi, którzy nie przeżyli syberyjskiej niewoli, albo pomarli w drodze z głodu, z dala od rodzinnych stron.
Zofia z rodziną żyła w dostatku dopiero w Kanadzie. Ciesząc się synami i wnuczętami, nie zaznającymi głodu, wojny i tułaczki. Zmarła w kanadyjskim Davies w 2001 roku.
P.s. Może ktoś z czytelników zna podobne losy Polaków, zwłaszcza takich co bywali w miejscowościach wymienionych przez naszą rozmówczynię. Chętnie podejmiemy taką tematykę w artykułach dwutygodnika NSiK.

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.