Polska degrengolada
No! I mamy nowe wybory. Po wielu perypetiach, swarach i kłótniach, Sejm zdecydował się zagłosować za samorozwiązaniem. Czy to coś zmieni w naszej zwariowanej polityce? Podejrzewam, że niewiele, a może nic. Kampania przedwyborcza ruszyła pełną parą, każde ugrupowanie stara się gromadzić jak najwięcej zwolenników, bałamucąc naród wszelakimi obietnicami, a co gorsze, łudząc ludzi fałszywymi zapewnieniami o trosce o społeczeństwo. Mam tu na myśli ustawę sejmową, dotyczącą możliwości odliczenia od podatku kwoty 1200 zł na każde dziecko, już za rok bieżący, a uchwaloną na ostatniej sesji. Za ustawą tą głosowało niemal sto procent posłów. Na konferencji prasowej, zorganizowanej przez Marka Jurka, posłów Artura Zawiszę i Mariana Piłkę, głoszono wszem i wobec, że to niesamowita ulga prorodzinna, szczególnie dla rodzin uboższych. Wicepremier Zyta Gilowska, tuż po głosowaniu tej ustawy, jedynie półgębkiem oświadczyła, że to ulga jedynie dla ludzi dużo zarabiających. Nikt z obecnych na konferencji dziennikarzy nie odniósł się do tego faktu, nie było też o tym mowy ani w prasie, ani w telewizji. A jaka jest rzeczywistość? Ulga ma być odliczana od podatku. Nawet pobieżne wyliczenie wskazuje, że aby odliczyć od podatku kwotę przynajmniej na jedno dziecko, pracownik musi mieć zarobek wynoszący najmniej średnią krajową. A średnia krajowa to całkowita fikcja. Bo jeśli weźmiemy do wyliczenia średniej pięciu robotników zarabiających 1000 złotych miesięcznie i dodamy do tego jednego posła, to średnia krajowa wyniesie dla nich wszystkich po 6000 złotych. Niewiele osób w Polsce pracujących na etacie takie wynagrodzenie pobiera. Oto sławiona przez PiS "ulga prorodzinna" dla rodzin ubogich.
Moralne oblicze większości naszych posłów pozostawia wiele do życzenia. Przechodzenie z jednego ugrupowania do drugiego jest praktyką nagminną, co najlepiej charakteryzuje nie liczenie się ze zdaniem wyborców.
Ewenementem w naszym prawodawstwie jest, że posłów obowiązuje składanie oświadczeń lustracyjnych w kwestii ewentualnej współpracy z SB, natomiast nie ma przeciwwskazań do zasiadania w Sejmie ludziom, na których ciążą wyroki za przestępstwa pospolite. Ostatnie transfery polityczne posłów pomiędzy PiS i PO wykrystalizują może i uspokoją nieco rozgorączkowaną, przedwyborczą atmosferę. Odejście Rokity z PO, to dla niej moim zdaniem ulga. Rokita nie jest politykiem na miarę naszych czasów. Jego tendencyjność bardziej pasuje do PiS, niż Platformy. Jak Polska wyjdzie z tej fatalnej degrengolady po 21 października, trudno przewidzieć. Kunktatorstwo i nieprzewidywalność Platformy Obywatelskiej jest zastanawiające. Piękne, kwieciste przemówienia Donalda Tuska nie zastąpią czynów, a o te, jak widać, w Platformie bardzo trudno. Brak zgody PO na konstruktywne wotum nieufności dla rządu, co proponowała LiD i wniosek o odwołanie poszczególnych ministrów z rządu, zaowocowały pozaparlamentarnym wybiegiem Jarosława Kaczyńskiego przy wsparciu prezydenta, i mamy to, co było. Gdzież teraz jesteście panowie z PO?
