PROSTO Z MOSTU
Polski Kabaret Polityczny (nie mylić
z PKP) trwa. Wysokie temperatury rozgrzewają łby naszych polityków, szczególnie tych koalicyjnych. Zabawa w koalicję trwa. Przy okazji mamy szansę poznać nowe słownictwo polityczne takie m.in. jak: "wyszliśmy z koalicji, ale koalicja istnieje", "oddajemy się do dyspozycji pana premiera (ministrowie Samoobrony)
a wiadomo przecież, że każdy z ministrów jest przecież w dyspozycji premiera. "Żądamy dymisji premiera, gdyż On zamiast łagodzić nastroje je zaostrza". To żądanie ze strony LPR jest tak samo surrealistyczne, jak gdyby skazaniec zażądał głowy kata.
Przy tych absurdach dowiadujemy się, że premier Kaczyński straszy, że dokumenty, które posiada na Leppera są porażające, zaś poseł z PIS z komisji etyki ogłasza, że materiały prokuratorskie
w sprawie seksafery m.in. na Leppera są przerażające. Jakby tego było mało to pan Lepper ogłasza wszem i wobec, że posiada "haki" na Kaczyńskiego, które w swych treściach są również porażające.
Zadaję sobie pytanie - to w jakim właściwie my kraju żyjemy? Czy w sferze zarządzania państwem jesteśmy wśród krajów zjednoczonej Europy czy wśród krajów trzeciego świata?
Niewielu ludzi zdaje sobie z tego sprawę, że wewnętrzne tarcia wśród koalicji to tylko polityczne przepychanki. To jest nieprawda. W ślad za dymisjami w resortach czy agencjach rządowych idą masowe zwolnienia pracowników, którym trzeba dać odprawy i to niemałe. Jeśli do tego dodamy zamiar zrobienia totalnej czystki w resorcie spraw zagranicznych, gdzie w grę wchodzi zwolnienie paru setek ludzi, to mamy pełny obraz wydatków na administrację z tytułu kolejnych odpraw bez gwarancji, że nowe kadry będą lepsze, bowiem praca w dyplomacji wymaga wieloletnich doświadczeń.
Tak więc wojna w koalicji to nie są żarty czy też słowne utarczki, ale przede wszystkim konsekwencje finansowe, za które płaci państwo, a więc konkretnie my podatnicy.
Dlatego też na te harce, które odbywają się w świetle kamer telewizyjnych trzeba patrzeć pod innym kątem, zdając sobie z tego sprawę, że te swawole dzieją się naszym kosztem.
Drugą sprawą, którą żyjemy w ostatnim czasie to sprawa Doliny Rospuda, która stała się oczkiem w głowie opinii całego świata. Nie wiem czy wielu z nas wcześniej wiedziało o tym podobno uroczym zakątku, ale przy okazji budowy obwodnicy wyszło, że każdy nasz uroczy polski zakątek jest pod ścisłą lupą opinii międzynarodowej. Nie mam nic przeciwko ochronie przyrody w każdej jej postaci. Tylko zastanawia mnie to, że w nasze czysto polskie, czyli wewnętrzne sprawy pchają łapy inni.
Nie przypominam sobie, aby polskie władze wpychały się do spraw innych państw, kiedy wycinano hektary lasów
w uroczych dolnych partiach Alp pod trasy zjazdowe czy wyciągi narciarskie, kiedy zasypywano pod trakty drogowe urocze zakątki w Anglii, kiedy naruszano strukturę ziemską pod budowę linii kolejowych czy drogowych. Wtedy nikt nas nie pytał
o zdanie. To prawda, że podpisaliśmy jakiś tam układ "Natura 2000", ale to nie oznacza, że nasz suwerenny polski rząd nie może podjąć decyzji dla rozwiązania bądź to bądź lokalnych interesów społecznych. Rozpasanie się międzynarodowej organizacji Greenpeace zaczyna być już irytujące. Dlatego pytam czy ruch "zielonych" jest ponad wszystkim, a argumenty jego członków są niepodważalne?
