projektowanie stron wwwhttp://www.tenit.com.pl>tworzenie stron www nieruchomościhttp://www.son.com.pl>nieruchomości

Nad Sołą i Koszarawą - nr 18 (217) - 15 IX 2007

  |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|



TUŁACZY LOS

Dni 1 i 17 września 1939 roku to dla Polski i Polaków daty tragicznych wydarzeń. To początek gehenny wielu ludzi. Po latach odnajduje się groby zaginionych i pomordowanych. Inni przeżyli i pozostawili po sobie zapiski tamtych tułaczych, nieraz długich lat. Streszczenie wspomnień swojej cioci przekazała Redakcji NSiK stała czytelniczka naszego dwutygodnika - Pani Ludwika Ś. (nazwisko znane red.).
Ciocia Zofia Iskierka, panieńskie nazwisko Chruścicka, urodziła się w roku 1916 w miejscowości Nienadowa, powiat Przemyśl, woj. Lwowskie. Miała starsze rodzeństwo: siostry Marię i Weronikę, a także brata Piotra. Drugi brat zmarł niedługo po urodzeniu. Matka zmarła, gdy ciocia miała 16 miesięcy, a ojciec, gdy miała 9 lat. Zapamiętała go jako inwalidę, po wypadku na tartaku. Posiadali małe (3 morgi) gospodarstwo, jedną krowę i utrzymywali się z renty ojca. Po śmierci ojca nie stać ich było na utrzymanie gospodarstwa. Aby wyżywić rodzeństwo siostra Weronika pracowała we dworze za 90 gr dziennie. Żyli w biedzie, najczęściej żywili się kaszą kukurydzianą gotowaną na mleku, ale często głodowali. Do szkoły chodzili tylko latem, bo w zimie nie mieli obuwia i ciepłego ubrania.
Gdy Zofia miała 12 lat, jej siostra Maria, która jeszcze przed śmiercią ojca wyjechała do pracy we Francji, sprowadziła ją do siebie, aby tam pracowała na swoje utrzymanie. Najpierw pasła krowy, a po roku - 13-latka - pracowała w gospodarstwie jak dorośli. Dzięki ciężkiej pracy już nie głodowała, a nawet zarabiała. Mając 22 lata wyszła za mąż za pracującego w pobliżu Polaka, pana Iskierkę. Mając zarobione pieniądze postanowili wrócić do Polski, kupić gospodarstwo i osiedlić się na stałe. Zamieszkali u rodziny męża w Woli Rominowskiej, czyniąc w Rzeszowie starania o kupno jakiegoś gospodarstwa. Późną jesienią 1938 roku zakupili gospodarstwo - jedno z 55 stanowiących kolonię - po parcelacji dworu w Husiatynie nad rzeką Zbrucz w woj. Tarnopolskim. Mieli prawnie nabyte gospodarstwo, dom i inwentarz. Rozpoczęli nowe życie, lecz niedługo cieszyli się szczęściem.
1 września 1939 roku hitlerowcy wkroczyli do Polski, a 17 września, od granicy wschodniej, uczynili to czerwonoarmiści. Na pobliskiej strażnicy zastrzelono sierżanta i dwóch kaprali ze straży granicznej. Miejscowi Ukraińcy witali naszych agresorów kwiatami i wspomagali ich. Już wcześniej przezywali Polaków na kolonii przeklętymi Mazurami, którzy przyszli i zabrali im ziemię. Byli zazdrośni, że polskie władze sprzedały ziemię Polakom, a nie Ukraińcom. Pewnej nocy zorganizowali zbrojny napad, żądając opuszczenia kolonii, lecz to się im nie udało, bo widzieli, że Polacy są przygotowani do obrony. O planowanym ataku powiadomił polskie rodziny jeden z uczciwych Ukraińców. Polacy nie ulegli też poleceniom ukraińskiej milicji i nie opuścili kolonii. Lecz nadszedł ten okrutny poranek, który ciocia Zofia tak opisała:
10 lutego 1940 roku o godzinie czwartej nad ranem ktoś zapukał do drzwi. Mąż wstał i otworzył. Do mieszkania wpadło dwóch żołnierzy z bagnetami na karabinach. Ustawili nas w kącie, jeden stał przed nami z wycelowanym karabinem, a drugi robił rewizję, zabierając polskie pieniądze. Mieliśmy godzinę czasu na ubranie synów - Janka i drugiego, zaledwie 2 miesięcznego. Przez tę godzinę zdążyliśmy zabrać nieco niezbędnych rzeczy i trochę żywności. Kazali zabrać piłę i siekierę. Powieźli nas na saniach do stacji kolejowej Rusiatyn. Ukraińcy cieszyli się, że już "Mazuroli" nie będzie. Jak jechaliśmy przez wieś Jierkowce, mieszkający tam Polacy rzucali nam bochenki chleba, chyba wiedzieli, że jedziemy na głodową śmierć.