W dodatku to kunktatorstwo owocuje utratą poparcia społecznego dla Platformy, która jako jedyne ugrupowanie zdolna byłaby odsunąć od władzy PiS i przejąć ster rządów w kraju. PO zachowuje się jednak jak niedojrzała panienka, która chciałaby i boi się. Nie widać też, by Platforma stanowiła polityczny monolit. W przypadku zwycięstwa wyborczego, działacze tej partii liczą, jeśli nie na samodzielne utworzenie rządu, to najwyżej dokooptowanie do koalicji PSL. Co jednak będzie, gdy i tego nie starczy? Jan Rokita jak diabeł święconej wody bał się koalicji z LiD, co mogłoby zaakceptować część członków tego ugrupowania. Pozostaje jedynie POPiS, a w konsekwencji znów za rok zafundują nam przyspieszone wybory, bo te dwa ugrupowania, mimo że wywodzą się z prawicy, mają tak skrajnie różne poglądy we wszystkich aspektach spraw publicznych, że ich współpraca nie rokuje trwałości na dłuższą metę. I wreszcie LiD, trzecie liczące się w tej grze ugrupowanie. Odejście Millera stronnicy SLD przyjęli z mieszanymi uczuciami. Jednak on sam nie może mieć żadnych pretensji, że został pominięty w lokowaniu na regionalnej liście wyborczej. Jest niewątpliwie osobą uczciwą, bo inaczej Ziobro dawno dobrałby mu się do skóry, na co miał niebywałą ochotę. Nie potrafił jednak zapanować nad rozpasaniem hochsztaplerów struktur regionalnych, szczególnie w Łodzi, która go desygnowała jako swego idola partyjnego, a także w Starachowicach, co zaowocowało utratą poparcia społecznego dla SLD. Ale i we własnym otoczeniu tolerował wiele nieprawidłowości. Taka postawa dyskwalifikuje polityka
w całym demokratycznym świecie do zajmowania jakiegokolwiek stanowiska
w partii i państwie. On ponosi osobistą odpowiedzialność za rozkład i pogrążenie lewicy i utratę elektoratu. Jego zasługi w dziele doprowadzenia Polski do UE, tylko w części równoważą niepowodzenia. Prócz tego, starzy wyjadacze nie mogący się przystosować do zmienionej rzeczywistości, a za którymi ciągnie się nieustannie haniebny ogon "postkomuny", także nie mogą trwać nadal w tym zespole. Porozumienie z Demokratami, ze wszech miar pozytywne, pozwala oczyścić szeregi lewicy z dawnych naleciałości.
Wieść gminna niesie, że na listy wyborcze tłumnie pchają się młodzi, nieznani jeszcze członkowie SLD. To dobrze. Jednak, jeśli już zawarto jakieś porozumienie z Demokratami, to gdzie w takim razie są zasłużeni działacze tej partii Panowie: Janusz Onyszkiewicz, Jan Lityński, Władysław Frasyniuk i wielu innych. Czyżby byli tylko parawanem do przejęcia elektoratu tej partii?
Niefortunne wystąpienia Pana Kwaśniewskiego w ostatnim czasie, szczególnie wywiad dla gazety niemieckiej, nie przyniosły lewicy splendoru. Także w inauguracyjnym konwencie z Demokratami również zachował się w sposób nie licujący z postawą tej miary polityka. Promieniowała od niego buta i samouwielbienie. Niejednokrotnie bywa tak, że osoba wznosząca się w górę na przyprawionych skrzydełkach popularności, zapomina komu ją zawdzięcza. Osoba taka winna pamiętać, że popularność politykowi jest jedynie użyczona i w każdej chwili może być odebrana. Bardzo istotną sprawą jest frekwencja w dniu głosowania, a ta, jak widzimy maleje coraz bardziej. Społeczeństwo sfrustrowane wojnami na górze, jałowym gadulstwem polityków, a nawet brakiem istotnej przejrzystości spraw przekazywanych w mediach, zniechęcone jest do uczestniczenia w wyborach. Te same postacie pchające się nachalnie na poselskie fotele, nie prezentujące sobą nic wartościowego, a jedynie jak papugi powtarzające te same slogany, bałamutne i często nieprawdziwe, nie nastrajają ludzi optymistycznie. Brak elementarnego poczucia więzi posłów z wyborcami, partyjne zdyscyplinowanie posłów w ramach każdego klubu, mające najczęściej charakter partykularnych interesów określonej partii, nie zawsze odpowiadające oczekiwaniom społeczeństwa, stanowi istotny czynnik rozbratu między ludźmi a parlamentem, co owocuje tak niskimi ocenami funkcjonowania tych instytucji. Ustawianie list wyborczych przez poszczególne partie, przy staczaniu zaciętych bojów przez kandydatów
o umieszczenie na jak najkorzystniejszym miejscu na liście, jako żywo przypomina mi procedury przedwyborcze z PRL.
