PROSTO Z MOSTU
Zbliżają się do końca rozgrywki piłkarskie
w polskiej piłce nożnej tak na szczeblu krajowym, jak i regionalnym. O tych pierwszych pełno jest tekstów i opisów spotkań. I to tak praktycznie do III ligi. IV liga jest najczęściej opisywana w gazetach regionalnych
u nas w Dzienniku Zachodnim i Sporcie.
O okręgówce pisze się rzadziej, a idąc
w dół to prawie w ogóle.
A przecież to właśnie na dole mamy prawdziwy sport z setkami zawodników. W samym podokręgu żywieckim w A klasie mamy 14 drużyn, w B klasie 12 drużyn i 10 w C klasie. To właśnie te LZS-y przemianowane niedawno na LKS-y (dalibóg nie wiem, dlaczego) stanowią o sile piłki w każdym regionie.
Mamy na naszym terenie dwa kluby w IV lidze (Koszarawa i Skałka, które mają aspiracje grania w III lidze. I chwała im za to. Temu pierwszemu się to udało po bardzo ładnej grze w barażach z Ruchem Radzionków (oba mecze wygrane 1:0 i 3:0) Dla mnie te baraże są śmieszne, gdyż liderzy obu grup IV ligi prezentują o wiele wyższy poziom gry niż ci "długowieczni" w III lidze. Ale to już kolejny problemik w całej polskiej piłce nożnej. Tak samo mam wątpliwości co do premiowania drużyn A,B i C klasy. Czy nie można premiować pierwszych dwóch drużyn,
a kolejne dwie powinny walczyć w barażach. Byłaby większa rotacja drużyn w poszczególnych klasach i na pewno większa mobilizacja do gry. A tak to już w drugiej rundzie czyli rundzie wiosennej zaczyna być zastój, bo jedni już nie mają o co grać, a drudzy pilnują by tylko nie spaść do niższej klasy. Wracając do naszych mistrzów w regionie to chciałbym się dowiedzieć ilu to miejscowych zawodników w tych klubach gra. O ile w Koszarawie grają jeszcze tubylcy, o tyle o Skałce można powiedzieć, że jest to już klub umiędzynarodowiony.
Przykro mi tylko, że w pogoni za sukcesem i chęcią wejścia za wszelką cenę do III ligi Koszarawa zapomniała o swoim zapleczu, czyli drugiej drużynie. Nie chciałbym się spotkać z taką sytuacją, gdy sponsor Koszarawy odmówi finansowania zawodników ta zasłużona dla regionu drużyna zacznie swój start od zera. Tutaj pogoń za sukcesem przysłoniła działaczom elementy naturalnej i podstawowej działalności klubu, jakim jest tworzenie własnego zaplecza sportowego.
Ale to zmartwienie działaczy Koszarawy.
Tych problemów nie ma Skałka, gdyż
w A klasie działa Metal W-G., który ściśle jest związany właśnie z nimi.
Podobny problem jest w "okręgówce"
w klubie Czarni - Góral, który okres świetności (czyt. sponsorowania przez Browar) ma już chyba za sobą.
W dolnych partiach "okręgówki" jest Podhalanka Milówka, a przykład Łękawicy jest odstraszający dla wszystkich tych, którzy na awans do wyższej grupy porywają się "z motyką na słońce".
Pozostają nam zatem drużyny z niższych półek od A do C klasy. Tutaj sytuacja jest zupełnie inna. Prawie 60-letnie kluby (najstarsze to Lipowa i Rajcza) opierają się zdecydowanie na własnej młodzieży z małymi wyjątkami (m.in. Lipowa), zaś cała praca klubu to przede wszystkim działalność społeczna, bezinteresowna, bardzo często anonimowa. O ile bardzo dużo się mówi o takich organizacjach jak Straże Pożarne czy Koła Gospodyń Wiejskich, również z ogromnymi tradycjami, o tyle mniej o organizacjach sportowych.
A przecież to w każdą prawie niedzielę, za wyjątkiem zimy, na boiskach sportowych
w gminach, wsiach czy przysiółkach piłką bawią się w skali kraju setki tysięcy młodych ludzi, którzy zamiast siedzenia przy budkach z piwem czy innych pubach (barach) uganiają się za piłką przyciągając tysiące kibiców, którzy ich oklaskują bądź udzielają im na swój sposób reprymendy.
Na Żywiecczyźnie jest wyjątkowo dużo klubów, a w niektórych gminach aż po
3 (Lipowa, Jeleśnia, Węgierska Górka). Kluby te borykają się przede wszystkim z brakiem środków. Urzędy Gmin mają tych środków niewiele, a gdy przyjdzie obdzielić nimi 2 czy 3 kluby to są to groszowe dotacje. Idiotyczne przepisy finansowe całkowicie nieraz paraliżują pracę klubów.