Przykład Doliny Rospudy jest tutaj bardzo wymowny. Przekonałem się o tym, jak mieszkaniec Augustowa prawie, że płacząc przed kamerą telewizyjną mówił, że w dzisiejszej rzeczywistości życie zielonej żabki czy też innego gada czy owada jest cenniejsze niż życie ludzkie. Jestem ciekaw, kto finansuje tych ekologów, płacąc im za te pikiety, wyposażając ich w drogi sprzęt? Przecież oni zachowują się nie jak ekolodzy, ale jak ekoterroryści narzucając swoją wolę innym. Oczywiście dzieje się to pod auspicjami Unii Europejskiej, która straszy nas konsekwencjami finansowym i sama zaś finansowo w tym przedsięwzięciu nie uczestnicząc.
By nie być gołosłownym podam przykład z własnego terenu, konkretnie z gminy Lipowej. Mądrzy ludzie opracowali projekt rozwiązania gospodarki wodnej na terenie gminy i jako źródło zasilania zaproponowali próg wodny w rejonie Zimnika. Aby było ciekawiej całość przedsięwzięcia w sensie finansowym wziął na siebie browar żywiecki, który jest głównym odbiorcą wody z rzeki Leśnianka. Kiedy wydawało się, że wszystko idzie w najlepszym porządku do akcji wkroczyli "ekolodzy", którzy oprotestowali projekt, gdyż ich zdaniem budowa tamy zagrażała i faunie i florze w tym rejonie. Poparci przez miejscowych "krzykaczy", którzy w każdej sprawie wyrażają ich zdaniem najmądrzejsze opinie zastraszyli ówczesnego wojewodę (nawiasem mówiąc specjalistę od ochrony środowiska) i w konsekwencji woda z Lipowej płynie sobie spokojnie
w kierunku Żywca, a woda dla potrzeb mieszkańców Lipowej płynie (przepraszam: pompowana jest) w kierunku Lipowej.
I tu również "mądrość" ekologów przy wsparciu pseudo przedstawicieli mieszkańców Lipowej przyniosła zwycięstwo dla ptaszków i roślinek kosztem jakości i ceny wody dla jej prawowitych użytkowników.
Jeszcze raz podkreślam, że nigdy nie kwestionowałem poczynań ludzi, którym na sercu leży ochrona środowiska, ale musi to się odbywać na zasadach wyważonych racji, a nie tylko na tej zasadzie, że to tylko "zieloni" ją mają.
Nie wiem jak zakończy się walka o Dolinę Rospudy, ale wiem jedno, że stałe ustępowanie ekologom, do których podszywają się różne elementy chcące walczyć
o wszystko ze wszystkimi, nie wróży nic dobrego, a może przyczyniać się do tego, aby nasz kraj stał się po latach wielkim skansenem w środkowej części Europy - oczywiście w złym tego słowa znaczeniu.
Przy okazji Doliny Rospudy wyszła również wielka niekonsekwencja istniejącej władzy. Przed wyborami samorządowymi na Warmii i Mazurach nie kto inny jak PIS
w swoich obietnicach deklarował poparcie, a właściwie ziszczenie dążeń mieszkańców Augustowa w sprawie budowy 500-metrowej estakady. I co się okazało. Ze strachu przed konsekwencjami UE pan premier wstrzymał budowę. Czyli były to słowa na wiatr, tak jak zresztą wiele innych
(3 mln mieszkań, autostrady i drogi szybkiego ruchu itp.)które padały w kampanii wyborczej PIS-u, bo o obietnicach "przystawek" nie ma co w ogóle pisać.
A więc zgodnie z porzekadłem: obiecanego dużo się zmieści.
Ale głowa do góry.
Kazimierz Semik
|