Jedynym racjonalnym rozwiązaniem byłaby zmiana ordynacji wyborczej, ustanowienie jednomandatowych okręgów wyborczych i głosowanie na określone osoby, a nie na partie. Tego jednak boją się jak ognia liderzy partii politycznych, bo mogliby się nie znaleźć w parlamencie.
Zastanawia mnie sprawa świadomości ludzi popierających PiS. Czy tak są zafascynowani obłudnym postępowaniem ekipy Kaczyńskich, tworzących
w społeczeństwie coraz większe podziały na my i oni? Zamiast dążyć do ściślejszej integracji ludzi różnych przekonań. Czy wynajdywanie coraz to nowych wrogów, nawet we własnych szeregach, to sprawa ważna dla Polski? Czy nieustanna walka z lekarzami, pielęgniarkami, domniemanymi oligarchami, sądownictwem i wreszcie z opozycją przy pomocy służb specjalnych i prokuratorów to lekarstwo na patologie, takie jak morderstwa, rozboje, rabunki, kradzieże, narkotyki, coraz powszechniejszy rozrost gangów przestępczych,
z którymi policja nie może się uporać, tak dotkliwie gnębiące naród polski? Priorytetowa walka z wydumanym "układem", jaki Kaczyńscy sami stworzyli, przesłania obałamuconym ludziom trzeźwą ocenę sytuacji w naszym kraju. Na dodatek destrukcyjna działalność Tadeusza Rydzyka, popieranego przez ekipę rządzącą, a z którym nie może się uporać Kościół, podobnie jak z betankami
w Kazimierzu Dolnym, stwarzają poważny problem i jeszcze większej destabilizacji sytuacji w kraju. Do czego my zmierzamy? Czym chcemy być w Europie?
Dawniej przeklinane geograficzne usytuowanie Polski w centrum Europy pomiędzy dwoma potentatami gospodarczo-militarnymi, niby pomiędzy dwoma młyńskimi kamieniami, gotowymi w każdej chwili zgnieść słaby kraj, dziś, mogłoby być błogosławieństwem, gdyby rządy potrafiły wykorzystać należycie stworzoną nam politycznie koniunkturę: Wykorzystanie kolei do tranzytu europejskiego przez Polskę ze wschodu na zachód i odwrotnie, przy braku autostrad i jak najszybsza budowa tego typu szlaków komunikacyjnych ze wschodu na zachód i z północy na południe, to powinien być priorytet naszej gospodarki. Tylko z opłat za ten tranzyt Polska byłaby w stanie budować nowe drogi, przy niewielkim wkładzie z budżetu. Sytuacja polityczna w Europie dała nam szansę utworzenia nici łączności pomiędzy wschodem a zachodem. Stalibyśmy się krajem znaczącym w tym regionie świata. Ale nie trzeba tworzyć wrogów na wschodzie i na zachodzie, a także we własnym kraju. Jednak ludzie rządzący obecnie nie są ani zdolni, ani ochotni do takich przedsięwzięć. Ich domeną jest bałamucenie ludzi obiecankami bez pokrycia, bo spełnić tych obiecanek nie zamierzają. Gdyby tak było, w ciągu ostatnich dwóch lat, przynajmniej w jakiejś części zrealizowano by obiecanki z 2005 roku. Stworzono tylko pozory prawa i sprawiedliwości, naginając przy tym ustawy do własnych potrzeb. Oto efekty dwuletnich rządów PiS.
Bronisław Sroka
|