Na stacji w Rusiatynie byli już ludzie z kolonii Czabarówka, z którymi przyszło im wspólnie, 35 osób, dzieci i dorośli, podróżować w bydlęcym, zaplombowanym wagonie. W wagonie były trzypiętrowe prycze, piecyk i otwór w podłodze używany jako toaleta. Był smród i ciasnota. Jedna z kobiet urodziła dziecko, które zaraz zmarło i dopiero po kilku dniach zabrali je z wagonu rosyjscy żołnierze. Brakowało wody, a gdy na stacji, przez otwór w podłodze próbowano wiadrem na sznurze zabrać śniegu to strażnicy obcinali sznur i zabierali wiadro. W ciągu 16 dni dwa razy otrzymali posiłek, raz zupę z ryb, a drugi raz trochę ryżu. Ciocia, sama głodna, nie miała pokarmu, więc swoje niemowlę karmiła cukrem zawiniętym w strzęp pieluchy.
Po 16 dniach, głodni, brudni i zarobaczeni znaleźli się na Syberii w wiosce Kulicze. Czekały tam sanie, którymi dotarli do baraków, których było dużo porozrzucanych po lesie, odległych od stacji o 4 km. Baraki były podzielone na cztery kwatery, a w każdym baraku mieszkało ponad 30 osób. Mężczyźni i niektóre kobiety, zorganizowani w 12-osobowe brygady, pracowali przy wyrębie lasu. Kto wyrabiał normę otrzymywał dziennie 1 kg chleba. Inni, dzieci i zwolnieni od pracy, otrzymywali 40 dkg. Pracujący w lesie otrzymywali w południe gęstą zupę. 12-osobowa brygada posługiwała się tylko dwoma łyżkami i dwoma miskami, nie mytymi przez użytkowników. Ciocia nie pracowała zajmując się synami. Latem zbierała grzyby i trawę, gotując z tego zupę dla męża na kolację. Mąż był silny i zawsze wyrabiał leśną normę. Ludzie słabi niedługo umierali z powodu małej stawki żywnościowej i chorób. W barakach była plaga pluskiew, które nie pozwalały spać, a latem jeszcze komary potwornie dokuczały.
Niełatwo żyło się też Rosjanom z wioski. Nie mieli ubrań, tylko kufajki i spodnie. Żywność i paszę dla bydła wydzielano, mimo, że gniła w magazynach, a ponadto mleko i cielęta trzeba było oddawać. Mieli obowiązek chodzić na zabawy, co filmowano dla propagandy. Wówczas zakładali kupione od Polaków koszule nocne, aby się stroić. Niekiedy udawało się wymienić z nimi polskie ubranie na ich ziemniaki, by zwłaszcza dzieci nie były głodne. Często tak zdobyte przedmioty likwidowali im funkcjonariusze NKWD dla swych żon.
W każdej brygadzie byli przekupni donosiciele i trzeba było uważać, nie żartować z władzy radzieckiej, bo to groziło jeszcze gorszym więzieniem. Ciężko pracując, w strachu, głodni, nękani insektami i chorobami przeżyliśmy tam trzy lata. Był to swoisty obóz pracy, bez prawa opuszczania terenu i żadnych wiadomości o świecie, Ojczyźnie i krewnych.
Pewnego dnia, późną jesienią 1942 roku, komendant zebrał wszystkich i odczytał rozkaz władz naczelnych, że wszyscy zesłańcy są wolni, ale tylko na terenie Rosji. Wydano dokumenty zwolnienia i zaproponowano wyjazd do kołchozu w Kazachstanie, pod granicą z Chinami. Była nadzieja, że w ten sposób uniknie się syberyjskiej ostrej zimy i dokuczliwych insektów, ale i obawa, że tam zbyt ciepło i dzieci poumierają. Jednak zdecydowano się na wyjazd. Wszystkich przewieziono wozami do stacji kolejowej, gdzie już czekał pociąg. I znów była to podróż na wykończenie podróżnych. Brak było żywności, a gdy ktoś w czasie postoju pociągu zbytnio się oddalił po żywność, albo za potrzebą, to najczęściej już nie zdążył wsiąść i przepadał bez wieści. W wyznaczonym kołchozie nie było już wolnych miejsc. Do zakwaterowania przybyszów przeznaczono miejscowy kościół. Stan niepewności trwał 3 tygodnie, a w tym czasie faktycznie dużo dzieci się pochorowało. Kolejny raz przewieziono zesłańców wozami do innego kołchozu, bliżej Taszkientu. Tam mężczyźni kopali kanał nawadniający pola, a kobiety pracowały przy zbiorze waty. Dużo dzieci i dorosłych pomarło z głodu, gdyż do jedzenia przydzielano szklankę jęczmienia albo pszenicy. Tłuczone zboże gotowano z trawą i tak się żywiono. /cdn/

Opracował: Józef Pszczółka

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.