projektowanie stron wwwhttp://www.tenit.com.pl>tworzenie stron www nieruchomościhttp://www.son.com.pl>nieruchomości

Nad Sołą i Koszarawą - nr 17 (216) - 1 IX 2007

  |spis treści|   |archiwum|   |strona główna|   |następny artykuł|



Uczmy się rozmawiać z sobą

Wszystkie dzisiejsze rozmowy, dysputy, konwersacje, debaty, wszelakie dyskusje na tematy polityczne pomiędzy zantagonizowanymi ludźmi, niezależnie, czy są politykami, czy prostymi ludźmi, cechuje jedna wspólna zasada: za wszelką cenę udowadniać i przekonywać adwersarza, że to ja mam rację, że tylko moje przekonania warte są szczególnej uwagi, inne, to plewy i sieczka. Tak samo postępuje strona przeciwna. Gdy wreszcie dochodzi do ostrego sporu, gorączkowo poszukujemy w umyśle atutów bardziej lub mniej wiarygodnych, aby tylko nasze było na wierzchu. Nikt nie zastanawia się nad tym, że ten sposób konwersacji do niczego nie prowadzi, że argumentując jedynie swoje przekonania powodujemy jedynie wzrost napięcia i nigdy nie przekonamy do nich przeciwnika. Tego rodzaju wymiana poglądów odnosi jedynie ten skutek, że dyskutanci darzą się wzajemnymi uszczypliwościami, a nawet obelgami i w rezultacie każdy pozostaje przy swoich poglądach. Pozostaje jedynie niesmak i niedosyt po obu stronach, a często nawet wewnętrzne przekonanie, że nasz rozmówca jest głupi, nie widzi co się wokół niego dzieje, ma klapki na oczach itp. itd.
Czy naprawdę tak musi być? Czy nie ma innego sposobu rozmawiania, zamiast przekonywania za wszelką cenę tylko do swoich racji? Mam tu na uwadze szczególnie rozmowy na tematy polityczne, bo te budzą najwięcej emocji, a nawet powodują wzajemne nienawiści, trwające nieraz wiele lat, zupełnie niepotrzebnie.
Żadna opcja nie jest ani zupełnie zła, ani stuprocentowo dobra. Każda ma swoje wady i zalety, należy tylko wyselekcjonować (oczywiście, jeżeli jest to możliwe) pozytywy i negatywy, co jest szczególnie trudne, bo zawsze będziemy mieli ciągotki w stronę wyznawanej przez siebie zasady i nieco krytyczne spojrzenie na przekonania drugiej strony.
W dyskusji bardzo ważnym jest, by dostrzegać pozytywne cechy w zapatrywaniach przeciwnika, pochwalać je, ale i krytycznie spojrzeć na swój wizerunek rzeczywistości i umieć go należycie ocenić. Jeśli do takiego myślenia skłonimy także swojego oponenta, co w tej sytuacji nie jest wcale trudne, dojście do konsensusu jest absolutnie możliwe. Oczywiście, jeśli mamy do czynienia z człowiekiem mądrym rozsądnym, nie fanatykiem jakiejś idei, bo tacy niestety zdarzają się dość często.
Wiele złego czynią liderzy nieomal wszystkich partii politycznych, podporządkowując sobie bez reszty członków swoich partii, co widać na co dzień gołym okiem, nie pozwalając im na publiczne ujawnianie swoich przekonań. Służą temu dyscyplinowania posłów w sejmie w czasie głosowania ustaw korzystnych tylko i wyłącznie dla określonego ugrupowania, bez oglądania się na interes ogólnonarodowy. Temu także celowi służą powoływane kierownicze gremia polityczne w poszczególnych partiach, ustalające kierunki postępowania i wytyczne, prawie na wzór byłych partii komunistycznych i w następstwie będące rygorystycznym kanonem nie tylko postępowania, ale i wypowiedzi dla każdego z jej członków. Czy zorganizowane na tę modłę partie mają coś wspólnego z demokracją? Chyba niewiele. Stąd tak liczne migracje ludzi z jednej partii do drugiej członków nie zgadzających się z narzuconą doktryną, ale i najzwyklejszy koniunkturalizm nie wiąże należycie niektórych członków z macierzystą partią.
Każda partia, mieniąca się demokratyczną, nie może ograniczać ani swobody wypowiedzi swoich członków na różne zagadnienia, ani narzucać siłą ideologicznych przekonań komukolwiek. Zaś rolą liderów partii jest takie opracowanie rozwiązań statutowych i wzorców postępowania, jakie odpowiadają interesom jak najszerszej rzeszy społeczeństwa i kraju w określonym momencie i umieć to przekazać swoim członkom szczerze, bez kamuflowania czegokolwiek i przekonać ich bez reszty do wartości wytycznych. Dlatego też przywódcami każdej partii winni być ludzie najwyższej klasy, posiadający już za sobą jakiś pozytywny dorobek, a nie tylko populistyczne słówka bez pokrycia, jakimi u nas obecnie szafuje się bez umiaru. Czy znajdą się u nas tacy liderzy? Jak na razie brak odpowiedzi.
W sytuacji jaka się wytworzyła po rozbiciu koalicji, jesienne wybory są niemal pewne. I tu, znowu dylemat. Część ugrupowań politycznych optuje za utworzeniem komisji sejmowych do wyświetlenia spraw związanych z aferą Leppera i okoliczności śmierci Barbary Blidy, czego panicznie boi się PiS, a ostatnio także Platforma. Donald Tusk oszukał społeczeństwo, obiecując prezydentowi w czasie ich spotkania, w zamian za zgodę na wcześniejsze wybory, że Platforma nie będzie głosować w tej kadencji za utworzeniem komisji. Liderzy Platformy obłudnie twierdzą, że przyczyną takiej zmiany jest, że marszałek Dorn nie podda pod głosowanie takiego wniosku. Bzdura. Można to ponoć na nim wymóc. Widać więc wyraźnie krótkowzroczność kierownictwa Platformy Obywatelskiej: Komisje mogłyby ujawnić wszelkie manipulacje, przestępstwa i nieudolności PiS-u przed wyborami, a tak, braciszkowie poruszą niebo i ziemię, by przynajmniej utrzymać dotychczasowy stan posiadania, a po wyborach koalicja "POPIS". Donald Tusk nie dorasta Jarosławowi Kaczyńskiemu w jego umiejętności politycznej manipulacji. Z góry wiadomo, że może być jeszcze gorzej, niż obecnie.
Lewica na wyrost ujawnia swoje apetyty do rządzenia państwem. W tym przypadku LiD, jeżeli zawarto już jakieś porozumienie, powinna występować pod wspólnym sztandarem centrolewicy i odciąć się ostatecznie od wyimaginowanej postkomuny. SLD zaś nadal kurczowo trzyma się dawnej, zmurszałej już chorągiewki, zamiast iść naprzód. Nie przysparza jej to zwolenników i utrudnia powrót tym, którzy im sprzyjali.

Bronisław Sroka

do góry


Copyright © Nad Sołą i Koszarawą. Wszystkie prawa zastrzeżone.