Zadaję sobie nieraz pytanie - to jak to jest, że z jednej strony ogromną uwagę przywiązuje się do rozwoju tężyzny fizycznej, szczególnie u młodzieży, a z drugiej zaś kompletnie ogranicza się dopływ środków finansowych na rozwój sportu.
Do niedawna jeszcze Rady Sołeckie ze swoich funduszy mogły wspierać kluby sportowe, a od dwóch lat jest kategoryczny zakaz jakiejkolwiek pomocy finansowej na rzecz sportu przez samorządy mieszkańców. I co jeszcze jest ciekawe, kluby we własnym zakresie muszą szukać środków na składki członkowskie, ubezpieczenie oraz zapłatę za sędziowanie.
Utarło się powiedzenie coraz bardziej modne - sponsoring.
Jak trudno jest nawet w dużym mieście znaleźć sponsorów przekonują się wielkie kluby sportowe, które otrzymują kary sportowe i finansowe za nie wywiązywanie się ze swoich zobowiązań tak na rzecz zawodników, jak i często na rzecz skarbu państwa. A co dopiero na wsi. Owszem, można znaleźć i na wsi fanatyków sportu, którzy z własnej kieszeni dopłacają do klubu. Ale tych altruistów jest coraz mniej. I skąd tu brać pieniądze? Są to częste pytania w środowiskach działaczy sportowych, bowiem wysiłek społeczny przy organizacji spotkań to jedno, a środki finansowe to drugie.
Coraz częściej obserwuje się świadome ucieczki liderów klas od awansu na wyższy szczebel tylko ze świadomości, że "wyższej półki" mogą nie wytrzymać finansowo.
To prawda, że dzisiejszy sport jest bardzo skomercjalizowany, a tzw. honorowe granie jest gdzieś na drugim planie, niemniej jednak obserwuje się zubożenie tzw. sponsorów, co w konsekwencji może doprowadzić do likwidacji klubów sportowych z tzw. niższych półek.
I wreszcie ostatnia sprawa, a być może najważniejsza. W polskim futbolu od dawna dzieje się wiele złych rzeczy. Za dawnej Polski nie było nigdy do pomyślenia, aby kluby sportowe, a szczególnie te z najwyższego pułapu mogły być uznane za zawodowe,
a zawodnicy traktowani jako profesjonaliści. Robiło się to pod kątem lewych etatów
w fabrykach, kopalniach czy spółdzielniach. Oczywiście była to jawna fikcja. Po przemianach ustrojowych zaczęto tworzyć spółki sportowe czy inne formacje, ale już z otwartą przyłbicą, czyli zespoły zawodowe, gdzie zawodnicy byli i są pracownikami kontraktowymi, a nie sztygarami czy murarzami.
To wszystko powodowało i nadal powoduje ogromną rywalizację, gdyż w grze są ogromne pieniądze. Pierwszymi "ofiarami" tej transformacji w piłce nożnej, która jest bez wątpienia sportem narodowym padli sędziowie piłkarscy. Dziś nie bez kozery mówi się, że istnieją w Polsce dwie centrale sędziowskie. Jedna w siedzibie PZPN w Warszawie, a druga w.... Prokuraturze we Wrocławiu. Ale to temat na inny felieton.
Chciałbym zwrócić uwagę na problem, który tkwi w sędziowaniu drużyn piłkarskich
w tych niższych klasach, gdzie praktycznie nie istnieje hazard taki jak w ekstraklasie, niemniej jednak rola sędziego jest równie ważna. Bowiem sędzia potrafi doprowadzić do tego, by mecz może być absolutną przyjemnością tak dla zawodników, jak i co jest szczególne, dla kibiców. Jeżdżąc na mecze obserwuję jedno
- brak profesji u niektórych sędziów, co w połączeniu z niejednokrotnym zniechęceniem
w stosunku do niektórych drużyn wypacza sens widowiska sportowego.
Dlatego zwierzchnicy w wydziałach sędziowskich przy poszczególnych okręgach winni dokładnie analizować rozdział sędziów na poszczególne zawody. Kiepski, a przy tym nieraz stronniczy (nie mylić ze słowem przekupny) sędzia potrafi zniszczyć widowisko, a niekiedy wzbudzić agresję wśród kibiców, co kończy się żałośnie dla spektaklu tym bardziej, że wśród kibiców też nie ma samych aniołów. Dlatego władze piłkarskie winny wysyłać obserwatorów na drażliwe mecze, co może podnieść poziom widowiska sportowego w sensie jego czystości gry. A równocześnie dbajcie o szkolenie
i odmłodzenie kadry sędziowskiej i pozwólcie odpocząć tym niezastąpionym, dla których sędziowanie jest tylko i wyłącznie jeszcze jednym ze sposobów na dorobienie paru złotych do swoich pensji. Oby tak było.
Ze sportowym pozdrowieniem
Kazimierz Semik
|