Jordania - kraj wydzierany pustyni
Kiedy samolot podchodził do lądowania w Ammanie, nieliczne enklawy zieleni stawały się coraz bardziej rozpoznawalne, na pofałdowanej, poprzecinanej setkami wąwozów wielkiej, kamienistej pustyni. Ten pustynny krajobraz miał nam towarzyszyć prawie przez cały czas naszego pobytu w Jordanii, Izraelu i Palestynie. Pewien wyjątek stanowiła jedynie Galilea.
Dla nas to egzotyka, ale życie na tych terenach do łatwych nie należy. Zaskoczeniem była już droga z lotniska do Crown Hotelu w Ammanie. Jechaliśmy szeroką, miejską arterią, która biegła jakby w korycie wielkiej rzeki. Po obu jej stronach, w strome, wapienne stoki wrzynały się 2, 3,
4-piętrowe domy. Amman - miasto siedmiu wzgórz rozciąga się już na trzydziestu. Oficjalnie liczy około 2,5 mln mieszkańców, ale niektórzy
dodają, że w jego wielkich granicach żyje drugie tyle uchodźców z Palestyny i Iraku.
Największym zabytkiem miasta jest Cytadela i ruiny teatru rzymskiego. Zieleni - jak to na terenie pustynnym - bardzo mało. Tam gdzie jest systematycznie zasilana wodą wygląda nie najgorzej, ale gdzie brakło troskliwej ręki ginie w oczach. Nic dziwnego, upały oscylują tu w granicach 400C.
W klimatyzowanym autokarze tego się nie odczuwa, ale wystarczy wysiąść, aby poczuć się jak w piekarskim piecu. W kraju porządek i dyscyplina. Przed obiektami użyteczności publicznej, ambasadami, żołnierze, a nawet samochody opancerzone. Wiadomo ten rejon świata do spokojnych nie należy.
W drugim dniu naszego pobytu udajemy się do Petry. Wkoło pustynia, pustynia i pustynia. Nic dziwnego, pokrywa ona 80% powierzchni Jordanii. Ale nawet na tym prawie pustynnym terenie spotyka się stada kóz
i owiec wypasanych przez Beduinów. Beduini to plemiona pasterskie, wędrujące /od czasów prehistorycznych/, ze swymi stadami, ostatnio tylko po niektórych krajach Bliskiego Wschodu. Na ich widok, towarzyszący nam arabscy przewodnicy podkreślają, że wielcy prorocy, tacy jak Abraham, Jakub, czy Izaak, także byli Beduinami.
Zwierzęta wyszukują ledwo odstających od ziemi odrostów pustynnych roślin. Tylko gdzieniegdzie, głównie na terenach sztucznie nawadnianych, widać enklawy zieleni. To plantacje upraw cytrusowych, oliwek i winorośli. Tu i ówdzie spotyka się także ścierniska po zbiorach pszenicy czy jęczmienia. Kozy, owce, wielbłądy, a nawet konie, także osiadłych plemion arabskich, skrzętnie zjadają również ścierniskowe resztki. Widziałem jak pasące się na uwięzi konie wygryzły do samej ziemi resztki ścierniska. Wygryziony okrąg wyglądał tak, jakby jeleń na rykowisku wdeptał w ziemię wszystko, rycząc i krążąc zazdrośnie wokół chmary łań. Głód paszy jest tu ogromny. Ściskało się serce na ten widok i wzbierała złość na myśl o tym, ile się jej u nas marnuje.
W drodze do Petry zatrzymujemy się w znanym z czasów biblijnych mieście Madaba. Zwiedzamy świątynię z ciekawą mozaiką z V wieku, przedstawiającą mapę widzianego wówczas świata. Kolejnym naszym przystankiem jest Góra Nebo. To na tą górę Mojżesz po 40-letniej tułaczce po pustyni doprowadził Izraelitów, zobaczył Dolinę Jordanu - ziemię mlekiem i miodem płynącą i umarł.
Nie danym mu było przekroczyć rzeki Jordan, tak jak nikomu z jego współtowarzyszy, którzy uciekli z nim z Ziemi Egipskiej. Ziemię Obiecaną obejmować we władanie mogli tylko ci, którzy nie zaznali egipskiej niewoli, byli wolnymi Izraelitami.
Góra Nebo jest pełna pamiątek. Najważniejszą z nich jest kościół z VIII w. postawiony na ruinach świątyni bizantyjskiej, z zachowanymi mozaikami III w. Jest tu kamień z grobu Mojżesza, a także pomnik Jana Pawła II, który odwiedził tą górę w 2000 roku.
W godzinach popołudniowych dotarliśmy do Petry. Ale o tym kamiennym mieście uznanym za siódmy cud świata, opowiem w kolejnym artykule.
PT czytelników pragnę poinformować, że na tych zapisanych w historii ludności wyjątkowo krwawymi dziejami podbojów i wypraw krzyżowych ziemiach, dziennikarze Stowarzyszenia Polskich Mediów znaleźli się już po raz trzeci /w Jordanii pierwszy i jako pierwsza zorganizowana grupa przekraczaliśmy granicę jordańsko - izraelską/. Jest to zasługą Prezesa Stowarzyszenia - Marka Traczyka. Marek - absolwent Salezjańskiej Papieskiej Akademii Teologicznej w Rzymie, filia w Ziemi Świętej, były dyrektor Departamentu Urzędu Kultury Fizycznej i Turystyki, niezwykle rzutki i sprawny organizator, władający kilkoma obcymi językami, w tym arabskim, izraelskim i włoskim dzięki swoim rozlicznym kontaktom potrafił zapewnić dziennikarzom taki program pobytu, którego nawet wielu polityków mogłoby pozazdrościć. I za to należą mu się słowa uznania.
Antoni Urbaniec
|