Turystyka, czy rolnictwo?
Jest kilka dziedzin naszego życia, na temat których pozwalam sobie czasami zabierać głos. Dwie z nich w moich rozważaniach zajmują dosyć dużo miejsca.
Są to rolnictwo i turystyka.
Rolnictwo, gdyż do dzisiaj jeszcze czuję ten przytłaczający plecy ciężar, kiedy jako młode chłopię wynosiłem w pole worek zboża do siewu, czy "okrawków" do sadzenia ziemniaków. Ciężar,
z którego chcąc się wyzwolić, zacząłem studiować nauki rolnicze.
Turystyka, bo góry lubię od najmłodszych lat
i wyprawiam się w nie po dzień dzisiejszy.
W czasie tych wędrówek wielokrotnie przemierzyłem niepowtarzalnie piękne beskidzkie szlaki.
Żywiecczyzna, otoczona szczytami trzech Beskidów, ma wyjątkowo sprzyjające warunki do rozwoju turystyki. Położenie Żywiecczyzny - nie umniejszając nic innym miejscowościom - wyznacza jej niejako funkcję stolicy Beskidów Zachodnich.
Wyznacza, to nie znaczy, że ją automatycznie taką stolicą czyni. Aby nią zostać musi sobie tą pozycję wypracować poprzez wszechstronny rozwój infrastruktury, a do tego jeszcze daleka droga. Pytanie jakie zawarłem w tytule artykułu postawiłem niejako przez przekorę, sprowokowany dochodzącymi czasami do mnie głosami, że jakie tam u nas rolnictwo, my musimy stawiać na turystykę!!!
To prawda, że o ile położenie Żywiecczyzny plasuje ją na mapie Polski w czołówce ośrodków o wybitnych walorach sprzyjających rozwojowi tak letniej, jak i zimowej turystyki, to
w rolnictwie nie mamy się co równać choćby
z Kotliną Oświęcimską, czy Śląskiem Cieszyńskim, nie mówiąc o reszcie kraju. Warunki glebowo-klimatyczne, może z wyjątkiem kilku gmin, nie sprzyjają tu rozwojowi rolnictwa. Ale czy to ma znaczyć, że "stawiamy na turystykę", a na polach niech rosną chwasty, zaś hale mogą ulegać degradacji? Już dzisiaj na około 30-40% powierzchni powiatu "sieją się" chwasty, a roślinność na wielu niegdyś pięknych, widokowych halach, określanych mianem "górskich sanatoriów", wyparta została przez szczaw alpejski. Czyżby taki wygląd pól upiększał nasz region?
Popatrzmy na ten krajobraz oczami turystów czy wczasowiczów. Co ściąga ich w Beskidy? Zimą, kiedy śnieg okryje puchową pierzyną pola, a idealna biel "wyrówna" dziury w drogach oraz przysłoni chwasty, brudy i inne niedostatki, może tu być nawet przyjemnie.
Ale latem?
- czy turysta będzie wolał wędrować nad szumiącym, cienistym górskim potokiem?
- czy przejeżdżać widokowymi, górskimi przełęczami obok stert śmieci?
- czy przystanie, aby zachwycać się pięknem leśnej polany i pasącymi się owcami?
- i zachwyci go zapach suszonego siana, czy otoczą łąki usiane chwastami?
I tak moglibyśmy pytania mnożyć!!!
Urok Beskidów to nie tylko góry, zdrowe grzybne lasy, cisza i spokój. O uroku w równym stopniu decyduje piękna, soczysta zieleń, obsypane pachnącymi kwiatami łąki i hale, dobrze uprawione pola, czy - coraz mniej dające się słyszeć - "zbyrkanie zwonecków".
Właściciele gospodarstw agroturystycznych doskonale wiedzą, jak wspaniale czują się ich goście, kiedy mogą pospacerować wśród pól, usiąść na zielonej łące, pod złocistym łanem pszenżyta, wystawić twarz do słońca i słuchać, jak zboże szumi kołysząc się na wietrze, w trawach grają pasikoniki, a hen wysoko, w górze śpiewają skowronki. Że lubią wziąć grabie do ręki i wspólnie z domownikami iść sprzątać pachnące siano. A młode, dobre siano pachnie pięknie, odurzająco. Takie skoszone i zebrane w pogodny czas siano - oddychając - pachnie nawet zimą w stodole. Wydziela tą swoistą niepowtarzalną woń. Intryguje i urzeka, podobnie jak zapach dymu z ogniska czy z komina, jeżeli w domu pali się drewnem.
Ostatnimi laty coraz bardziej upowszechnia się turystyka rowerowa. Często, na drogach ciągnących wśród pól spotkać można wytyczone, rowerowe szlaki. Turyście podróżującemu rowerem nie jest obojętne, czy opiera swój wzrok na zielonym dywanie pól, czy na suchej, poprzerastanej chwastami trawie. Czy wdycha w płuca zapach polnych kwiatów, czy wciskający się
w nos i usta puch owocującego mlecza. Mieszczuchowi tych wiejskich uroków i zapachów nie zapewni żadne zurbanizowane osiedle, on po nie przyjeżdża do nas, w góry.
Czy będziemy umieli te uroki zachować i właściwie "sprzedać"?
Równie ważną jak górskie widoki, czy aromaty, jest żywność, którą spożywa. Podana na śniadanie "zarumieniona" od żółtek jajecznica, wyłożone na stół, prosto z ogrodu warzywa, własnego wyrobu wędliny, przyniesione z piwnicy zsiadłe mleko, czy ze studni czysta, zimna, źródlana woda, na zaspokojenie pragnienia, to są smakołyki, które "letnik" wspominał będzie długo i do których chętnie będzie powracał. Nasza chłopska żywność, mimo, że nie zawsze posiada atest zdrowej żywności, jest niewątpliwie bardzo smaczna i zdrowa, gdyż uprawiana jest najczęściej na oborniku, a nie na przesyconych nawozami sztucznymi, zdegradowanych nadmiernym używaniem detergentów polach.
Tak więc o tym czy staniemy się "zagłębiem turystycznym" i zajmiemy godne nas miejsce
w Beskidach zadecyduje nie tylko infrastruktura, piękne pensjonaty, czy zadbane gospodarstwa agroturystyczne, ale także nasze rolnictwo. Turystyka i rolnictwo, wbrew pozorom, to wzajemnie na siebie oddziaływujące gałęzie naszej gospodarki. Kulturalni ludzie, pięknie zadbana, zagospodarowana wieś i polne łany przyciągać będą spragnionych sielskości gości. Goście przyjeżdżając, dawać będą nam zatrudnienie, pozostawiać pieniądze, które jeszcze lepiej pozwolą zagospodarować pola, ukwiecić domy, a nam żyć dostatniej i przyjemniej.
Pamiętajmy więc, że o rolnictwie i turystyce winniśmy mówić jednym tchem.
Antoni Urbaniec
|