Chleba naszego powszedniego...
W tym roku wiosna była wczesna, a lato gorące. Żniwa też przyszły wcześniej. Teraz pod koniec sierpnia i na początku września we wsiach, gminach, parafiach i powiatach rolnicy świętują lub będą świętowali. Odbywają się uroczystości dożynkowe. Proboszczowie i biskupi odprawią dziękczynne msze święte, starostowie dożynkowi wręczą włodarzom bochen chleba upieczony z tegorocznych zbiorów, uroczyście go ucałują i wyrzekną te sakramentalne słowa, że "będą go dzielić sprawiedliwie". Panie z koła gospodyń wręczą dożynkowe wieńce i upominki przy akompaniamencie wyciągniętych z lamusa lub zredagowanych na tę okoliczność przyśpiewek. Miejscowe i zaproszone zespoły zaprezentują zebranym na uroczystości mniej lub bardziej udane programy artystyczne. Przy okazji jakaś wystawka z tegorocznych zbiorów. Po tym wszystkim zasiądą przy suto zastawionym stole, a na koniec odbędzie się zabawa do białego rana. Taki jest mniej więcej scenariusz większości uroczystości dożynkowych.
Niestety - z tego całego okresu zwanego żniwami, czasem zbiyrką, tu u nas w górach, od lat kilkunastu już, praktycznie pozostało i kultywowane jest tylko to ostatnie ogniwo rolniczego trudu - dożynki zwane też hołdymasem. Bo żniwa jako takie polegające na koszeniu, suszeniu, zwózce i młóceniu zboża przeszły do lamusa. Zboża uprawia nieliczna garstka rolników, przeważnie starszych wiekiem, których serce boli, gdy ziemia leży odłogiem. Bo jak mówi przysłowie "Jak nie zasiejesz, to nie zbierzesz". A u nas od dobrych już kilku lat po prostu się nie sieje. A nie sieje się, bo się nie opłaca. Dawne stodoły i gumna stodolne, z których do późnej jesieni ulatniał się rytm bicia cepów, granie maszyn omłotowych i młynków do wiania, zamienione zostały na garaże, a przydomowe ogródki, niegdyś pasionki dla domowego stadka bydła zamienione zostały na dekoracyjne trawniki skrzętnie "golone" spalinowymi kosiarkami.
Żyjemy w górach, gdzie - jak mawiali nasi przodkowie - "koniec chleba, a wody początek", gleba tu ciężka, niskiej klasy, kamienista i rodząca kamienie, nie żytnio-pszeniczna, a raczej owsiano-ziemniaczana. Do tego gronie, stromizny uniemożliwiające stosowanie nowoczesnej techniki. Rolnictwo żywieckie, szczególnie we wsiach górskich, zwanych dawniej zarębnymi, praktycznie przestało istnieć. Z takiego rolnictwa nisko hektarowego nikt dziś nie wyżyje.
W sobotę 25 sierpnia uczestniczyłem w dożynkach gminnych
w Lasie - gmina Ślemień. Było tak jak wyżej napisałem. Stamtąd pochodzą fotografie ilustrujące niniejszy tekst. Sołtys tej wsi Józef Ponikiewski powiedział mi, że uprawia się tu przeważnie owies, prace żniwne wykonują 3 kombajny z Lasu, Koconia i Ślemienia. Wieś liczy około 250 gospodarstw, a w całej wsi są uwaga: 4 konie i 17 krów. Takie jest to nasze żywieckie rolnictwo.
Z nostalgią wspominam z lat mojego dzieciństwa przednówek, kiedy sąsieki były już puste, a zboża dopiero dojrzewały. Pamiętam ten nastrój żniwny, kiedy od wczesnego rana rozlegało się wokoło echo klepania kos, zakładania kabłąków, by pokos układał się równo, szykowanie osełek i napełnianie dzbanków z napojami, bo gorąco i pić się będzie chciało. Pamiętam jak skrzętnie zbierało się każdy kłos i te akcje Związku Młodzieży Wiejskiej - "Każdy kłos na wagę złota" też pamiętam. Pamiętam jak "maszyna" podjechała pod naszą stodołę i tych kilkunastu czarnych od kurzu i potu ją obsługujących i ten poczęstunek kołaczem ze serem. Pamiętam pierwsze maszyny omłotowe tzw. sztywtówki - napędzane ręcznie przez czterech silnych chłopów i piątego wspomagającego liną.
Pierwszą miarkę z "nowego" ojciec wsypał do worka, zarzucił mi na plecy i kazał zanieść do pobliskiego młyna napędzanego kołem wodnym obsługiwanego przez kulawego "Jantka". Ten wsypał zawartość worka do zsypu, uruchomił młyn i oddał mi 3 porcje: mąkę pytlówkę, poślednią i otręby, a matka rychło przygotowała dzieżkę, rozrobiła zaczyn i napaliła w chlebowym piecu, w którym mieściło się 5 dużych bochenków i jeszcze ze dwa podpłomyki przeznaczone do natychmiastowego spożycia. To musiało wystarczyć na tydzień. W niektórych domach chleb był pod kluczem.
Zostałem wychowany w szacunku do chleba i to mi pozostało do dziś. W naszym domu nawet okruch chleba był z podłogi podniesiony i ucałowany, a ojciec krojąc kromki zaczynał od znaku krzyża czynionego nożem. Chleb biały, pszenny, pieczony, był od święta oraz na uroczystości rodzinne.
Domowy wypiek chleba zaczął ustawać po drugiej wojnie światowej. Wtedy upowszechniły się piekarnie, które zaopatrywały wiejskie sklepy w swoje pieczywo, ale wybór tego pieczywa był żaden, albo był ograniczony. To co obserwuję dziś w piekarniach i sklepach z tanim pieczywem utrwala mnie w przekonaniu, że żyjemy w wielkim dobrobycie, o którym nie śniło się moim rocznikom przed 50 laty.
Hieronim Woźniak
|